Tag: Unia Europejska

  • Branża cyfrowa: Unijna dyrektywa zmieni internet i ograniczy prawa internautów

    Branża cyfrowa: Unijna dyrektywa zmieni internet i ograniczy prawa internautów

    Jeśli przegłosowany wczoraj projekt Dyrektywy regulujący prawo autorskie na Jednolitym Rynku Cyfrowym wejdzie w życie, nie tylko zostanie ograniczony dostęp do informacji i wszelkiego kontentu, ale wpłynie też na swobodę wypowiedzi wszystkich internautów – przestrzega Związek Cyfrowa Polska. I apeluje do rządu premiera Mateusza Morawieckiego, by podczas negocjacji, które będą toczyć się na forum Rady Europy, twardo stawił się za interesami polskich przedsiębiorców, konsumentów i użytkowników rynku kreatywnego.

    Michał Kanownik
    Michał Kanownik

    Wczorajsze głosowanie w Parlamencie Europejskim to czarny dzień dla polskiej branży cyfrowej, nowoczesnych technologii, rynku kreatywnego oraz najbardziej zainteresowanych, czyli samych internautów. Jeżeli dyrektywa nie zostanie odrzucona podczas głosowania na Radzie Europy, skończy się wolność w internecie, jaką dziś znamy – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.

    Tłumaczy, że przyjęte w środowym głosowaniu prawne rozwiązania nie mają ani ekonomicznego, ani społecznego uzasadnienia, a wręcz negatywnie odbiją się na prawach obywateli oraz konkurencyjności europejskiej gospodarki.

    Najbardziej smutne jest to, że europosłowie, którzy poparli projekt Dyrektywy nie byli skłonni do żadnego kompromisu. A ten był możliwy, by z jednej strony usatysfakcjonować twórców i wydawców, ale z drugiej nie zabijać rynku kreatywnego oraz nie ograniczać wolności internautów. Niestety nacisk wielkich koncernów okazał się na tyle duży, że część europosłów uległa ich presji – ocenia prezes Związku. I podkreśla: – Fatalnie się stało, że całkowicie zostały zignorowane interesy obywateli Unii i przedsiębiorców.

    Zdaniem Michała Kanownika dyrektywa reformująca prawo autorskie kłóci się z unijną ideą jednolitego rynku cyfrowego, który ma na celu zniesienie wszelkich barier regulacyjnych i sprzyjać pełnemu wkroczeniu wszystkich krajów Unii w epokę cyfrową. Uderzy ona też w kraje rozwijające się, w tym Polskę poprzez zahamowanie rozwój sektora cyfrowego w naszym kraju. Bo nałożone Dyrektywą nowe obowiązki i obostrzenia wprowadzą nowe bariery w działalności w sektorze nowoczesnych technologii i innowacji, a tym samym zatrzyma powstawanie innowacyjnych przedsięwzięć w Polsce.

    Dziwi mnie postawa tych polskich eurodeputowanych, którzy zagłosowali za Dyrektywą, bo tym samym zagłosowali przeciwko krajowym interesom – zaznacza Michał Kanownik. I dodaje: – Chciałbym podziękować europosłom, którzy rozsądnie podeszli do argumentów przedstawianych przez wszystkie strony sporu i którym zależało na kompromisie. Teraz przyszłość Dyrektywy leży w rękach rządów krajów członkowskich. Liczę, że polski rząd podtrzyma swoje stanowisko i stanie w obronie polskich przedsiębiorców i konsumentów. Podczas środowego głosowania w Strasburgu polscy europosłowie PiS, PSL i SLD zagłosowali przeciwko projektowi Dyrektywy. Poparli go europosłowie PO.

  • Niemal 100 miliardów euro w nowym programie ramowym Horyzont Europa

    Niemal 100 miliardów euro w nowym programie ramowym Horyzont Europa

    Horyzont Europa – tak nazywać się będzie kolejny program ramowy Unii Europejskiej, finansujący badania naukowe i innowacje. Zastąpi Horyzont 2020. W latach 2021-2027 do innowatorów trafi prawie 100 mld euro, czyli ponad 25 proc. więcej niż w obecnej perspektywie finansowej.

    Będzie to najwyższy do tej pory unijny budżet na innowacje. Ta kwota ma szansę jeszcze wzrosnąć, ponieważ Parlament Europejski wnioskował o 120 mld euro i jego przedstawiciele zapowiadają, że będą walczyli o pełne dofinansowanie.

    Dotychczasowe programy pokazały, że inwestowanie w innowacyjność wpływa pozytywnie na europejską gospodarkę i wzrost jakości życia. Dzięki środkom z programów ramowych UE weszło na rynek wiele przełomowych rozwiązań. Są wśród nich wydajne baterie nowej generacji, autobusy zasilane paliwem wodorowym, mikrosatelity czy szczepionka przeciwko wirusowi Ebola. Do tej pory z tej ostatniej skorzystały tysiące ludzi, a 1,6 mln kolejnych dawek jest gotowych do użycia w nagłych wypadkach.

