Tag: Unia Europejska

  • Bruksela łagodzi AI Act. Big Tech może czasowo odetchnąć

    Bruksela łagodzi AI Act. Big Tech może czasowo odetchnąć

    Wygląda na to, że intensywny lobbing wielkich firm technologicznych i krytyka ze strony administracji USA przynoszą rezultaty. Komisja Europejska rozważa złagodzenie części zapisów swojej przełomowej Ustawy o Sztucznej Inteligencji (AI Act), co może dać cenne odroczenie takim graczom jak Apple czy Meta.

    Ruch ten jest częścią szerszego dążenia nowej Komisji do „uproszczenia” skomplikowanych regulacji cyfrowych, które UE przyjęła w ciągu ostatnich dwóch lat. Kluczowy ma być tak zwany „Digital Omnibus”, czyli pakiet upraszczający, który 19 listopada ma zaprezentować nowa unijna wiceprzewodnicząca wykonawcza ds. cyfryzacji, Henna Virkkunen.

    Według projektu dokumentu, do którego dotarł Reuters, Komisja proponuje „ukierunkowane środki upraszczające” mające na celu zapewnienie proporcjonalnego wdrożenia przepisów.

    Co to oznacza w praktyce? Przede wszystkim, firmy mogą zostać zwolnione z obowiązku rejestrowania swoich systemów AI w unijnej bazie danych dla systemów wysokiego ryzyka, jeśli narzędzia te są wykorzystywane wyłącznie do „wąskich lub proceduralnych zadań”. To znacząca redukcja obciążeń biurokratycznych, o którą apelowała branża.

    Co więcej, branża może zyskać dodatkowy czas na dostosowanie się. Dokument wprowadza roczny okres karencji na nakładanie kar finansowych, które miałyby być egzekwowane dopiero od 2 sierpnia 2027 roku. Przejściowy okres karencji miałby również objąć kluczowy wymóg oznaczania treści generowanych przez AI – mechanizm mający na celu walkę z deepfake’ami i dezinformacją.

    Ta zmiana kursu nie jest odosobniona. Bruksela niedawno złagodziła także ambitne zasady środowiskowe po silnym oporze ze strony przemysłu i rolników. Dla firm technologicznych, które krytykowały AI Act za potencjalne hamowanie innowacji, to wyraźny sygnał, że ich głos (oraz nacisk Waszyngtonu) został przynajmniej częściowo wysłuchany. Dokument może jeszcze ulec zmianie przed oficjalną prezentacją.

  • AI Act, czyli gra o zaufanie. Jak Europa chce wygrać z USA, regulując AI

    AI Act, czyli gra o zaufanie. Jak Europa chce wygrać z USA, regulując AI

    Globalny wyścig w dziedzinie sztucznej inteligencji trwa w najlepsze. Jesteśmy świadkami spektakularnych postępów technologicznych, napędzanych miliardowymi inwestycjami i nowymi falami zainteresowania, jak choćby „AI Agentica”. W tej rywalizacji Stany Zjednoczone i Chiny zdają się priorytetyzować innowacje i szybkie wdrożenia, dążąc do jak najszybszego osiągnięcia przewagi. Europa jednak świadomie wybiera inną trasę. W momencie, gdy debata publiczna jest zdominowana przez „hałas i fanfary” technologicznych przełomów, Unia Europejska wprowadza AI Act – kompleksowe „rozporządzenie w sprawie gwarancji”.

    To bezprecedensowe posunięcie rodzi fundamentalne pytanie dla biznesu: czy UE, nakładając skomplikowane regulacje, staje się hamulcowym innowacji i skazuje swoje firmy na porażkę w globalnej konkurencji? A może, przeciwnie, jest to wyrachowana, długoterminowa strategia budowania nowej przewagi opartej na fundamentalnej wartości, jaką jest zaufanie?

    AI Act jako (pozorne) obciążenie dla innowacji

    Nie można ignorować faktu, że AI Act dla wielu firm oznacza przede wszystkim koszty i wyzwania operacyjne. Wprowadzenie rygorystycznych zasad zgodności (compliance), konieczność przeprowadzania audytów oraz klasyfikacja systemów AI pod kątem ryzyka, to procesy czasochłonne i kosztowne. W sektorze technologicznym, gdzie time-to-market jest kluczowym wskaźnikiem sukcesu, każda zwłoka regulacyjna to potencjalna utrata udziałów rynkowych na rzecz konkurentów z Azji czy Ameryki Północnej.

    Co więcej, AI Act stawia czoła problemowi tak zwanej „czarnej skrzynki”. Dostarczony tekst źródłowy słusznie podkreśla, że od algorytmów coraz częściej wymaga się „przejrzystości i wytłumaczalności”. Dla inżynierów i zespołów R&D może to oznaczać konieczność wyboru modeli prostszych i potencjalnie mniej skutecznych, byle tylko były one w pełni zrozumiałe dla regulatora. Istnieje realna obawa, że mniejsze startupy nie udźwigną tego ciężaru, podczas gdy dla gigantów technologicznych, jak Salesforce, Oracle czy IBM, będzie to tylko kolejny koszt prowadzenia działalności, który z łatwością wkalkulują w swoje globalne operacje.

    Regulacja jako fundament nowej przewagi konkurencyjnej

    Jednak postrzeganie AI Act wyłącznie jako obciążenia jest strategiczną krótkowzrocznością. Warto przypomnieć sobie zjawisko „Efektu Brukseli”, które zaobserwowaliśmy po wdrożeniu RODO (GDPR). Początkowo krytykowane jako biurokratyczny hamulec, RODO stało się de facto globalnym standardem ochrony danych. AI Act ma wszelkie predyspozycje, by powtórzyć ten sukces na polu sztucznej inteligencji.

    Tekst źródłowy trafnie diagnozuje, że „piętą achillesową” AI są dane i prywatność. W czasach rosnącej nieufności społecznej wobec technologii, AI Act jest bezpośrednią odpowiedzią na te obawy. Zaufanie staje się kluczową walutą biznesową. Europejska firma, która będzie mogła zaoferować klientowi usługę AI (szczególnie w „obszarach wrażliwych”, jak rekrutacja, zdrowie czy finanse) z certyfikatem zgodności z AI Act, zyska natychmiastową przewagę wizerunkową. To nie tylko minimalizuje ryzyko prawne i finansowe, ale buduje fundament długoterminowej relacji z klientem, który wie, że algorytm nie jest stronniczy i nie działa jak nieprzejrzysta „czarna skrzynka”.

    Geopolityczne szachy – kto ustala zasady gry?

    Wdrożenie AI Act to nic innego jak geopolityczne szachy. Na globalnej planszy ścierają się trzy różne filozofie. Mamy podejście amerykańskie, gdzie innowacje napędzane są głównie przez wolny rynek i dominację korporacji. Mamy model chiński, gdzie AI jest narzędziem rozwoju gospodarczego, ale i ścisłej kontroli państwowej. I mamy Unię Europejską, która próbuje znaleźć „trzecią drogę”, godząc „wolność technologiczną z ochroną obywatela”.

    Ta różnica w podejściu niesie za sobą poważne implikacje dla globalnych łańcuchów wartości. Istnieje ryzyko, że międzynarodowe korporacje będą zmuszone tworzyć różne wersje swoich produktów – jedną, „wolną” i potencjalnie bardziej innowacyjną na rynki pozaeuropejskie, i drugą, „bezpieczną” i zgodną z regulacjami, na restrykcyjny rynek UE. To podnosi koszty i komplikuje strategie produktowe, ale jednocześnie czyni z Europy największy na świecie rynek „zaufanej AI”.

    Gra o licencję na działanie

    AI Act nie jest ani prostym hamulcem, ani cudowną tarczą. Jest strategicznym zakładem Unii Europejskiej, opartym na przekonaniu, że w perspektywie dekady zaufanie do technologii będzie równie cenne, o ile nie cenniejsze, niż sama technologia. Konkurencyjność europejskich firm krótkoterminowo z pewnością zostanie wystawiona na ciężką próbę. Długoterminowo jednak, w świecie coraz bardziej świadomym ryzyk związanych ze stronniczością, prywatnością i brakiem kontroli, firmy potrafiące udowodnić etyczne i transparentne działanie AI zyskają dostęp do najbardziej świadomych i lukratywnych rynków.

    W globalnym wyścigu AI nie chodzi tylko o to, kto pierwszy dotrze do mety. Chodzi o to, kto zbuduje technologię, której społeczeństwo dobrowolnie pozwoli działać na masową skalę. Europa, poprzez AI Act, próbuje zbudować właśnie taką społeczną licencję na działanie.

    Kluczowe wnioski

    • Strategiczny zakład na zaufanie: AI Act to świadomy wybór UE, priorytetyzujący etykę i bezpieczeństwo nad nieograniczoną szybkością innowacji, co stanowi kontrę do podejścia USA i Chin.
    • Krótkoterminowe koszty vs. długoterminowa przewaga: Firmy muszą liczyć się ze wzrostem kosztów compliance i potencjalnym spowolnieniem time-to-market. Jednocześnie regulacja może stać się globalną przewagą („Efekt Brukseli”), czyniąc ze zgodności kluczowy atut marketingowy.
    • Wytłumaczalność (XAI) jako wymóg biznesowy: Problem „czarnej skrzynki” przestaje być kwestią akademicką, a staje się wymogiem prawnym. Firmy muszą inwestować w transparentne i wytłumaczalne modele AI, aby działać na rynku UE.
    • Globalny standard w produkcji: Tak jak RODO wpłynęło na globalne standardy danych, tak AI Act wymusi na międzynarodowych korporacjach dostosowanie swoich produktów, jeśli chcą one operować na jednolitym rynku europejskim.
  • Unia Europejska stawia warunki Chinom: inwestycje tylko za know-how

    Unia Europejska stawia warunki Chinom: inwestycje tylko za know-how

    Unia Europejska wchodzi w nową fazę myślenia o bezpieczeństwie gospodarczym. Podczas spotkania ministrów w Danii, która sprawuje rotacyjną prezydencję, pojawił się postulat obwarowania chińskich inwestycji w Europie dodatkowymi warunkami – w tym obowiązkowym transferem technologii i know-how. To wyraźne odejście od dotychczasowego modelu otwartości rynku i sygnał, że Bruksela zaczyna grać według zasad, które od lat stosują Pekin i Waszyngton.