    Programy ramowe są coraz lepsze, Komisja Europejska przyjmuje uwagi od przedsiębiorców i wprowadza zmiany, żeby dofinansowanie trafiało do najbardziej obiecujących projektów. W SME Instrumencie (Horyzont 2020) finansowane są etapy prac od prototypu do wprowadzenia rozwiązania na rynek. Ostatnie 4 lata programu pokazują, że to podejście się sprawdza i wielu beneficjentów SME Instrumentu osiąga komercyjny sukces – mówi Alicja Grzegorzek Carrascosa, założycielka firmy Zafiro Solutions, która pomaga zdobyć dofinansowanie z SME In strumentu.

    Wyższy budżet na lata 2021-2027 to także szansa dla polskich innowacji. Krajowi przedsiębiorcy coraz lepiej radzą sobie w europejskich programach. Komisja Europejska uruchomiła w tym roku w ramach Horyzontu 2020 Europejską Radę ds. Innowacji (European Innovation Council, EIC), która ma wspierać innowatorów w realizowaniu ich pomysłów na skalę międzynarodową. Na razie Rada działa na zasadzie pilotażu i zbiera doświadczenia do następnego programu ramowego. Jednym z instrumentów finansowania, jakie ma do dyspozycji, jest SME Instrument, który najprawdopodobniej będzie kontynuowany w Horyzoncie Europa.

    Wciąż nie ma szczegółów dotyczących przyszłości SME Instrumentu, ale ze wstępnych informacji wynika, że program pozostanie i może mieć podobny format. To bardzo dobra informacja dla przedsiębiorców. Zwłaszcza że Unia Europejska ciągle ulepsza SME Instrument i dostosowuje go do realnych potrzeb biznesowych – dodaje Alicja Grzegorzek Carrascosa z Zafiro Solutions.

    Program Horyzont Europa opiera się na trzech filarach: Open Science, Global Challenges and Industrial Competitiveness oraz Open Innovation. W ich ramach Komisja Europejska wspierać będzie przedsiębiorców, organizacje badawcze, uczelnie wyższe, fundacje, instytucje publiczne czy indywidualnych naukowców, pracujących nad przełomowymi technologiami o wysokim potencjale, rozwiązującymi aktualne problemy społeczne.

  • Zakup sprzętu drukującego do firmy bez zaciągania kredytu? Sprawdź, jak to zrobić

    Zakup sprzętu drukującego do firmy bez zaciągania kredytu? Sprawdź, jak to zrobić

    Nie ma wątpliwości co do tego, że rozwój firmy nierozerwalnie związany jest z inwestycjami w nowoczesny sprzęt. W większości przedsiębiorstw jednymi z najczęściej stosowanych urządzeń (obok komputerów), są drukarki i szeroko pojęty sprzęt drukujący (np. kombajny, czyli urządzenia typu MFP, które oprócz drukowania posiadają w sobie funkcje kopiowania, skanowania i faksowania). O zaletach inwestowania w tego typu sprzęt raczej nikogo nie trzeba przekonywać, problemem w wielu firmach pozostaje jednak wciąż kwestia finansowania. Jak kupić nowe urządzenia, kiedy nie dysponuje się odpowiednią ilością gotówki i nie chce się zaciągać kredytu? Czy to w ogóle możliwe? O tym już za chwilę!

    Urządzenia wielofunkcyjne – co sprawia, że są niezbędne w firmie?

    Drukowanie, skanowanie, kopiowanie czy przesyłanie i odbieranie faksów to czynności, które wykonuje się w każdej, nawet najmniejszej firmie. W biurach właściwie nie spotyka się już osobnych drukarek, skanerów, kserokopiarek i faksów – wszystkie z ich funkcji pełnią MFP (z ang. multifunction printer). Dzięki temu, że ich ceny są znacznie korzystniejsze (w porównaniu do sumy cen kilku niezależnych urządzeń), ich użytkowanie bardziej ekonomiczne i ekologiczne, a praca z nimi szybsza i łatwiejsza, MFP stały się absolutnym must have w każdej firmie – zarówno tej jednoosobowej, jak i wielkich korporacjach.

    Jak sfinansować sprzęt drukujący? Fundusze Unijne

    Fundusze, jakimi operuje Unia Europejska, mogą posłużyć Ci do tego, by dokonać niezbędnych inwestycji w prowadzonej przez Ciebie firmie. Gra o dofinansowanie jest jak najbardziej warta świeczki, uważaj jednak – pomimo obiegowej opinii, że pieniądze z UE „leżą na ulicy”, zdobycie ich nie jest wcale takie łatwe!

    Przede wszystkim musisz odszukać program, do którego mógłbyś zostać zakwalifikowany. Listę dotacji, na które przeznaczane są fundusze unijne, znajdziesz pod adresem www.funduszeeuropejskie.gov.pl. Korzystając z umieszczonej na stronie wyszukiwarki, możesz sprawdzić aktualne programy. Pamiętaj, że możliwe jest skorzystanie jedynie z tych Regionalnych Programów Operacyjnych, które odpowiadają Twojemu adresowi zameldowania (przykładowo, jeżeli jesteś zameldowany w Gdańsku, nie będziesz mógł skorzystać z Mazowieckich Programów Operacyjnych).

    Kolejnym krokiem jest sporządzenie wniosku o dotację unijną. Możesz podjąć się tego zadania samodzielnie lub zlecić je zewnętrznej firmie, specjalizującej się w sporządzaniu wniosków o dofinansowanie z funduszy UE. Po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku i otrzymaniu dotacji należy zgromadzić i opracować dokumentację, która pozwoli prawidłowo rozliczyć się z otrzymanego wsparcia.

    ud7Sprzęt drukujący a dotacja z Urzędu Pracy

    Dofinansowanie z Urzędu Pracy to ciekawa możliwość dla osób ze statusem bezrobotnych, które dopiero planują założyć działalność gospodarczą. Maksymalna kwota dotacji, w zależności od miasta zameldowania, wynosi 24 tysiące złotych. Przyznaną kwotę można przeznaczyć na zakup sprzętu niezbędnego do uruchomienia firmy, czyli komputerów, mebli biurowych czy sprzętu drukującego. Dofinansowanie z Urzędu Pracy jest bezzwrotne, a zakupione urządzenia przechodzą na własność przedsiębiorcy po 12 miesiącach od rozpoczęcia działalności gospodarczej (pod warunkiem, że firma nie została w tym czasie zamknięta lub zawieszona, a właściciel nie zalega ze składkami ZUS).

    Alternatywa dla kupna – leasing

    Jeżeli nie możesz pozwolić sobie na kupno sprzętu drukującego i chcesz uniknąć biurokracji, jaka wiąże się z dotacjami, może zainteresować Cię możliwość leasingu sprzętu biurowego. Opcja ta, chociaż w Polsce wciąż mało popularna, często jest najbardziej rozsądnym i najbardziej ekonomicznym wyjściem – zwłaszcza że koszty leasingu w naszym kraju są wyjątkowo niskie. Gdzie szukać urządzeń drukujących do dzierżawy? Przede wszystkim u zaufanych producentów MFP, np. w ofercie firmy Kserkop.

  • Dlaczego warto zwirtualizować firmowe środowisko?

    Dlaczego warto zwirtualizować firmowe środowisko?

    Dla firmy działanie w realiach, w których wydajność i konkurencyjność stale powinny być na jak najwyższym poziomie, to jak dla człowieka udział w maratonie. Trzeba dawać z siebie jak najwięcej, stawiać czoła zmiennym czynnikom zewnętrznym, pokonywać własne słabości, a mety z reguły i tak nie widać.

    W biznesowym ‘życiu’ każdej firmy jest podobnie. Te również muszą mierzyć się z wieloma czynnikami zewnętrznymi jak np. zmieniające się uwarunkowania ekonomiczne, czy coraz bardziej wyrafinowane cyberataki. Muszą radzić sobie z wyzwaniami, które przychodzą z wewnątrz organizacji, w tym choćby ze stale rosnącą dywersyfikacją grup pracowników, ich potrzebami, czy coraz większym skomplikowaniem środowiska informatycznego. Wspólnym mianownikiem dla wielu czynników i zarazem jednym z największych wyzwań dla firm jest ochrona informacji.

    Rosnąca złożoność środowisk pracy a bezpieczeństwo

    Ochrona informacji to dziś jedno z najważniejszych firmowych zadań. Takie rozwiązania jak firewalle, czy antywirusy pozostają ważnymi składowymi strategii bezpieczeństwa firm, lecz coraz łatwiej są obchodzone przez cyberprzestępców, którzy na swój cel biorą bezpośrednio aplikacje czy dane. Tworzone przez nich zagrożenia są bardziej przemyślane i różnorodne: począwszy od prostych naruszeń bezpieczeństwa sieci firmowej, przez ataki mallware, aż do ukierunkowanego hakingu, wyrafinowanych ataków phishingowych czy manipulacji w celu kradzieży majątku firmy i jej własności intelektualnej, która często ujawniana jest miesiące po samym ataku. W konsekwencji takie incydenty mają wpływ na reputację firmy, jak i na ciągłość jej działania, która często nie może zostać w pełni przywrócona, dopóki dane zagrożenie nie zostanie odpowiednio zdiagnozowane, a szkody ocenione i usunięte.

    Mimo, że osiągnięcie bezpieczeństwa firmowych informacji jest niezbędne, to jednocześnie zachowanie odpowiedniego poziomu ochrony przez działy IT jest coraz trudniejsze. Szeroko stosowana mobilność oraz konsumeryzacja IT w tym BYO i cloud computing powodują, że coraz więcej różnorodnych grup użytkowników (telepracowników, użytkowników mobilnych, partnerów, dostawców i innych kontrahentów) uzyskuje dostęp do informacji firm, z którymi współpracują.

    Nic dziwnego, że część działów IT czuje się, jakby zostawało w tyle: im więcej pieniędzy wydają na bezpieczeństwo, to i tak bywa, że wprowadzane przez nie rozwiązania nie rozwiązują lub są nieadekwatne do wymagań i wyzwań jakie stawiają przed IT współczesne środowiska pracy. Pozostaje zatem pytanie: jak IT może utrzymać kontrolę nad własnymi zasobami i zmniejszyć ew. zagrożenia? I choć wyeliminowanie wszystkich  z nich nie jest możliwe, to można wprowadzić strategię, w której odpowiednio zdefiniowany poziom dostępu do zasobów wiąże się z maksymalizacją kontroli i ochrony danych, aplikacji i infrastruktury firmy.