    Duński minister spraw zagranicznych Lars Rasmussen przyznał, że Europa zbyt długo zakładała, że przestrzeganie reguł wolnego handlu samo w sobie wystarczy, by wygrać globalną konkurencję. „Jeśli zapraszamy chińskie inwestycje do Europy, musi to być powiązane z transferem technologii” – podkreślił. To zdanie może stać się punktem zwrotnym w unijnej polityce przemysłowej.

    Bruksela od miesięcy analizuje, jak ograniczyć ryzyka związane z napływem kapitału z krajów autorytarnych, szczególnie w sektorach strategicznych – półprzewodnikach, OZE, infrastrukturze krytycznej i elektromobilności. Komisja Europejska pracuje nad dokumentem, który do końca roku ma przedstawić konkretne narzędzia: od screeningu inwestycji po wymóg „prawdziwych inwestycji”, jak to ujął komisarz ds. handlu Maroš Šefčovič – tworzących miejsca pracy, przynoszących IP i transfer wiedzy.

    Reakcja Pekinu była natychmiastowa. Rzecznik chińskiego MSZ Lin Jian skrytykował pomysł, mówiąc o „protekcjonistycznych i dyskryminacyjnych praktykach”. Chiny oficjalnie sprzeciwiają się przymusowemu transferowi technologii – choć europejscy producenci samochodów, dóbr przemysłowych czy turbin wiatrowych od lat wskazują, że taki transfer często był warunkiem wejścia na chiński rynek.

    W tle toczy się więc spór o definicję sprawiedliwości w globalnym handlu. Europa, która przez dekady stawiała na otwartość, zaczyna przyjmować logikę wzajemności: dostęp za dostęp, technologie za technologie.

    Czy UE jest gotowa na politykę, którą sama dotąd krytykowała? I czy europejskie firmy – zwłaszcza uzależnione od chińskich łańcuchów dostaw – poprą taki kierunek? Nadchodzące miesiące pokażą, czy Bruksela zdoła stworzyć wspólne zasady, które zbalansują konkurencyjność z bezpieczeństwem. Jedno jest pewne: era naiwnego wolnego handlu w Europie właśnie dobiega końca.

  • EBC ostrzega: cyfrowe euro może wywołać odpływ 700 mld euro z banków

    EBC ostrzega: cyfrowe euro może wywołać odpływ 700 mld euro z banków

    Europejski Bank Centralny przyspiesza prace nad cyfrowym euro – projektem, który ma uniezależnić Europę od dominacji amerykańskich systemów płatniczych i przygotować Unię na przyszłość bezgotówkową. Najnowsza symulacja EBC pokazuje jednak, że droga do cyfrowej suwerenności może prowadzić przez niebezpieczne zakręty, zwłaszcza dla klasycznego sektora bankowego.

    Według badania zamówionego przez europejskich ustawodawców, w skrajnym scenariuszu paniki finansowej nawet 699 mld euro – czyli 8,2% depozytów detalicznych – mogłoby odpłynąć z banków komercyjnych do cyfrowego euro, gwarantowanego bezpośrednio przez EBC. To nie byłaby zwykła cyfrowa migracja środków, lecz masowy „bieg na bezpieczeństwo”, potencjalnie wywołany kryzysem zaufania.

    Najmocniej ucierpiałaby grupa mniejszych kredytodawców, szczególnie tych silnie uzależnionych od depozytów klientów detalicznych. W symulacji 13 z ponad 2 tys. banków znalazłoby się poniżej wymaganych poziomów płynności.

    Kluczowym bezpiecznikiem mają być limity posiadania cyfrowego euro. EBC testował pułapy od 500 do 3000 euro na osobę – i to właśnie od wysokości tego limitu zależy skala ryzyka. Limit 3000 euro, mimo że atrakcyjny dla użytkowników, według analizy mógłby obniżyć średni zwrot z kapitału banków o 30 punktów bazowych. Z kolei niższe progi znacznie ograniczałyby odpływ depozytów, ale czyniłyby nową walutę mniej konkurencyjną wobec gotówki i fintechów.

    W scenariuszu „business as usual”, czyli bez paniki, odpływ środków do cyfrowego euro wyniósłby około 100 mld euro – poziom, który sektor bankowy mógłby zaabsorbować, zwłaszcza przy kontynuacji odchodzenia od gotówki.

    Nad projektem unosi się więc paradoks: cyfrowe euro ma zwiększyć zaufanie do europejskiego systemu finansowego, ale może też podważyć fundament modelu opartego na depozytach w bankach komercyjnych. „Możesz uczynić cyfrowe euro atrakcyjnym tylko wtedy, gdy jesteś gotów trochę zaszkodzić bankom” – powiedział europoseł Fabio De Masi.

    Unijni ministrowie finansów przyjęli już mapę drogową wdrożenia, pozostawiając sobie decyzję o finalnym kształcie projektu. Ostateczne pytanie nie brzmi więc „czy”, ale „na jakich warunkach” cyfrowe euro stanie się częścią portfeli Europejczyków. Europejski projekt walutowy, tym razem w erze aplikacji, może przewartościować relacje między obywatelami, bankami i państwem – być może mocniej niż sama adopcja euro 20 lat temu.

  • Cyfryzacja usług publicznych w Europie: liderzy, opóźnieni i polski paradoks

    Cyfryzacja usług publicznych w Europie: liderzy, opóźnieni i polski paradoks

    Założenie firmy w kilkanaście minut z poziomu smartfona, bez jednego papierowego dokumentu. Dostęp do całej dokumentacji medycznej za pomocą kilku kliknięć. Rozliczenie podatków dzięki formularzom, które administracja wypełniła za nas.

    To nie wizja przyszłości, lecz codzienność w cyfrowej awangardzie Unii Europejskiej. Jednocześnie w innych krajach członkowskich te same procesy wciąż potrafią być wieloetapową, biurokratyczną drogą przez mękę. Ten kontrast doskonale ilustruje rewolucję, jaką jest cyfryzacja usług publicznych – fundamentalna zmiana w relacjach między państwem, obywatelem a przedsiębiorcą.

    Aby mierzyć postępy w tej transformacji, Komisja Europejska od 2014 roku publikuje Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego (DESI). To kluczowe narzędzie analityczne, które ocenia kraje w czterech obszarach: kapitale ludzkim, łączności, integracji technologii cyfrowych oraz cyfrowych usługach publicznych.

    Od 2023 roku wskaźniki DESI stały się częścią programu „Droga ku cyfrowej dekadzie”, wyznaczającego dla całej Unii ambitne cele na 2030 rok, takie jak 100% dostępność kluczowych usług publicznych online.

    Analiza danych DESI maluje obraz Europy dwóch prędkości. Z jednej strony mamy grupę liderów, którzy wyznaczają światowe standardy, z drugiej – peleton państw wciąż nadrabiających zaległości. Polska zajmuje w tym krajobrazie pozycję fascynującą i pełną sprzeczności – kraju, który w pewnych aspektach e-administracji imponuje, a w innych pozostaje daleko w tyle.

    Unijni liderzy: anatomia cyfrowego sukcesu

    Na szczycie europejskich rankingów cyfryzacji od lat plasuje się ta sama grupa państw: kraje skandynawskie (Finlandia, Dania), Beneluksu (Holandia, Luksemburg) oraz absolutny fenomen w tej dziedzinie – Estonia. Do czołówki dołączyły też państwa takie jak Malta czy Hiszpania, które w ostatnich latach wykonały ogromny skok jakościowy.

    Ich sukces nie jest dziełem przypadku, lecz wynikiem spójnej, wieloletniej strategii opartej na kilku filarach.

    Po pierwsze, długofalowa wizja i wola polityczna. W tych krajach cyfryzacja jest strategicznym priorytetem państwa, kontynuowanym niezależnie od zmian na scenie politycznej. 

    Po drugie, strategiczne inwestycje. Liderzy nie tylko przeznaczają na ten cel pokaźne środki, ale też efektywnie wykorzystują fundusze unijne, takie jak Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF). 

    Po trzecie, solidne fundamenty. Wysoki poziom e-usług jest nierozerwalnie związany z kompetencjami cyfrowymi społeczeństwa i powszechnym dostępem do ultraszybkiego internetu – obszarach, w których kraje nordyckie są światową czołówką.

    Najważniejszym czynnikiem jest jednak kultura zaufania. Obywatele w krajach skandynawskich czy Estonii ufają, że państwo będzie przetwarzać ich dane w sposób bezpieczny i transparentny. To zaufanie jest walutą, która umożliwia wdrażanie zaawansowanych usług, takich jak cyfrowa tożsamość (eID) czy scentralizowana e-dokumentacja medyczna.

    Te elementy tworzą „efekt koła zamachowego”. Udane wdrożenie jednej kluczowej usługi buduje zaufanie i przyzwyczaja obywateli do interakcji z państwem online. To z kolei tworzy popyt na kolejne, coraz bardziej zaawansowane rozwiązania, napędzając dalszy rozwój.

    W ten sposób liderzy nie tylko utrzymują przewagę, ale wręcz ją powiększają, sprawiając, że dogonienie ich staje się dla reszty stawki zadaniem niezwykle trudnym.

    Aby zrozumieć, jak to działa w praktyce, wystarczy spojrzeć na kilka przykładów:

    • Estonia to globalny wzorzec „cyfrowego narodu”, w którym 99% usług publicznych jest dostępnych online. Kręgosłupem systemu jest X-Road, bezpieczna platforma wymiany danych, która realizuje zasadę „once-only” – obywatel podaje swoje dane administracji tylko raz. Każdy Estończyk posiada cyfrowy dowód tożsamości (e-ID), który pozwala składać prawnie wiążący podpis, oszczędzając każdemu średnio pięć dni roboczych rocznie. Kraj poszedł nawet o krok dalej, tworząc e-Rezydencję – program umożliwiający przedsiębiorcom z całego świata zdalne założenie i prowadzenie firmy w UE.
    • Dania jest mistrzem w projektowaniu usług zorientowanych na użytkownika. Zamiast zmuszać obywateli do nawigowania po skomplikowanej strukturze urzędów, Dania skonsolidowała usługi w portalach opartych na „zdarzeniach życiowych”. Borger.dk to jedno okienko dla obywateli do załatwienia niemal każdej sprawy, od podatków po zapisanie dziecka do szkoły, a virk.dk jest jego odpowiednikiem dla biznesu.
    • Finlandia i Holandia to przykłady pragmatyzmu i innowacji. Finlandia rozwija proaktywne usługi oparte na sztucznej inteligencji (program AuroraAI), które mają antycypować potrzeby obywateli w kluczowych momentach życia. Siłą Holandii są z kolei niezwykle solidne fundamenty – najwyższe w UE wskaźniki kompetencji cyfrowych społeczeństwa i doskonała infrastruktura, na których opiera się cały ekosystem usług skupionych wokół tożsamości cyfrowej DigiD.