    Wirtualizacja aplikacji i desktopów – zaprojektowana z myślą o bezpieczeństwie

    Wirtualizacja aplikacji i stacji roboczych pozwala organizacjom zmniejszyć ryzyko ataku oraz zabezpieczyć własne informacje. Kluczem jest centralizacja zasobów informatycznych w centrum danych. Taka architektura jest nie tylko z definicji bezpieczniejsza, ale także pozwala na łatwiejszą kontrolę  informacji oraz dostępu do nich. Zarządzane z jednego miejsca, zwirtualizowane aplikacje i desktopy Windows oraz Linux są dostarczane na żądanie w formie usługi do każdego użytkownika na dowolne urządzenie z jakiego ten korzysta. Na takich wirtualnych zasobach pracuje się identycznie, jak na tradycyjnym komputerze z zainstalowanym na nim oprogramowaniem.

    Technologia wirtualizacji pozwala zarówno kontrolować dostarczanie aplikacji, dostęp do nich,  odpowiednio szyfrować zasoby, ale również w granularny sposób decydować o uprawnieniach do poszczególnych funkcji środowiska (np. kopiowanie plików, drukowanie itp.). Stąd też bezpieczeństwo to jeden z najważniejszych czynników (choć nie jedyny), dla którego firmy decydują się na jej wdrożenie. Wpisując wirtualizację aplikacji i stacji roboczych w szerszą strategię bezpieczeństwa dział IT może efektywniej zarządzać ryzykiem jednocześnie zapewniając firmie optymalną elastyczność.

    Przedstawiciel Citrix nadmienia, że istnieje sporo czynników zwiększających bezpieczeństwo firmy i powiązanych z wirtualizacją. Według niego warto jednak zwrócić uwagę na następujące z nich:

    1. Wsparcie elastyczności i mobilności

    Dla wielu firm mobilność jest kluczowa. Korzyści z zatrudniania osób bazujących na elastycznej pracy jest wiele: od zwiększonej elastyczności i lepszej ciągłości działania firmy po niższe koszty nieruchomości, podróży służbowych czy ogólne niższe koszty pracy. Jednak zarówno pracownicy kontraktowi, telepracownicy czy niezależni konsultanci swoją efektywność uzależniają od dostępu do informacji i zasobów firmy a także możliwości pracy z nimi (współdzielenia, udostępniania etc.). To z kolei stanowi wyzwanie dla działu IT.

    Wirtualizacja pomaga zarządzać bezpieczeństwem informacji przez wprowadzenie elastycznego dostępu do zasobów IT z wielu miejsc. Zarządzanie scentralizowanymi aplikacjami i danymi z jednego miejsca oraz jasno określone polityki dostępu pozwalają jedynie upoważnionym użytkownikom na korzystanie z zasobów firmy. Dział IT może nie tylko szybko przydzielać, modyfikować, ale i anulować dostęp do danych firmy danemu użytkownikowi, gdy jego praca nad danym projektem jest zakończona lub kontrakt wygasł.

    1. Zapobieganie utracie danych oraz ochrona prywatności i własności intelektualnej

    Do obowiązków IT należy nie tylko zapobieganie utracie danych i ochrona własności intelektualnej, ale także zapewnienie odpowiedniego poziomu prywatności i poufności danych klientów. Należy także honorować zobowiązania zawarte w umowach z firmami trzecimi i partnerami oraz dbać o zgodność z odpowiednimi regulacjami.

    Przez utrzymywanie zasobów firmy w jednym miejscu a nie w wielu lokalizacjach naraz IT może łatwiej i efektywniej zarządzać i zabezpieczać aplikacje i powiązane z nimi dane. Może również określać zestaw polityk, by kontrolować użytkowników odnośnie działań, jakie ci wykonują na zasobach np. odnośnie zapisywania, kopiowania, drukowania etc. W sytuacjach, gdy wymagane jest korzystanie z lokalnych zasobów lub działania w trybie offline, dane zostają zaszyfrowane w wyizolowanym kontenerze na urządzeniu końcowym, który gdy urządzenie końcowe zostanie zgubione lub skradzione można zdalnie usunąć.

    1. Utrzymanie zgodności z przepisami

    Utrzymanie zgodności z krajowymi i międzynarodowymi przepisami, wymogami sektorowymi oraz wewnętrzną polityką firmy bywa trudne. Wprowadzenie zbyt małej kontroli nad informacjami oraz brak danych o lokalizacji poszczególnych sesji może rodzić problemy. Z kolei pełna kontrola może okazać się zbyt restrykcyjna.

    Wirtualizacja pomaga zastosować jedną politykę kontroli. Dla przykładu Unia Europejska posiada określone regulacje odnośnie ochrony ruchu danych i niewyprowadzania ich poza granice krajów członkowskich. Dzięki wirtualizacji dostęp do danych może mieć miejsce spoza Unii, lecz te fizycznie nie opuszczają swojej lokalizacji i nie przemieszczają się pomiędzy państwami, co eliminuje potencjalne problemy regulacyjne.

    1. Zwiększenie wartości inwestycji w bezpieczeństwo.

    Zarządzanie wieloma punktami końcowymi bywa czasochłonne i może prowadzić do opóźnień i przeoczeń we wdrażaniu nowych zabezpieczeń. Wiele badań rynkowych pokazuje, że duża część udanych ataków korzysta z wcześniej znanych luk, dla których poprawka lub bezpieczna konfiguracja została już udostępniona.

    Scentralizowane procesy utrzymania i konserwacji oprogramowania oparte na technologii wirtualizacji zwiększają i jednocześnie upraszczają utrzymanie bezpieczeństwa punktów końcowych. Patche, aktualizacje antywirusów oraz poprawki oprogramowania mogą być szybko instalowane w głównym obrazie (master image) zanim zostaną rozdystrybuowane w całej organizacji.

    1. Ochrona informacji w razie klęski żywiołowej lub innego zakłócenia biznesowego.

    W sytuacji wystąpienia awarii firma musi nie tylko zapewnić, by dane i aplikacje pozostały bezpieczne, ale również, jak najbardziej zbliżony do normalnego tryb działania. Jest to istotne z punktu widzenia potencjalnego naruszenia reputacji firmy, wystąpienia ewentualnych strat finansowych, utraconej produktywności czy zaniedbań relacji z klientami i partnerami.

    Wirtualizacja pozwala na to, aby w razie awarii przekierować cały ruch z jednego centrum danych na zapasowe. Tym samym zgromadzone w jednym miejscu zasoby mogą być w szybki sposób ponownie przydzielone wszystkim użytkownikom. IT może równie łatwo cofnąć dostęp do zasobów dla urządzeń, które w wyniku awarii przestały być bezpieczne.

    1. Minimalizowanie skutków naruszenia bezpieczeństwa informacji
      Żadna strategia nie może zagwarantować stuprocentowego bezpieczeństwa informacji. Jednak w przypadku, gdy maszyna pracownika ulegnie zainfekowaniu można za pomocą wirtualizacji zresetować jej obraz po restarcie i przywrócić do stanu niezainfekowanego. Jeśli środowisko pracy użytkownika jest zagrożone, jak w przypadku ataku zero-day, IT może szybko przełączyć je w tryb offline i przywrócić do stanu podstawowego z wykorzystaniem ‘złotego obrazu’.

    Żadna z firm nie może sobie pozwolić na to, by utracić kontrolę nad posiadanymi informacjami, gdyż to one stanowią siłę napędową każdej z nich. Wirtualizacja pomaga nie tylko zabezpieczyć do nich dostęp, ale także upraszcza sam proces. Dzięki niej można chronić własność intelektualną, zapewniać prywatność danych a także spełniać wymogi zgodności z przepisami. Wykorzystanie wirtualizacji, jako dodatkowej warstwy zabezpieczeń pozwala IT lepiej wspierać nowe inicjatyw biznesowe podejmowane przez organizacje takie, jak: otwarcie nowego oddziału, rozszerzenie działalności na inne lokalizacje, czy połączenie lub wykupienie innego podmiotu, co ma kluczowe znaczenie dla jej wzrostu rynkowego.

    Sebastian Kisiel, Citrix Systems Poland

  • Sztuczna inteligencja nie rozumie ludzkich emocji?

    Sztuczna inteligencja nie rozumie ludzkich emocji?

    Jak wynika z badania SAS, 32 proc. przedstawicieli firm z regionu EMEA uważa, że problemy etyczne związane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji stanowią jedno z głównych wyzwań związanych ze stosowaniem tej technologii. Respondenci zwrócili również uwagę na kwestie odpowiedzialności (także prawnej) za działania systemów wykorzystujących AI. Zdaniem ekspertów SAS, brak umiejętności oceny moralnej prowadzonych działań oraz przecenianie możliwości sztucznej inteligencji stanowią obecnie jedne z największych wyzwań, przed jakimi stoją twórcy i użytkownicy rozwiązań AI.

    Rozwój sztucznej inteligencji jest napędzany przez dynamiczny wzrost liczby danych. Jak podaje IDC, liczba wygenerowanych cyfrowych informacji na całym świecie sięgnie 163 zettabajtów do 2025 roku. Systemy AI mogą być wykorzystywane praktycznie w każdej branży, m.in. medycznej, ubezpieczeniowej czy przemyśle. Do najważniejszych korzyści biznesowych wynikających z ich zastosowania należą automatyzacja procesów, poprawa wydajności, oszczędność czasu i kosztów pracy. Dzięki temu specjaliści odciążeni z rutynowych zadań mogą   skoncentrować się na pracy kreatywnej.

    Wszyscy mówią o AI

    Według danych IDC, światowe inwestycje w rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji wyniosły w zeszłym roku 12 miliardów dolarów. Ponadto firma badawcza podaje, że globalny rynek AI i systemów kognitywnych będzie wart 57,6 mld dolarów już w 2021 roku. Skala wydatków pokazuje, że jest to jeden z bardziej popularnych kierunków rozwoju IT. Potwierdzają to również trendy technologiczne na rok 2018 przygotowane przez firmę Gartner, w których sztuczna inteligencja jest jednym z motywów przewodnich. Zdaniem ekspertów amerykańskiego instytutu badawczego, AI będzie wspierało przedsiębiorstwa w coraz szerszym zakresie, m.in. pomagając w zarządzaniu doświadczeniami i obsługą klientów. Analitycy Gartnera zwrócili uwagę na fakt, że AI nie tylko wspomoże człowieka w podejmowaniu decyzji biznesowych, ale wręcz przejmie wiele procesów decyzyjnych.