    Polski paradoks: lider w ogonie stawki

    Analiza pozycji Polski na cyfrowej mapie Europy prowadzi do zaskakujących wniosków. W ogólnym rankingu DESI 2022 Polska plasuje się w końcówce, zajmując 24. miejsce na 27 państw. Nasze wyniki w kluczowych obszarach, takich jak kapitał ludzki czy integracja technologii cyfrowych przez firmy, są znacznie poniżej średniej unijnej.

    Jednak w tym ponurym obrazie jest jeden jasny punkt: cyfrowe usługi publiczne. W tej kategorii Polska nie tylko radzi sobie relatywnie najlepiej, ale wykazuje jedną z najwyższych dynamik poprawy w całej Unii. W kilku kluczowych wskaźnikach wręcz przegoniliśmy europejską średnią:

    • Wstępnie wypełnione formularze: Aż 78% formularzy online w polskiej administracji jest wstępnie wypełnionych danymi, które państwo już posiada (średnia UE: 68%).
    • Dostęp do e-dokumentacji medycznej: Dzięki systemom takim jak Internetowe Konto Pacjenta (IKP), 86% Polaków ma dostęp do swoich danych medycznych online (średnia UE: 72%).

    Te sukcesy to owoc rozwoju takich platform jak portal gov.pl, aplikacja mObywatel czy Platforma Usług Elektronicznych ZUS. Jednak za tą imponującą fasadą kryje się głębszy problem. Mimo że tworzymy zaawansowane i dobrze oceniane w benchmarkach usługi, ich realne wykorzystanie przez obywateli jest alarmująco niskie.

    Zaledwie 37% Polaków korzysta z e-administracji, podczas gdy średnia w 16 krajach UE przekracza 50%, a w Danii sięga 73%.

    Mamy więc do czynienia z ryzykiem cyfrowej „wioski potiomkinowskiej”. Zbudowaliśmy nowoczesne e-usługi, które świetnie wypadają w technicznych audytach, ale stoją one na słabych fundamentach – jednych z najniższych w UE wskaźników kompetencji cyfrowych społeczeństwa. Istnieje głęboki rozdźwięk między dostępnością a adopcją usług. To właśnie ten rozdźwięk jest największym wyzwaniem dla polskiej transformacji cyfrowej.

    Strategia 2035: plan na cyfrowy skok

    W październiku 2024 roku polski rząd zaprezentował projekt „Strategii Cyfryzacji Polski do 2035 roku” – dokument, który jest próbą kompleksowej odpowiedzi na opisane wyżej wyzwania. Jego ambicje są rewolucyjne. Do 2035 roku 100% spraw urzędowych ma być załatwianych cyfrowo, 20 milionów Polaków ma posiadać cyfrowy portfel tożsamości w aplikacji mObywatel, a liczba specjalistów ICT ma wzrosnąć do 1,5 miliona. Na realizację tych celów do 2030 roku ma zostać przeznaczone 100 mld zł.

    Co jednak ważniejsze, strategia ma charakter holistyczny. Wprost mówi o konieczności zakończenia „silosowości” w administracji i łączy rozwój e-usług z potężnymi inwestycjami w fundamenty: kompetencje cyfrowe (cel: 85% obywateli z podstawowymi umiejętnościami), infrastrukturę i cyberbezpieczeństwo.

    To dowód na zrozumienie, że nie da się osiągnąć trwałego sukcesu, budując kolejne aplikacje bez równoległej pracy nad umiejętnościami i zaufaniem obywateli.

    „Strategię 2035” należy postrzegać jako próbę „odpalenia własnego koła zamachowego”. To plan na gwałtowne przyspieszenie, które ma pozwolić nie tylko nadrabiać zaległości, ale realnie zamknąć lukę rozwojową dzielącą nas od europejskich liderów.

    Od technologii do ludzi

    Cyfrowa transformacja Europy to proces, który obnaża głębsze różnice w kapitale społecznym, zaufaniu i długofalowym planowaniu. Polska, mimo imponującego postępu w tworzeniu e-usług, wciąż zmaga się z fundamentalnym wyzwaniem: jak sprawić, by zaawansowane narzędzia stały się powszechnie używane i dostępne dla wszystkich.

    Nowa strategia cyfryzacji stawia właściwą diagnozę, przenosząc punkt ciężkości z samej technologii na budowanie kompetencji i zintegrowanego ekosystemu. Jej sukces będzie zależał od konsekwencji we wdrożeniu.

    Prawdziwą miarą powodzenia nie będzie bowiem liczba nowych aplikacji, ale odsetek obywateli, którzy potrafią z nich świadomie, bezpiecznie i efektywnie korzystać. Droga od „wioski potiomkinowskiej” do w pełni cyfrowego narodu to nie technologiczny sprint, ale edukacyjny i społeczny maraton.  

  • Bruksela uderza w SAP. Chodzi o „przywiązywanie” klientów i ukryte koszty

    Bruksela uderza w SAP. Chodzi o „przywiązywanie” klientów i ukryte koszty

     Komisja Europejska wszczęła formalne dochodzenie antymonopolowe w sprawie praktyk biznesowych SAP, światowego lidera na rynku oprogramowania do planowania zasobów przedsiębiorstwa (ERP).

    Urzędnicy z Brukseli podejrzewają, że niemiecki gigant technologiczny mógł wykorzystywać swoją dominującą pozycję do ograniczania konkurencji na rynku usług serwisowych, co w efekcie mogło narazić europejskie firmy na wyższe koszty i mniejszy wybór.

    Dochodzenie koncentruje się na kluczowym dla wielu firm oprogramowaniu ERP, które służy do zarządzania finansami, łańcuchem dostaw czy zasobami ludzkimi. Bruksela ma obawy, że SAP mógł celowo utrudniać klientom korzystającym z jego lokalnych (on-premise) systemów ERP przejście do zewnętrznych dostawców oferujących usługi wsparcia i konserwacji.

    Komisja Europejska wskazała kilka konkretnych praktyk, które wzbudziły jej zaniepokojenie:

    • Blokowanie zmiany dostawcy: Sugeruje się, że SAP mógł uniemożliwiać klientom rezygnację z usług serwisowych dla niewykorzystywanych licencji, skutecznie zmuszając ich do dalszego płacenia.
    • Przedłużanie umów: Firma miała systematycznie wydłużać początkowy okres trwania licencji, podczas którego klienci nie mogli zakończyć świadczenia usług.
    • Opłaty za powrót: Klienci, którzy zdecydowali się na rezygnację z serwisu SAP, a później chcieli do niego wrócić, musieli liczyć się z opłatami „wyrównawczymi”, odpowiadającymi kwocie, którą zapłaciliby, kontynuując subskrypcję bez przerwy.

    Działania te, zdaniem organu wykonawczego UE, mogły sztucznie ograniczać konkurencję i cementować pozycję SAP na rynku wtórnym, jakim są usługi wsparcia dla jego własnego oprogramowania.

    Mimo powagi zarzutów i ryzyka nałożenia kary finansowej sięgającej nawet 10% rocznego globalnego obrotu firmy (co na podstawie wyników za 2023 rok mogłoby przekroczyć 3 miliardy euro), SAP zdaje się podchodzić do sprawy ze spokojem.

    Firma oświadczyła, że nie spodziewa się, aby dochodzenie miało istotny wpływ na jej wyniki finansowe. Jednocześnie zapewniła, że traktuje obawy Komisji poważnie i w pełni z nią współpracuje w celu wyjaśnienia sprawy.

    Przedstawiciele SAP utrzymują, że stosowane polityki są zgodne z wieloletnimi standardami w globalnej branży oprogramowania i nie naruszają zasad konkurencji. Już wcześniej pojawiały się informacje, że firma zaoferowała pewne ustępstwa, aby załagodzić obawy regulatora, jeszcze przed formalnym wszczęciem postępowania. Dochodzenie pokaże, czy okażą się one wystarczające.

  • Cyfrowe euro bliżej, ale na warunkach polityków. Ministrowie finansów zyskują kontrolę

    Cyfrowe euro bliżej, ale na warunkach polityków. Ministrowie finansów zyskują kontrolę

    Unia Europejska wykonała kluczowy krok na drodze do stworzenia cyfrowego euro, przełamując polityczny impas, który spowalniał projekt. Podczas spotkania w Kopenhadze ministrowie finansów państw członkowskich uzgodnili z Europejskim Bankiem Centralnym (EBC) mapę drogową projektu, zapewniając sobie jednak decydujący wpływ na jego kluczowe aspekty.

    Projekt cyfrowego euro od początku był pozycjonowany jako strategiczna odpowiedź na dominację amerykańskich systemów płatniczych, takich jak Visa i Mastercard. W zamyśle EBC ma to być narzędzie wzmacniające suwerenność finansową Europy i stanowiące przeciwwagę dla globalnej ekspansji stablecoinów powiązanych z dolarem.

    Inicjatywa napotkała jednak na opór ze strony części ustawodawców i sektora bankowego. Podnoszono obawy o potencjalne „runy na banki”, w których obywatele masowo wymienialiby depozyty na cyfrową walutę EBC. Wątpliwości budziły też kwestie ochrony prywatności użytkowników oraz wysokie koszty wdrożenia nowej infrastruktury.

    Piątkowe porozumienie jest próbą rozwiązania tych problemów. Ministrowie finansów uzyskali gwarancję, że będą mieli kluczowy głos w dwóch fundamentalnych kwestiach: ostatecznej decyzji o emisji cyfrowego euro oraz ustaleniu limitu posiadania tej waluty przez jednego obywatela. To drugie rozwiązanie ma bezpośrednio mitygować ryzyko odpływu kapitału z banków komercyjnych.

    Dzięki temu kompromisowi projekt nabiera nowej dynamiki. Rada Europejska planuje zakończyć prace nad swoim stanowiskiem do końca tego roku. EBC liczy, że odpowiednie prawodawstwo zostanie przyjęte do czerwca przyszłego roku.

    Nawet przy tym optymistycznym scenariuszu, wdrożenie techniczne i uruchomienie cyfrowego euro zajmie kolejne dwa i pół do trzech lat. Oznacza to, że z nowej formy płatności Europejczycy skorzystają najwcześniej w latach 2027-2028.

    Uruchomienie wspólnego, ogólnounijnego systemu jest postrzegane nie tylko jako innowacja technologiczna, ale przede wszystkim jako polityczna deklaracja zdolności Europy do budowy i utrzymania własnej, transgranicznej infrastruktury finansowej.

  • Rynek Privacy Tech: Jak RODO i AI stworzyły nową, miliardową branżę?

    Rynek Privacy Tech: Jak RODO i AI stworzyły nową, miliardową branżę?

    Żyjemy w epoce fundamentalnego paradoksu. Z jednej strony, sztuczna inteligencja, napędzana przez wielkie modele językowe (LLM), staje się krwiobiegiem nowoczesnego biznesu, obiecując bezprecedensową innowację.

    Z drugiej, jej nienasycony apetyt na dane zderza się czołowo z globalnym zrywem na rzecz ochrony prywatności. Ten konflikt nie jest już tylko kwestią etyki, ale twardą rzeczywistością regulacyjną, która tworzy i przekształca całe rynki technologiczne na naszych oczach.   

    Nastroje społeczne osiągnęły masę krytyczną. Badania pokazują, że aż 86% populacji USA wyraża rosnące zaniepokojenie sposobem przetwarzania ich danych, a ponad połowa uważa, że AI utrudni ochronę informacji osobistych.

    W odpowiedzi, rządy na całym świecie budują legislacyjny mur. To, co zaczęło się od przełomowego RODO (GDPR) w Europie, szybko rozprzestrzeniło się globalnie, tworząc gęstą sieć przepisów, od CCPA w Kalifornii po LGPD w Brazylii.

    Obecnie już ponad 137 krajów posiada krajowe przepisy o ochronie danych, obejmujące niemal 80% światowej populacji.   

    Stawka w tej grze jest astronomiczna. Organy regulacyjne nie wahają się używać swojej najpotężniejszej broni: kar finansowych. Rekordowa grzywna w wysokości 1,2 miliarda euro nałożona na firmę Meta za transfer danych między UE a USA czy kara 746 milionów euro dla Amazona to potężne sygnały dla rynku.

    Każda taka decyzja to bezpośredni impuls do wzrostu dla sektora „Privacy Tech” – rynku, który nie wyrósł organicznie z potrzeb konsumentów, ale został niemal w całości stworzony przez działania legislacyjne.

    Prawo nie tylko reguluje technologię – ono ją tworzy. W tym nowym krajobrazie pojawia się kluczowy wniosek: narzędzie, które stworzyło ten problem – sztuczna inteligencja – staje się jednocześnie kluczem do jego rozwiązania.

    Wkraczamy w erę „Prywatności 2.0”, w której zgodność z przepisami staje się inteligentna, proaktywna i, w perspektywie czasu, autonomiczna.   

    Od ręcznej pracy do inteligentnej automatyzacji

    Przed nadejściem ery RODO, zarządzanie prywatnością w wielu organizacjach opierało się na ręcznym mapowaniu danych, niekończących się arkuszach kalkulacyjnych i żmudnych procesach odpowiedzi na żądania użytkowników (DSARs).

    Koszty tej nieefektywności były ogromne – szacuje się, że ręczna obsługa pojedynczego wniosku DSAR kosztowała średnio ponad 1500 dolarów. W świecie, w którym firmy przetwarzają petabajty danych, taki model był nie do utrzymania.   

    Sztuczna inteligencja stała się silnikiem, który napędza rewolucję w tym obszarze, przekształcając platformy do zarządzania prywatnością w inteligentne centra dowodzenia. Nowoczesne systemy wykorzystują AI do automatyzacji kluczowych, niegdyś manualnych procesów.

    Algorytmy AI skanują całą infrastrukturę firmy, od lokalnych serwerów po chmurę, w poszukiwaniu danych osobowych, rozumiejąc ich kontekst i tworząc dynamiczną mapę w czasie rzeczywistym. Następnie, modele AI analizują przepływy danych i uprawnienia dostępu, aby proaktywnie identyfikować i oceniać ryzyko, alarmując o potencjalnych naruszeniach zasad „privacy by design”.

    AI automatyzuje również cały cykl życia zgody użytkownika oraz realizację wniosków DSAR, skracając procesy z tygodni do godzin.   

    Finansowy wpływ tej transformacji jest wymierny. Organizacje, które na szeroką skalę wykorzystują AI i automatyzację w obszarze bezpieczeństwa, oszczędzają średnio 1,76 miliona dolarów na kosztach związanych z naruszeniem danych w porównaniu do firm, które tego nie robią.

    To twardy dowód na zwrot z inwestycji w inteligentne platformy do zarządzania prywatnością, które przekształcają koszt zgodności w zysk operacyjny.   

    Granica zaufania: Świat technologii wzmacniających prywatność (PETs)

    Automatyzacja to jednak dopiero początek. Prawdziwa rewolucja rozgrywa się na granicy kryptografii i zaawansowanej matematyki, w świecie Technologii Wzmacniających Prywatność (Privacy-Enhancing Technologies, PETs).

    To zestaw narzędzi dążących do osiągnięcia „świętego Graala” analityki: możliwości wydobywania cennych informacji z wrażliwych zbiorów bez ujawniania samych danych.   

    Jedną z kluczowych technologii jest szyfrowanie homomorficzne (HE). Pozwala ono na wykonywanie obliczeń na zaszyfrowanych danych, tak jakby analityk przeprowadzał operacje na zamkniętej skrzynce, nie widząc jej zawartości.

    Dopiero właściciel danych, posiadający klucz, może otworzyć skrzynkę i zobaczyć wynik. Technologia ta, rozwijana przez gigantów takich jak Microsoft i IBM, znajduje zastosowanie w medycynie do analizy danych pacjentów z wielu szpitali oraz w finansach do wspólnego wykrywania oszustw.   

    Innym przełomowym narzędziem są dowody o wiedzy zerowej (ZKP). To protokół kryptograficzny, który pozwala udowodnić, że zna się pewną informację, nie ujawniając jej samej.

    To tak, jakby móc udowodnić, że ma się ukończone 21 lat, nie pokazując dowodu osobistego z datą urodzenia i adresem. ZKP rewolucjonizuje zdecentralizowaną tożsamość i prywatne transakcje finansowe.   

    Problem analizy danych na rozproszonych, prywatnych zbiorach rozwiązują prywatność różnicowa i uczenie federacyjne. Prywatność różnicowa polega na dodaniu do zbioru danych precyzyjnie obliczonego „szumu”, który uniemożliwia identyfikację pojedynczej osoby, zachowując jednocześnie ogólne trendy statystyczne.

    Z kolei uczenie federacyjne to podejście, w którym modele AI są trenowane bezpośrednio na urządzeniach końcowych (np. smartfonach), a do centralnego serwera wysyłane są jedynie zagregowane, zanonimizowane „ulepszenia” modelu, a nie surowe dane użytkowników.

    Z tych technik korzystają już tacy giganci jak Apple czy Google.   

    Wdrożenie tych technologii sygnalizuje fundamentalną zmianę. Dane przestają być aktywem, którego wartość polega na wyłącznym posiadaniu. Stają się zasobem, który można bezpiecznie współdzielić i na którym można współpracować, uwalniając ogromną wartość ekonomiczną, która do tej pory była uwięziona w korporacyjnych silosach. Prywatność staje się nie barierą, lecz technologią umożliwiającą innowacje.   

    Ostateczna rozgrywka: Świt autonomicznego systemu prywatności

    Dotychczasowa ewolucja wyznacza wyraźną trajektorię, której logicznym zwieńczeniem jest wizja przyszłości, w której ochrona danych jest zarządzana przez autonomiczne systemy AI. Należy tu odróżnić automatyzację od autonomii.

    Automatyzacja wykonuje zdefiniowane zadania. Autonomia to zdolność systemu do samodzielnego uczenia się, adaptacji i podejmowania decyzji w celu osiągnięcia celu.   

    Taki system przyszłości będzie opierał się na konwergencji kilku technologii. Fundamentem są autonomiczne bazy danych, które wykorzystują AI, aby stać się samorządnymi, samozabezpieczającymi i samonaprawiającymi.

    Na tej podstawie działa nowa generacja agentowej AI – systemów, które potrafią samodzielnie wchodzić w interakcje z bazami danych i wykonywać złożone zadania, aby zrealizować cel, np. „zapewnij ciągłą zgodność z globalnymi przepisami”.

    Układem nerwowym jest inteligentny potok danych, który w czasie rzeczywistym filtruje i redaguje dane osobowe, zanim trafią one do analizy.   

    Połączenie tych elementów tworzy obraz przyszłości, w której autonomiczny system będzie ciągle monitorował globalny krajobraz prawny, automatycznie tłumaczył język prawniczy na egzekwowalne polityki i w czasie rzeczywistym rekonfigurował przepływy danych w całej infrastrukturze firmy.

    Będzie też autonomicznie wykrywał i neutralizował potencjalne naruszenia, zanim zdążą one eskalować.   

    Ta technologiczna trajektoria prowadzi do nieuchronnej „komodytyzacji zgodności”, gdzie podstawowe zadania staną się powszechnie dostępną usługą. Nie oznacza to jednak końca zawodu specjalisty ds. prywatności. Wręcz przeciwnie, jego rola ulegnie transformacji – od operacyjnego „gaszenia pożarów” do strategicznego nadzoru i zarządzania etyką autonomicznych systemów.

    W tej nowej rzeczywistości kluczowymi kompetencjami nie będą już tylko interpretacja prawa, ale audyt algorytmów i definiowanie granic operacyjnych dla agentów AI.

    Prywatność 2.0 to nie cel sam w sobie. To system operacyjny dla przyszłości cyfrowej gospodarki.

  • Malta kontra reszta Unii. Spór o nadzór nad rynkiem kryptowalut

    Malta kontra reszta Unii. Spór o nadzór nad rynkiem kryptowalut

    W Unii Europejskiej narasta spór o przyszłość nadzoru nad rynkiem kryptowalut. Malta, jeden z kluczowych graczy w tej branży, publicznie sprzeciwiła się propozycji Francji, Włoch i Austrii, które dążą do przyznania Europejskiemu Urzędowi Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) bezpośrednich uprawnień nadzorczych nad największymi firmami kryptowalutowymi.

    Centralizacja czy konkurencyjność?

    Inicjatywa trzech państw członkowskich wynika z obaw o niejednolite stosowanie nowych, unijnych przepisów znanych jako MiCA (Markets in Crypto-Assets). Ich zdaniem centralny nadzór sprawowany przez ESMA zapewniłby spójność regulacyjną i równe warunki konkurencji na całym jednolitym rynku.