    Sztuczna inteligencja nie zastąpi człowieka

    Trzeba jednak pamiętać, że systemy AI nie potrafią nauczyć się kreatywności, innowacyjności, nie posiadają intuicji i wyrozumiałości. To cechy (na ten moment) zarezerwowane dla człowieka, które sprawiają, że potrafimy m.in. odróżniać, co jest dobre, a co złe oraz odczytywać sygnały niejednoznacznie nacechowane. Brak tej umiejętności sprawia, że systemami sztucznej inteligencji można manipulować, wprowadzając celowo nieprawdziwe dane i zaburzając proces poznawczy. Przekonali się o tym twórcy chińskiego bota z firmy Turing Robot, który miał uczyć się sztuki rozmowy na podstawie interakcji z użytkownikami. Projekt zamknięto po tym, jak maszyna zapytana o znaczenie używanego przez władze hasła „chiński sen”, jako określenie postępów krajowej gospodarki, odpowiedziała, że chodzi o wyemigrowanie do Stanów Zjednoczonych, co oczywiście nie spodobało się rządzącym.

    Unia Europejska dyskutuje o AI

    Na początku zeszłego roku Parlament Europejski przyjął rezolucję dotyczącą odpowiedzialności prawnej za działania robotów i sztucznej inteligencji. Posłowie wezwali Komisję Europejską, aby rozważyła utworzenie europejskiej agencji robotyki i sztucznej inteligencji, która wspierałaby władze publiczne w dziedzinie techniki, etyki oraz zagadnień prawnych. Dyskusja podejmowana zarówno przez przedstawicieli władz lokalnych, jak i struktur międzynarodowych staje się coraz bardziej istotna, gdyż wachlarz zastosowań AI w różnych branżach wciąż się poszerza i ma coraz większy wpływ na nasze życie.

    • Sztuczna inteligencja umożliwia spersonalizowanie usług medycznych i automatyczny odczyt zdjęć rentgenowskich. Osobisty asystent medyczny może przypominać o lekarstwach, ćwiczeniach fizycznych czy zdrowszej diecie.
    • W nauce AI pozwala na wyszukiwanie patentów, co znacznie ułatwia pracę nad publikacjami i badaniami.
    • W produkcji sztuczna inteligencja pomaga analizować dane fabryczne. Przetwarzanie informacji pochodzących z urządzeń podłączonych do Internetu rzeczy umożliwia prognozowanie przewidywanego obciążenia czy planowanie prac serwisowych.
    • W sporcie sztuczną inteligencję wykorzystuje się do analizy w czasie rzeczywistym danych z czujników, a także danych wideo, co umożliwia trenerom ocenę potencjału zawodników, wpływu poszczególnych graczy na wyniki całej drużyny, czy lepszą organizację gry, m.in. poprzez optymalizację strategii i formacji na boisku.

    Wkrótce wszystkie branże ulegną zmianie pod wpływem sztucznej inteligencji, jednak musimy zrozumieć, jaki jest jej zakres. Podstawowym ograniczeniem jest fakt, że czerpie ona naukę z danych i nie zna innego sposobu na przyswojenie wiedzy. Oznacza to, że wszelka nieścisłość danych odzwierciedlona będzie w wynikach. Zaś wszelkie dodatkowe warstwy predykcji czy analizy muszą zostać dodane oddzielnie. Ponieważ dane jeszcze nigdy nie odgrywały tak istotnej roli, mogą one stanowić o przewadze konkurencyjnej. Jeśli firma działająca w branży o wysokiej konkurencyjności dysponuje najlepszymi danymi, to — nawet jeśli wszystkie przedsiębiorstwa stosują podobne techniki — jest w uprzywilejowanej pozycji.

  • Nie ma co się obawiać. Automatyzacja to nie tylko kasowanie miejsc pracy, ale również tworzenie nowych

    Nie ma co się obawiać. Automatyzacja to nie tylko kasowanie miejsc pracy, ale również tworzenie nowych

    W powszechnej opinii robotyzacja doprowadzi w przyszłości do destrukcji rynku pracy. Chociaż jestem pewien, że zmiany na tym obszarze są nieuniknione, to nie uważam, że muszą one mieć jednoznacznie negatywny wydźwięk. Wchodzimy bowiem w epokę zupełnie nowych umiejętności, a technologia zrodzi popyt na nowych specjalistów.