    Francuski regulator zasugerował nawet możliwość kwestionowania licencji wydanych przez inne kraje, co sygnalizuje rosnące napięcia.

    Maltański Urząd ds. Usług Finansowych (MFSA) prezentuje jednak zupełnie inne stanowisko. Choć popiera dążenia ESMA do ujednolicenia standardów (tzw. konwergencji nadzorczej), to sprzeciwia się centralizacji uprawnień.

    Zdaniem MFSA, na obecnym etapie rozwoju rynku taki ruch wprowadziłby jedynie zbędną biurokrację, która mogłaby stłumić innowacyjność i zaszkodzić konkurencyjności unijnego sektora krypto.

    Podzielona Europa

    Spór ten uwidacznia głębszy podział wśród europejskich regulatorów. Z jednej strony są kraje, które, podobnie jak Francja, od dawna opowiadają się za wzmocnieniem roli ESMA. Sama szefowa urzędu, Verena Ross, wyraziła gotowość do przejęcia nowych obowiązków. Z drugiej strony znajdują się państwa, które obawiają się utraty kontroli i zahamowania rozwoju lokalnych rynków.

    Chociaż Francja, Włochy i Austria nie przedstawiły konkretnych przykładów rozbieżnych interpretacji przepisów, ich apel jest wyraźnym sygnałem politycznym. Wynik tej debaty zadecyduje o kształcie i dynamice europejskiego rynku aktywów cyfrowych na najbliższe lata, wpływając na pozycję UE jako globalnego centrum innowacji finansowych.

  • Google Cloud znosi opłaty za transfer danych w UE przed Data Act

    Google Cloud znosi opłaty za transfer danych w UE przed Data Act

    Google Cloud wyprzedza unijne regulacje, ogłaszając zniesienie opłat za transfer danych dla klientów korzystających z wielu chmur w Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii.

    Ruch ten ma miejsce tuż przed wejściem w życie nowej Ustawy o danych (Data Act) i jest sygnałem rosnącej presji regulacyjnej na trzech największych graczy rynkowych: Amazon Web Services (AWS), Microsoft Azure i Google Cloud.

    Nowe unijne prawo, które formalnie zaczyna obowiązywać w ten piątek, ma na celu ułatwienie klientom zmiany dostawcy usług chmurowych i ograniczenie tzw. „vendor lock-in”, czyli uzależnienia od jednej platformy.

    Ustawa o danych wymaga od dostawców, by ewentualne opłaty za przeniesienie danych nie przekraczały rzeczywistych kosztów poniesionych w związku z tym procesem. Google idzie o krok dalej, oferując w ramach nowej usługi „Data Transfer Essentials” całkowicie darmowy transfer dla organizacji, które przetwarzają swoje zadania równolegle u co najmniej dwóch dostawców.

    Decyzja Google’a stawia firmę w korzystnym świetle na tle konkurencji. W odpowiedzi na te same regulacje, Microsoft pod koniec sierpnia zaktualizował swoje cenniki w UE, wprowadzając opłaty za transfer „po kosztach”.

    Z kolei lider rynku, AWS, informuje na swojej stronie, że klienci z UE mogą wnioskować o obniżone stawki w kwalifikujących się przypadkach.

    Ruch Google’a jest strategicznie wymierzony w potrzeby firm stosujących strategię multi-cloud. Korzystanie z usług kilku dostawców jednocześnie pozwala zwiększyć odporność systemów IT, uzyskać większą elastyczność i dostęp do wyspecjalizowanych usług każdej z platform.

    Do tej pory wysokim kosztem barierowym były właśnie opłaty za transfer danych (egress fees) między chmurami. Inicjatywa Google’a może znacząco obniżyć te koszty.

    Działania te wpisują się w szerszy trend wzmożonej uwagi regulatorów. Brytyjski urząd antymonopolowy (CMA) już wcześniej wyrażał obawy dotyczące braku konkurencji na rynku chmury, wskazując w lipcu, że praktyki licencyjne Microsoftu mogą stawiać w niekorzystnej sytuacji innych dostawców.

    Choć Google wciąż ma mniejszy udział w rynku niż AWS i Microsoft, jego proaktywna postawa w kwestii opłat może przyciągnąć klientów i przyspieszyć zmiany w całej branży.

  • Kluczowy pakt o danych UE-USA przetrwał sądową próbę. Czas na finał w Trybunale Sprawiedliwości?

    Kluczowy pakt o danych UE-USA przetrwał sądową próbę. Czas na finał w Trybunale Sprawiedliwości?

    Sąd Unii Europejskiej podtrzymał w mocy Ramy Ochrony Danych UE-USA (EU-US Data Privacy Framework), dając chwilę oddechu i niezbędną pewność prawną tysiącom firm transferujących dane przez Atlantyk.

    To już trzecia wersja transatlantyckiego porozumienia po tym, jak dwie poprzednie – Tarcza Prywatności i Bezpieczna Przystań – zostały unieważnione przez najwyższy trybunał UE.

    Decyzja ma kluczowe znaczenie dla szerokiego spektrum branż. Fundamentem operacyjnym dla gigantów technologicznych opierających swoje usługi na chmurze, banków przetwarzających transakcje czy koncernów farmaceutycznych zarządzających danymi kadrowo-płacowymi, są stabilne ramy prawne dla międzynarodowych transferów danych.

    Wyrok sądu pozwala na razie uniknąć chaosu, który wiązałby się z koniecznością przebudowy architektury IT i ryzykiem zakłócenia ciągłości usług. Pewność prawna w tym obszarze jest kluczowa dla funkcjonowania nowoczesnej gospodarki.

    Porozumienie zostało zaskarżone przez francuskiego polityka Philippe’a Latombe’a. W swojej skardze argumentował on, że pakt nie chroni w wystarczającym stopniu obywateli UE przed potencjalną masową inwigilacją ze strony amerykańskich agencji wywiadowczych.

    Kluczowym zarzutem był status nowego amerykańskiego Sądu ds. Przeglądu Ochrony Danych (DPRC) – ciała, do którego Europejczycy mogą wnosić skargi. Zdaniem Latombe’a, nie jest to w pełni niezależny trybunał w rozumieniu unijnego prawa.

    Sąd z siedzibą w Luksemburgu nie zgodził się z tą argumentacją. Orzekł, że amerykańskie prawo, włączając w to mechanizmy nadzoru zapewniane przez DPRC, gwarantuje „odpowiedni poziom ochrony” danych osobowych.

    Sprawa prawdopodobnie nie jest jednak zamknięta. Stronom przysługuje odwołanie do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) – tego samego, który unieważnił poprzednie porozumienia po głośnych skargach aktywisty Maxa Schremsa.

    Sam Schrems już zasygnalizował, że mimo wyroku wciąż ma poważne zastrzeżenia. To sugeruje, że fundamenty obecnej umowy mogą nie przetrwać jej ostatecznej próby przed najwyższą instancją sądową w Unii.

  • Zalando w sporze z UE. Gigant mody nie chce być traktowany jak Big Tech

    Zalando w sporze z UE. Gigant mody nie chce być traktowany jak Big Tech

    Europejski lider e-commerce w branży modowej, Zalando, przegrał pierwszą batalię sądową z Komisją Europejską. Sprawa dotyczy klasyfikacji firmy jako „bardzo dużej platformy internetowej” (VLOP) na mocy nowego aktu o usługach cyfrowych (DSA).

    Firma zapowiada odwołanie, a wyrok może stać się ważnym precedensem dla całego rynku cyfrowego w Unii Europejskiej.

    Sąd Unii Europejskiej w Luksemburgu odrzucił skargę Zalando, podtrzymując decyzję Komisji Europejskiej. Zgodnie z nią, niemiecki gigant e-commerce, z ponad 83 milionami aktywnych użytkowników miesięcznie, został objęty najsurowszymi regulacjami DSA.

    Stawia go to w jednym rzędzie z takimi graczami jak Google, Meta czy TikTok.

    Przedstawiciele Zalando argumentowali, że ich platforma nie powinna być traktowana na równi z globalnymi gigantami technologicznymi. Wskazywali na swój hybrydowy model biznesowy, który łączy sprzedaż własnych produktów z ofertą partnerów zewnętrznych w ramach programu Partner Program.

    Zdaniem firmy, jej wyselekcjonowana oferta nie stwarza „ryzyka systemowego” związanego z rozpowszechnianiem szkodliwych lub nielegalnych treści, co jest główną przesłanką dla surowych regulacji DSA. Firma twierdziła również, że liczba użytkowników objętych programem partnerskim jest znacznie niższa i wynosi około 30 milionów.

    Sąd nie przychylił się jednak do tej argumentacji. W orzeczeniu podkreślono, że sama platforma nie jest w stanie precyzyjnie rozróżnić, którzy użytkownicy mieli kontakt z treściami pochodzącymi od sprzedawców zewnętrznych, a którzy nie.

    To, zdaniem sędziów, uzasadniało decyzję unijnego regulatora oparcia się na łącznej liczbie wszystkich aktywnych użytkowników.

    Dla Komisji Europejskiej wyrok jest potwierdzeniem, że akt o usługach cyfrowych jest stosowany niedyskryminacyjnie wobec wszystkich dużych graczy na rynku unijnym, niezależnie od ich pochodzenia.

    Sprawa Zalando jest pierwszym tego typu wyzwaniem prawnym rzuconym regulacjom DSA przez firmę. Mimo niekorzystnego wyroku, firma nie składa broni i zapowiedziała odwołanie do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, najwyższej instancji sądowej w UE.

    Decyzja ta pokazuje determinację firmy w obronie swojego modelu biznesowego i może wyznaczyć kierunek dla innych platform, które w przyszłości znajdą się w podobnej sytuacji.

  • KE wskazuje 12 wektorów, które zadecydują o technologicznej przyszłości Europy

    KE wskazuje 12 wektorów, które zadecydują o technologicznej przyszłości Europy

    Raport Komisji Europejskiej „Stan Dekady Cyfrowej 2025” to coroczny barometr ambicji i rzeczywistości w cyfrowym krajobrazie Unii. Tegoroczna edycja, choć wskazuje na postępy, jest przede wszystkim trzeźwą oceną fundamentalnych wyzwań.

    Dokument identyfikuje 12 kluczowych obszarów, które zadecydują o tym, czy Europa stanie się cyfrowym liderem, czy pozostanie w cieniu technologicznych potęg spoza kontynentu. Wnioski są jednoznaczne: bez strategicznych inwestycji w infrastrukturę, cyberbezpieczeństwo i kompetencje, europejska suwerenność cyfrowa pozostanie jedynie politycznym hasłem.