    Pisałem już na moim blogu o popularnych mitach dotyczących Sztucznej Inteligencji. Jeden z najbardziej rozpowszechnionych dotyczy kwestii rynków pracy. Wedle popularnej tezy czeka je wstrząs, a nawet stopniowa erozja. Bez względu na to, czy czekają nas zmiany gwałtowne, czy ewolucyjne, zachowanie obecnego statusu quo wydaje się trudne. Na rozwoju technologii skorzystają może korporacje, ale nie pracownicy – twierdzą pesymiści. Robotyzacja dla przemysłu i usług ma w ich opinii oznaczać masowe zwolnienia i likwidację wielu stanowisk. Sądzę, że faktycznie musimy wszyscy przygotować się na zmiany, natomiast chcę w tym tekście wykazać, że nie muszą one być tak jednoznacznie negatywne. A nawet wręcz przeciwnie: Sztuczna Inteligencja będzie generować sporo nowych miejsc pracy, wpływać na powstawanie nowych stanowisk i ról zawodowych. Cenione będą też nowe umiejętności.

    Politycy w świecie Sztucznej Inteligencji

    Czytając publikacje o tym, jak na rynek pracy może wpływać automatyzacja i robotyzacja, natknąłem się na sugestywna wizję dziennikarza Bena Tarnoffa przedstawioną w The Guardian. Tekst mnie zainteresował, bo chociaż autor nie kryje niepokojów, nie zatrzymuje się jednak na pesymistycznych uproszczeniach. Szuka też możliwych, a nawet koniecznych rozwiązań, które mogą łagodzić negatywne skutki robotyzacji. W artykule „Robots won’t just take our jobs – they’ll make the rich even richer”, autor twierdzi, że nowa technologia może przynieść wiele korzyści dla rozwoju społeczeństw, ale też nieść zagrożenia. Bez regulacji wprowadzonych przez polityków i ekonomistów, apokaliptyczne wizje mogą stać się faktem już za dziesięć lat – twierdzi Tarnoff. Ale tu pojawia się istotna, według mnie, refleksja dziennikarza dotycząca kwestii regulacji. Krytycy współczesnych procesów technologicznych zapominają, że żadne zmiany, tym bardziej dotyczące dużego rynku pracy, nie mogą następować bez mechanizmów prawnych czy ustawodawczych. To, że rewolucja technologiczna potrzebuje ustawodawczego wsparcia jest dla mnie jasne. Zadaniem każdych wprowadzanych regulacji jest przecież zapobieganie negatywnym procesom, które należy przewidywać – bez względu na to, czy wierzymy, że wystąpią, czy nie.

    Podatki od robotów

    Zagrożeniem, na które wskazuje Ben Tarnoff ma być wykluczenie społeczne wielu grup zawodowych. Gdy technologia staje się coraz doskonalsza, a udział kosztów pracy w procesie tworzenia kapitału się systematycznie zmniejsza, korporacje zarabiają coraz więcej. Przeciętny pracownik nie staje się jednak beneficjentem tego procesu. Zwiększające się zyski, które są owocem większej efektywności trafiają bowiem wyłącznie do kieszeni inwestorów, właścicieli firm i nie będą reinwestowane w ludzi, czy w formie zwiększenia płac, czy dodatkowych szkoleń, rozwoju. Cały ten proces może przynieść drastyczne konsekwencje, łącznie z „buntem mas”. Bogaci mieliby więc coraz bardziej izolować się od reszty społeczeństwa, zamieszkiwać luksusowe, zamknięte enklawy, a pozbawieni pracy, przedstawiciele niższej i średniej klasy sięgać po radykalne rozwiązania, łącznie z użyciem siły. W tym ponurym scenariuszu technologia służy więc klasie uprzywilejowanej i staje się jakością „polityczną”. Co mogłoby zapobiegać tym apokaliptycznym scenariuszom? Według autora artykułu, może to być chociażby polityka podatkowa. Opodatkowanie robotów pozwoliłoby na wygenerowanie środków pozwalających na przekwalifikowanie zagrożonych pracowników lub zapewnienie im dochodu gwarantowanego. Do takich wniosków dochodzą już dzisiaj zarówno politycy unijni we Francji, jak i Bill Gates.

    Automatyzacja to nie automatyczna katastrofa

    Czy jednak, tak naprawdę, jest się o co martwić? Teza, że robotyzacja może doprowadzić do likwidacji wielu stanowisk pracy nie jest aż tak oczywista, jakby mogło się wydawać. Coraz liczniejsze badania, które prowadzi się na ten temat (przykładem może być cytowany przez The Guardian i inne media raport Forrestera) pokazują zjawisko z wielu perspektyw i burzą popularne przekonania. Liczby nie są jednoznaczne. Natknąłem się co prawda na opinie, że istnieje 50 procentowa szansa na to, że w okresie 45 lat urządzenia korzystające z dobrodziejstw Sztucznej Inteligencji będą w stanie wykonywać WSZYSTKIE ludzkie działania, a w okresie 120 lat zautomatyzowane zostanie każde miejsce pracy. Wedle opinii oksfordzkiego profesora Michaela Osbourne specjalizującego się w problematyce machine learning, w ciągu najbliższych 20 lat maszyny mogą zastąpić około 47 procent naszych miejsc pracy. Innymi słowy, człowiek nie będzie miał nic do roboty. Na dzisiaj przemawiają do mnie jednak prognozy analityków, według których maszyny w ciągu najbliższych czterech lat mogą wyeliminować ok. 6 procent miejsc pracy. Nie jest to ciągle zatrważająca liczba, biorąc pod uwagę korzyści i możliwości, które mogą się pojawić. Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych automatyzacja spowoduje stratę 9,1 mln miejsc pracy do 2025 roku. Szacowany potencjał miejsc pracy do automatyzacji w Japonii to 55 proc., Indiach 52 proc., Chinach 51proc., a w USA 46 proc. W mojej ocenie ciągle nie jest to dużo.