    Fundamenty: zależność infrastrukturalna i wyścig o moc obliczeniową

    Największym cieniem na cyfrowych aspiracjach Europy kładzie się głęboka zależność od kluczowych dostawców. Analizy wskazują, że ponad 80% produktów, usług i infrastruktury cyfrowej pochodzi spoza UE. Ta statystyka jest fundamentem dla pierwszego i najważniejszego wektora wskazanego w raporcie: suwerennej mocy obliczeniowej.

    Bez własnych, skalowalnych zasobów w chmurze, przetwarzaniu brzegowym (edge computing) i superkomputerach (HPC), Unia nie będzie w stanie kontrolować swojej cyfrowej przyszłości. Raport podkreśla konieczność przyspieszenia procesów finansowania i wdrażania projektów, aby sprostać strategicznym celom w obszarze chmury i sztucznej inteligencji.

    Problem zależności rozciąga się również na fizyczną infrastrukturę. Międzynarodowe kable podmorskie, określane mianem cyfrowych tętnic Europy, wymagają zwiększenia redundancji i stworzenia skoordynowanych mechanizmów naprawczych.

    Podobnie jest w kosmosie, gdzie unijne projekty, takie jak IRIS² (Infrastruktura Odporności, Połączności i Bezpieczeństwa Satelitarnego), mają uniezależnić kontynent od zewnętrznych konstelacji satelitarnych.

    Rosnąca moc obliczeniowa ma jednak swoją cenę. Komisja alarmuje, że zużycie energii w centrach danych może wzrosnąć o 70% do 2030 roku. To sprawia, że planowanie rozwoju cyfrowego musi być nierozerwalnie związane ze strategią energetyczną, opartą na odnawialnych źródłach i efektywności.

    Tarcza: cyberbezpieczeństwo w erze kwantowej

    Drugim filarem, na którym opiera się raport, jest cyberbezpieczeństwo. Unia Europejska dysponuje już zaawansowanymi ramami prawnymi, takimi jak dyrektywa NIS2 czy akty CRA (Cyber Resilience Act) i CSA (Cybersecurity Act). Jednak legislacja to dopiero początek.

    Kluczowe jest teraz ich skuteczne wdrożenie, w tym zarządzanie ryzykiem związanym z dostawcami wysokiego ryzyka w sieciach 5G.

    Jednocześnie na horyzoncie pojawia się nowe, egzystencjalne zagrożenie: komputery kwantowe, zdolne do złamania obecnych standardów szyfrowania. Europa ma już plan działania w zakresie kryptografii postkwantowej (PQC) z celem migracji systemów w latach 2030-2035, ale brakuje krajowych strategii wdrożeniowych.

    Czasu jest coraz mniej, ponieważ dane przechwytywane dzisiaj mogą zostać odszyfrowane w przyszłości.

    Słabym ogniwem pozostaje cyberhigiena w sektorze MŚP. Europejskie małe i średnie przedsiębiorstwa często nie dysponują zaawansowanymi technologiami i wiedzą, co czyni je łatwym celem i zwiększa podatność całego łańcucha dostaw.

    Sieć i ludzie: nierówna adopcja i luka kompetencyjna

    Raport zwraca również uwagę na wolniejsze, niż oczekiwano, tempo modernizacji samej sieci. Choć zasięg sieci 5G rośnie, adopcja jej w pełni autonomicznej wersji (Standalone) jest niska. To hamuje rozwój zaawansowanych usług i opóźnia przygotowania do ery 6G.

    Podobnie nierównomiernie przebiega implementacja fundamentalnych standardów internetowych, takich jak IPv6 (kluczowy dla skalowalności) czy DNSSEC (zabezpieczający system nazw domenowych), co generuje ryzyko systemowe.

    Postępy widać w obszarze cyfrowych usług publicznych i e-tożsamości, jednak i tu pojawia się problem zależności technologicznej od zewnętrznych platform. Największym wyzwaniem pozostaje jednak czynnik ludzki. W Europie brakuje blisko 300 000 specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa, a ogólna liczba ekspertów ICT jest niewystarczająca.

  • Google z niższą karą od UE za adtech. Bruksela zmienia strategię

    Google z niższą karą od UE za adtech. Bruksela zmienia strategię

    Wygląda na to, że Google w nadchodzących tygodniach uniknie rekordowej grzywny w Unii Europejskiej. Po czteroletnim dochodzeniu w sprawie praktyk monopolistycznych w segmencie technologii reklamowych (adtech) firma ma zostać ukarana, ale kwota będzie znacznie niższa niż w poprzednich głośnych sprawach.

    To sygnał zmiany strategii unijnych regulatorów pod nowym kierownictwem.

    Dochodzenie, zainicjowane skargą Europejskiej Rady Wydawców, dotyczyło faworyzowania przez Google własnych usług reklamowych kosztem konkurencji. W 2023 roku Komisja Europejska postawiła w tej sprawie formalne zarzuty.

    Jednak nowa szefowa unijnych organów antymonopolowych, Teresa Ribera, odchodzi od polityki swojej poprzedniczki, Margrethe Vestager, która zasłynęła z nakładania wielomiliardowych kar mających działać odstraszająco.

    Nowe podejście Brukseli ma koncentrować się na wymuszeniu zmiany antykonkurencyjnych praktyk, a nie na finansowym karaniu gigantów technologicznych. To istotna zmiana, biorąc pod uwagę dotychczasowe kary dla Google: 4,3 mld euro w sprawie systemu Android, 2,42 mld euro za faworyzowanie własnej porównywarki cenowej i 1,49 mld euro w związku z AdSense.

    Mimo to stawka jest wysoka, gdyż przychody Google z reklam w 2024 roku sięgnęły 264,6 mld dolarów, co stanowiło ponad 75% całkowitych przychodów koncernu.

    Co równie istotne, Komisja Europejska nie będzie naciskać na strukturalny podział biznesu adtech Google. Wcześniej sugerowano, że firma może zostać zmuszona do sprzedaży swoich kluczowych narzędzi, takich jak DoubleClick for Publishers czy giełda reklam AdX.

    Unijni urzędnicy prawdopodobnie wstrzymują się z tak radykalnym krokiem, ponieważ we wrześniu amerykański sąd ma zająć się kwestią potencjalnych środków zaradczych w analogicznej sprawie dotyczącej dominacji Google na rynku narzędzi reklamowych. W ten sposób europejska batalia o adtech staje się częścią globalnej rozgrywki regulacyjnej.

  • Unia Europejska wzmacnia obronę przed zagłuszaniem GPS. Nowe satelity trafią na niską orbitę

    Unia Europejska wzmacnia obronę przed zagłuszaniem GPS. Nowe satelity trafią na niską orbitę

    Unia Europejska planuje rozmieszczenie dodatkowych satelitów na niskiej orbicie okołoziemskiej (LEO), aby zbudować odporność na rosnące zagrożenie zagłuszaniem sygnału GPS. Inicjatywa jest bezpośrednią odpowiedzią na nasilające się incydenty w Europie, przypisywane działaniom Rosji w ramach wojny hybrydowej.

    Zgodnie z zapowiedzią komisarza UE ds. obrony, Andriusa Kubiliusa, nowa warstwa infrastruktury kosmicznej ma nie tylko wzmocnić istniejące systemy nawigacyjne, ale również poprawić zdolności wykrywania źródeł zakłóceń.

    Decyzja nabrała tempa po niedzielnym incydencie, podczas którego doszło do zakłócenia pracy GPS w samolocie przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen. Choć zdarzenie było chwilowe, wpisuje się w szerszy, niepokojący trend.

    Od wielu miesięcy w regionie Morza Bałtyckiego, w tym nad Polską i krajami skandynawskimi, notowane są masowe i długotrwałe zakłócenia sygnału, które stanowią realne zagrożenie dla lotnictwa cywilnego i transportu morskiego.

    Z technicznego punktu widzenia, satelity na niskiej orbicie (LEO) oferują znacznie silniejszy sygnał niż te operujące na średniej orbicie (MEO), na której bazuje zarówno amerykański system GPS, jak i europejski Galileo.

    Wyższa moc sygnału sprawia, że jest on znacznie trudniejszy do skutecznego zagłuszenia z ziemi.

    Inwestycja w nową konstelację jest elementem szerszej strategii Unii, dążącej do osiągnięcia suwerenności w kluczowych technologiach kosmicznych. Ma ona stanowić uzupełnienie dla systemu Galileo oraz budowanej, bezpiecznej sieci łączności IRIS².

    Krok ten podkreśla, że w obliczu nowych zagrożeń, niezależna i bezpieczna infrastruktura satelitarna staje się fundamentem nie tylko dla obronności, ale także dla stabilności całej gospodarki.

  • Unijny AI Act wchodzi w nową fazę. Na Polskę i Europę czekają kolejne obowiązki

    Unijny AI Act wchodzi w nową fazę. Na Polskę i Europę czekają kolejne obowiązki

    W sierpniu 2025 roku weszły w życie kolejne przepisy unijnego Aktu o sztucznej inteligencji (AI Act), wprowadzając nowe, istotne wymogi dla dostawców technologii i administracji państw członkowskich. Regulacje koncentrują się na modelach AI ogólnego przeznaczenia (GPAI) i tworzeniu struktur nadzoru. Polska, podobnie jak inne kraje UE, pracuje nad dostosowaniem krajowego prawa, choć prace nad kluczową ustawą wciąż trwają.

    Nowy etap wdrażania AI Act, przełomowej regulacji dla sektora technologicznego, skupia się na zapewnieniu transparentności i bezpieczeństwa najbardziej zaawansowanych systemów AI. Dostawcy modeli ogólnego przeznaczenia, takich jak te stanowiące podstawę dla popularnych chatbotów czy generatorów obrazów, zostali zobowiązani do szczegółowej oceny ich wpływu na prawa podstawowe. Muszą także publikować zwięzłe podsumowania danych wykorzystanych do trenowania algorytmów i zapewnić nadzór nad ich dalszym zastosowaniem.

    To odpowiedź regulatora na rosnące obawy dotyczące potencjalnych ryzyk związanych z nietransparentnym działaniem potężnych modeli językowych i generatywnych. Komisja Europejska opublikowała również specjalny kodeks postępowania, który ma w praktyce pomóc firmom wdrożyć te skomplikowane wymogi.

    Kolejnym filarem sierpniowych zmian jest ustanowienie formalnych ram zarządzania i nadzoru nad rynkiem AI. Przepisy powołują do życia unijne struktury administracyjne, które we współpracy z organami krajowymi będą monitorować przestrzeganie prawa. Wprowadzono także system kar finansowych za naruszenia, co ma zapewnić realną egzekucję regulacji.

    Tymczasem w Polsce trwają prace rządowe nad projektem ustawy o systemach sztucznej inteligencji (U71), która ma implementować unijne prawo. Projekt, pozytywnie zaopiniowany przez Komitet do Spraw Europejskich, zakłada powołanie nowego organu nadzorczego – Komisji Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji. Kluczową rolę w koordynacji wdrożenia odgrywa Ministerstwo Cyfryzacji.

    Istotnym elementem polskiej strategii ma być wspieranie innowacji poprzez tworzenie tzw. piaskownic regulacyjnych. Te kontrolowane środowiska testowe pozwolą firmom i startupom na eksperymentowanie z nowymi technologiami AI bez ryzyka naruszenia skomplikowanych przepisów, co ma stanowić kompromis między bezpieczeństwem a rozwojem. Brak finalizacji krajowych przepisów pozostaje jednak wyzwaniem dla polskiego sektora IT, który czeka na jasne wytyczne implementacyjne.

  • DORA, czyli jak nowe prawo UE rewolucjonizuje IT w polskim sektorze finansowym?

    DORA, czyli jak nowe prawo UE rewolucjonizuje IT w polskim sektorze finansowym?

    Sektor finansowy, od lat będący w awangardzie cyfrowej transformacji, stoi u progu kolejnej rewolucji. Nie jest ona jednak napędzana przez nową technologię, lecz przez prawo. Mowa o Rozporządzeniu w sprawie operacyjnej odporności cyfrowej sektora finansowego, znanym jako DORA (Digital Operational Resilience Act).

    Obowiązujące od 17 stycznia 2025 roku, nie jest to kolejna dyrektywa do powolnej implementacji, ale bezpośrednio stosowany akt prawny, który fundamentalnie redefiniuje zasady gry dla całego ekosystemu IT w polskiej branży finansowej.

    Skala tej zmiany jest porównywalna z wdrożeniem RODO, a jej głównym celem jest zakończenie ery fragmentarycznych, krajowych regulacji i stworzenie jednolitego, wysokiego standardu odporności na cyberzagrożenia w całej Unii Europejskiej.   

    DORA to coś więcej niż zbiór technicznych wytycznych. To zmiana paradygmatu, która przenosi ostateczną odpowiedzialność za cyberbezpieczeństwo z działów IT na najwyższe szczeble zarządcze.

    Cyfrowa odporność przestaje być kwestią techniczną, a staje się strategicznym filarem zarządzania ryzykiem całej organizacji, wymagającym od zarządów aktywnego zaangażowania i głębokiego zrozumienia technologicznych wyzwań.   

    Anatomia rewolucji: Pięć filarów DORA

    Aby zrozumieć skalę nadchodzących zmian, należy przeanalizować pięć wzajemnie powiązanych filarów, na których opiera się cała konstrukcja DORA.

    1. Zarządzanie Ryzykiem ICT: To fundament rozporządzenia. Nakłada on na instytucje finansowe obowiązek wdrożenia kompleksowych i udokumentowanych ram zarządzania ryzykiem technologicznym. Kluczową nowością jest jednoznaczne przypisanie ostatecznej odpowiedzialności za ten obszar organowi zarządzającemu. Zarząd musi nie tylko zatwierdzić strategię, ale także aktywnie nadzorować jej realizację, co wymaga od jego członków odpowiednich kompetencji do oceny ryzyk cyfrowych.  
    2. Zarządzanie i Raportowanie Incydentów: DORA standaryzuje proces obsługi incydentów, wprowadzając zharmonizowany system raportowania. Największym wyzwaniem są niezwykle krótkie terminy: wstępne powiadomienie o poważnym incydencie musi trafić do organu nadzoru (w Polsce KNF) w ciągu zaledwie 24 godzin od jego klasyfikacji . W praktyce wymusza to na organizacjach inwestycje w zaawansowane systemy monitorowania (SIEM) i automatyzacji reakcji (SOAR).  
    3. Testowanie Operacyjnej Odporności Cyfrowej: Rozporządzenie formalizuje i zaostrza wymogi dotyczące testowania. Oprócz corocznych testów podatności, wprowadza obowiązek przeprowadzania co najmniej raz na trzy lata zaawansowanych testów penetracyjnych opartych na analizie zagrożeń – Threat-Led Penetration Testing (TLPT). Są to kontrolowane symulacje realnych cyberataków, przeprowadzane na systemach produkcyjnych przez zewnętrznych, certyfikowanych ekspertów.  
    4. Zarządzanie Ryzykiem Stron Trzecich: To prawdopodobnie najbardziej rewolucyjny element DORA. Instytucje finansowe stają się w pełni odpowiedzialne za ryzyko generowane przez cały łańcuch dostaw usług ICT – od globalnych dostawców chmury po lokalne software house’y. Rozporządzenie narzuca rygorystyczne wymogi dotyczące umów, w tym gwarancję prawa do audytu, oraz wprowadza mechanizm bezpośredniego nadzoru UE nad kluczowymi dostawcami technologii (Critical Third-Party Providers, CTPPs).  
    5. Wymiana Informacji o Zagrożeniach: Ostatni filar promuje współpracę w ramach zaufanych społeczności w celu wymiany informacji i analiz dotyczących cyberzagrożeń. Celem jest stworzenie systemu wczesnego ostrzegania, który pozwoli całemu sektorowi uczyć się na błędach i proaktywnie wzmacniać mechanizmy obronne.   

    Polski kontekst: KNF nie zostawia złudzeń

    Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) przyjęła bardzo proaktywną postawę, jasno komunikując rynkowi, że nie będzie taryfy ulgowej. W swoim stanowisku UKNF podkreślił, że DORA, jako rozporządzenie, jest aktem prawa bezpośrednio stosowanym i brak krajowych przepisów wykonawczych nie wstrzymuje obowiązku jej przestrzegania od 17 stycznia 2025 roku .

    Najważniejszą konsekwencją dla polskiego rynku jest zmiana paradygmatu regulacyjnego. DORA, jako lex specialis (prawo szczegółowe), zastępuje i uchyla dotychczasowe, dobrze znane krajowe wytyczne, takie jak Rekomendacja D czy Komunikat chmurowy.

    Kończy się era elastycznego soft law, a zaczyna twarde, zharmonizowane na poziomie UE prawo, które nie pozostawia miejsca na dowolność interpretacyjną. Aby umożliwić rynkowi działanie w nowej rzeczywistości, KNF wdrożyła konkretne narzędzia, w tym obowiązek posiadania przez każdą instytucję identyfikatora LEI oraz dedykowane systemy do sprawozdawczości i obsługi incydentów.

    Za nieprzestrzeganie przepisów grożą dotkliwe sankcje, w tym kary finansowe sięgające 10% rocznego obrotu, a w skrajnych przypadkach nawet odpowiedzialność karna dla członków zarządu.   

    Główne wyzwania i priorytety inwestycyjne

    Dostosowanie się do DORA to proces złożony i kosztowny, który zdominuje budżety IT w polskim sektorze finansowym w najbliższych latach. Można zidentyfikować trzy główne obszary, które stanowią największe wyzwania.

    Po pierwsze, zarządzanie ryzykiem stron trzecich. Dla wielu instytucji oznacza to tytaniczną pracę polegającą na przeglądzie i renegocjacji setek, a nawet tysięcy umów z dostawcami technologii . Każdy kontrakt musi zostać dostosowany do rygorystycznych wymogów DORA, co jest zadaniem nie tylko dla prawników, ale i dla biznesu oraz IT.

    Po drugie, zaawansowane testy penetracyjne (TLPT). To skomplikowane i drogie przedsięwzięcia, a na rynku brakuje wyspecjalizowanych firm z odpowiednimi certyfikatami i doświadczeniem.

    Ograniczona podaż takich usług może prowadzić do wzrostu cen i problemów z dostępnością, a same testy wymagają bezprecedensowej współpracy z dostawcami, których systemy również muszą być objęte zakresem testów.   

    Po trzecie, zintegrowane raportowanie incydentów. Spełnienie 24-godzinnego terminu na zgłoszenie jest praktycznie niemożliwe bez zautomatyzowanych procesów.

    Wiele organizacji będzie musiało zainwestować w modernizację lub wdrożenie nowoczesnych platform SIEM i SOAR, zintegrowanych z wewnętrznymi procedurami i systemami raportowania KNF.

    Te trzy obszary, uzupełnione o konieczność szeroko zakrojonych szkoleń dla kadr na wszystkich szczeblach, zdeterminują główne kierunki inwestycji w nadchodzących miesiącach.   

    DORA jako katalizator modernizacji

    Choć wdrożenie DORA wiąże się z ogromnymi wyzwaniami, postrzeganie go wyłącznie jako obciążenia regulacyjnego byłoby błędem. W dłuższej perspektywie rozporządzenie to ma potencjał, by stać się potężnym katalizatorem pozytywnych zmian i modernizacji.

    Odporność cyfrowa staje się kluczowym elementem przewagi konkurencyjnej. Organizacje, które skutecznie wdrożą DORA, będą postrzegane przez klientów i partnerów jako bardziej wiarygodne i bezpieczne.

    Rygorystyczne wymogi wobec dostawców doprowadzą do podniesienia standardów w całym sektorze technologicznym, eliminując z rynku podmioty, które nie są w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa.   

    Co więcej, DORA może stać się impulsem do redukcji długu technologicznego i przyspieszenia migracji do chmury. Uchylenie niejasnego „Komunikatu chmurowego” i zastąpienie go zharmonizowanym, europejskim standardem daje instytucjom finansowym znacznie większą pewność regulacyjną .

    W połączeniu z presją na modernizację może to zachęcić niezdecydowane dotąd podmioty do strategicznej i zgodnej z DORA migracji do chmury, postrzegając ją jako sposób na osiągnięcie wymaganej odporności i elastyczności.

    Czas na działanie

    Termin 17 stycznia 2025 roku jest nieprzekraczalny. Czas na analizy dobiegł końca – nadszedł moment na intensywne działania. DORA to nie są kolejne wytyczne, które można dowolnie interpretować. To nowy, obowiązkowy system operacyjny dla technologii w europejskim sektorze finansowym.

    pOrganizacje, które potraktują to wyzwanie priorytetowo, nie tylko zapewnią sobie zgodność z prawem, ale przede wszystkim zbudują solidny fundament pod bezpieczny i stabilny rozwój.

  • UE vs USA. Spór o DSA blokuje handel

    UE vs USA. Spór o DSA blokuje handel

    Nowe, ambitne regulacje cyfrowe Unii Europejskiej stają się kluczowym punktem spornym w negocjacjach handlowych ze Stanami Zjednoczonymi.

    Waszyngton obawia się, że unijne przepisy, takie jak Akt o Usługach Cyfrowych (DSA), mogą stać się ukrytymi barierami handlowymi, uderzającymi głównie w amerykańskich gigantów technologicznych. Konflikt ten opóźnia finalizację szerszego porozumienia gospodarczego między sojusznikami.

    Źródłem napięcia jest odmienna interpretacja tzw. „barier pozataryfowych”. Stany Zjednoczone dążą do tego, by w ramach negocjacji handlowych móc podważać regulacje cyfrowe, które ich zdaniem ograniczają wolny rynek i nakładają nieproporcjonalne koszty na firmy z USA.

    Administracja amerykańska sygnalizuje, że przepisy takie jak DSA mogą hamować wolność słowa i faworyzować europejskie podmioty. Z tego powodu Waszyngton chce zachować możliwość wprowadzania ceł odwetowych lub innych środków zaradczych.

    Dla Brukseli jest to jednak czerwona linia. Unia Europejska postrzega Akt o Usługach Cyfrowych oraz Akt o Rynkach Cyfrowych (DMA) jako fundamentalne narzędzia do budowy bezpieczniejszego i bardziej sprawiedliwego internetu.

    Celem jest zmuszenie największych platform do skuteczniejszej walki z dezinformacją, nielegalnymi treściami i mową nienawiści, a także do zapewnienia uczciwej konkurencji. Urzędnicy UE podkreślają, że suwerenność cyfrowa i ochrona użytkowników nie podlegają negocjacjom handlowym.

    Spór ten wykracza poza sektor technologiczny i rzutuje na całą architekturę transatlantyckich stosunków gospodarczych. Kwestie ceł na towary przemysłowe, w tym z branży motoryzacyjnej, zostały powiązane z postępem w rozmowach na tematy cyfrowe.

    uBrak porozumienia pokazuje rosnącą rozbieżność w podejściu do regulacji technologii między UE a USA, co może stać się zwiastunem dalszych tarć w globalnej gospodarce cyfrowej. Obie strony, mimo deklaracji o współpracy w ramach Rady ds. Handlu i Technologii (TTC), wciąż mają problem ze znalezieniem wspólnego języka w fundamentalnych kwestiach.

  • UE bierze na celownik „acqui-hiring”. Koniec z cichymi przejęciami talentów przez Big Tech?

    UE bierze na celownik „acqui-hiring”. Koniec z cichymi przejęciami talentów przez Big Tech?

    Wielkie koncerny technologiczne od dawna wykorzystują strategię „acqui-hiring”, czyli przejmowania kluczowych pracowników i założycieli startupów, aby pozyskać ich wiedzę i technologię z pominięciem formalnych fuzji. Ta praktyka, dotychczas pozostająca poza radarem, wkrótce może znaleźć się pod baczną obserwacją organów antymonopolowych Unii Europejskiej, co stanowi nowy front w walce o rynkową równowagę.

    Olivier Guersent, ustępujący dyrektor generalny ds. konkurencji w Komisji Europejskiej, zasygnalizował zmianę kursu tuż przed końcem swojej kadencji. W jego ocenie, masowe transfery talentów można traktować jako formę fuzji, ponieważ pracownicy i ich własność intelektualna stanowią kluczowe aktywa firmy. Organy regulacyjne postrzegają takie działania jako próbę ominięcia przepisów dotyczących kontroli połączeń, co w efekcie może osłabiać konkurencję poprzez eliminowanie potencjalnych rywali, zanim ci zdążą urosnąć.

    Komisja Europejska nie zamierza tworzyć nowych przepisów, lecz chce aktywniej korzystać z istniejących mechanizmów. Plan zakłada zachęcanie krajowych urzędów ochrony konkurencji, działających w ramach Europejskiej Sieci Konkurencji (ECN), do korzystania z ich uprawnień. Kraje takie jak Dania, Irlandia czy Włochy mogą zgłaszać do Komisji transakcje, które nie przekraczają unijnych progów finansowych, ale budzą obawy o zaburzenie konkurencji.

    W ostatnich latach strategia ta była powszechnie stosowana. Głośne przykłady obejmują transakcję Microsoftu, który za 650 milionów dolarów zatrudnił większość zespołu startupu AI Inflection, w tym jego współzałożycieli. Podobne ruchy wykonywały także Google, pozyskując kluczowych pracowników z firm Character.AI i Windsurf, Amazon z częścią zespołu Adept AI oraz Meta.

    Nowe podejście do „acqui-hiring” wpisuje się w szerszy trend wzmożonej kontroli regulacyjnej nad Big Tech, którego symbolem jest przełomowy Akt o rynkach cyfrowych (DMA). Zdaniem Guersenta, DMA przyniosło zmiany tam, gdzie dekady egzekwowania prawa antymonopolowego zawodziły. Choć przyznał, że pełny sukces jest jeszcze odległy, zintensyfikowanie działań w sprawie przejęć talentów pokazuje, że regulatorzy nie zamierzają zwalniać tempa.

  • Szokujące wyznanie Microsoft. Jedno prawo USA sprawia, że są bezradni

    Szokujące wyznanie Microsoft. Jedno prawo USA sprawia, że są bezradni

    Kwestia suwerenności danych w Unii Europejskiej nabiera coraz większego znaczenia, a niedawne oświadczenie Microsoftu przed francuskim Senatem tylko potęguje obawy. Koncern przyznał, że nie może w pełni zagwarantować, iż dane europejskich klientów nie zostaną udostępnione amerykańskim władzom. To stwierdzenie, choć szczere, rzuca cień na koncepcję „suwerennej chmury”, promowanej przez największych dostawców z USA.

    Problem leży w konflikcie jurysdykcji. Z jednej strony, amerykańscy giganci technologiczni, tacy jak Microsoft, AWS i Google, inwestują w europejskie centra danych, obiecując, że informacje ich klientów z UE pozostaną na kontynencie. Inicjatywy takie jak „Microsoft Sovereign Cloud” mają zapewniać zgodność z lokalnymi regulacjami i chronić przed nieautoryzowanym dostępem. Z drugiej strony, te same firmy podlegają amerykańskiej ustawie CLOUD Act, która zobowiązuje je do udostępnienia danych na żądanie amerykańskich organów ścigania, niezależnie od miejsca ich przechowywania.

    Przedstawiciele Microsoftu podkreślają, że firma nie jest bezbronna i może kwestionować bezzasadne żądania. Do tej pory, jak twierdzi koncern, nie było przypadku przekazania danych z europejskich serwerów na mocy CLOUD Act. Jednak dla wielu ekspertów ds. prywatności i europejskich decydentów to za mało. Ryzyko, nawet jeśli teoretyczne, jest nie do zaakceptowania, zwłaszcza w kontekście przetwarzania danych wrażliwych przez instytucje publiczne.

    Unia Europejska, świadoma swojej zależności – około 72% rynku chmury w Europie jest w rękach trzech amerykańskich firm – poszukuje alternatyw. Inicjatywy takie jak Gaia-X mają na celu stworzenie sfederowanej, europejskiej infrastruktury danych, która zapewniłaby większą kontrolę i suwerenność. Jest to jednak proces długotrwały i kosztowny, a dorównanie skali i zaawansowaniu technologicznemu amerykańskich liderów stanowi ogromne wyzwanie.

    W rezultacie, europejskie firmy i instytucje stają przed trudnym wyborem. Mogą kontynuować współpracę z amerykańskimi dostawcami, akceptując ryzyko prawne, lub poszukiwać lokalnych alternatyw, które mogą jeszcze nie oferować tak zaawansowanych i kompleksowych usług. Przyznanie przez Microsoft, że „nie może zagwarantować” pełnej suwerenności, jest ważnym głosem w tej debacie, który z pewnością przyspieszy dążenia Europy do osiągnięcia cyfrowej niezależności.

  • Meta, X i LinkedIn pod lupą fiskusa. Włochy chcą miliarda euro VAT za dane użytkowników

    Meta, X i LinkedIn pod lupą fiskusa. Włochy chcą miliarda euro VAT za dane użytkowników

    Włoski spór z amerykańskimi gigantami technologicznymi o VAT może stać się jednym z najważniejszych precedensów fiskalnych w historii Unii Europejskiej. Meta, LinkedIn i X złożyły właśnie apelację od decyzji włoskich organów podatkowych, które domagają się od nich ponad miliarda euro, uznając wymianę danych osobowych za… transakcję podlegającą opodatkowaniu.

    Dotychczas podobne sprawy kończyły się ugodą. Tym razem jednak Włosi idą na całość: nie tylko żądają rekordowych kwot (887 mln euro od Mety, 140 mln od LinkedIna i 12,5 mln od X), ale chcą ustanowić nowy model interpretacji przepisów VAT. Kluczowe pytanie brzmi: czy bezpłatna rejestracja użytkownika w zamian za jego dane osobowe stanowi formę wymiany towaru lub usługi?

    Dla włoskiej administracji odpowiedź jest twierdząca. Dla firm — wręcz przeciwnie. Meta i pozostali argumentują, że dostęp do platform internetowych nie powinien podlegać opodatkowaniu, a świadczenie usług cyfrowych odbywa się zgodnie z przepisami UE.

    Stawka jest wysoka, nie tylko finansowo. Włoska interpretacja może bowiem mieć szerokie skutki dla europejskiej gospodarki cyfrowej. Model „za darmo w zamian za dane” jest powszechny: od portali społecznościowych po wydawców, linie lotnicze i sklepy internetowe. Jeśli włoski fiskus wygra, konieczna będzie korekta wielu modeli biznesowych w całej UE.

    Sprawa jest na tyle złożona, że Włochy szukają wsparcia w Brukseli. Jesienią mają przedstawić swoje pytania Komitetowi VAT Komisji Europejskiej, który choć pełni jedynie funkcję doradczą, może wpłynąć na decyzję o dalszym prowadzeniu sprawy. Proces podatkowy może potrwać nawet dekadę.

    Tło sporu nie jest wyłącznie podatkowe — to także element szerszych napięć między UE a USA, zwłaszcza w zakresie regulacji Big Techu. Komisja Europejska, jednocześnie negocjująca nowe porozumienia handlowe z USA, wstrzymuje niektóre postępowania wobec platform — jak śledztwo dotyczące X za łamanie zasad przejrzystości.