    Nie wszyscy muszą się martwić

    W rozważaniach dotyczących rynku pracy ważna jest szersza perspektywa, która uwzględnia chociażby takie czynniki jak: charakter wykonywanej pracy, rodzaj stanowisk i wykształcenie pracowników. O tym, że to wszystko ma znaczenie, świadczy przykładowo opracowanie McKinsey Global Institute. Przyglądając się poniższym danym, szybko można spostrzec, że potencjalnie negatywne skutki robotyzacji i automatyzacji mogą dotyczyć określonych grup pracowników. O swoją przyszłość mogą więc martwić się kierowcy (wydaje się to jasne, gdy weźmiemy pod uwagę dynamiczny rozwój technologii pojazdów autonomicznych). Natomiast negatywne zmiany w niewielkim stopniu dotkną lekarzy, prawników, nauczycieli. Można podsumować to tak: prace, w których liczą się relacje międzyludzkie, kreatywność, inteligencja emocjonalna zagrożone nie będą, a nowoczesna technologia może być nawet poważnym sprzymierzeńcem w trakcie wykonywania wielu czynności zawodowych.

    Roboty trzeba naprawiać

    Przyglądając się możliwościom związanym z pracą przyszłości, można dojść do banalnego wniosku.  Jeśli prawdą jest, że powszechna robotyzacja stanie się faktem, to oznacza, że nawet najnowocześniejsze maszyny będą narażone na usterki, ich oprogramowanie będzie wymagało aktualizacji, a serwisowanie będzie generowało produkcję nowych części, urządzeń i konieczność ich montażu. Spora grupa specjalistów, którzy dzisiaj nie stanowią nawet odsetka wśród grup zawodowych, musi prędzej czy później zadebiutować na rynku pracy. Są branże, które staną się beneficjentem tego procesu w pierwszej kolejności: przemysł motoryzacyjny, transport, logistyka, elektronika, robotyka czy energia odnawialna. Pojawią się nowi producenci, inżynierowie, serwisanci, profesjonaliści wyposażeni w nowe kompetencje zatrudniani w wielu nowych firmach. Niektóre badania wskazują, że każdy robot generuje średnio trzy nowe stanowiska pracy (na nie powołuje się między innymi Mynual Khan w swoim artykule dotyczącym zmian, jakie nas czekają.)

    Musimy się od kogoś uczyć

    Wraz z robotyzacją wzrośnie zapotrzebowanie na nowe umiejętności techniczne. Bardzo ciekawą grupę nowych profesjonalistów będą tworzyć trenerzy, czyli osoby odpowiadające za nauczanie całych systemów Sztucznej Inteligencji. Będą to osoby łączące wiele kwalifikacji i kompetencji: programisty, psychologa, coacha. Trenerzy nie muszą zajmować się tylko ludźmi, pomagając im w zrozumieniu jak działa najnowsza technologia, jak obsługiwać dany sprzęt. Google już dzisiaj zatrudnia specjalistów, których głównym zadaniem jest uczenie urządzeń pracujących na podstawie algorytmicznej, szybszego i sprawniejszego działania.

    Trenerzy będą więc współpracować z algorytmami czy sieciami neuronowymi dbając o to, by te ostatnie coraz lepiej rozumiały i odwzorowywały ludzkie zachowania. Chatboty, czyli narzędzia które zdominują rynek obsługi klienta, będą przechodzić lekcje interakcji z człowiekiem, tak by komunikacja była naturalna, czyli obejmowała całą gamę zachowań, łącznie z ludzkimi emocjami. Algorytmy będą więc trenowane, by zachować się odpowiednio w sytuacjach komplikujących nasze życie. Jeśli zgubię dokumenty, przebywając w jakimś bezzałogowym hotelu na końcu świata pierwszy kontakt jaki nawiążę, będzie to zapewne kontakt z chatbotem lub fizycznym robotem na biurkiem recepcji. Jego zadaniem będzie uspokojenie mnie, analiza sytuacji, udzielenie mi odpowiednich wskazówek, psychiczne wsparcie, skierowanie do właściwych osób. Kontakt z takimi maszynami to nasza przyszłość. By nie był on zubożony o ludzkie emocje będą potrzebni właśnie specjalni trenerzy. Będą zatrudniać ich też koncerny produkujące osobistych asystentów, takich chociażby jak Alexa, która pyta nas o nasze zdrowie i samopoczucie. Przy okazji: stwierdzenie, że maszyny nigdy nie będą zdolne do przeżywania ludzkich emocji i uczuć, staje się w tym momencie dyskusyjne. Ale to temat na osobny tekst.

    Etycy nowych czasów

    Unia Europejska od początku tego roku pracuje nad rozporządzeniami, które miałyby chronić konsumenta przed niepożądanym działaniem Sztucznej Inteligencji. Nowe przepisy (mogą wejść w życie już w 2018 roku) mają między innymi określać zasady orzekania na rzecz osób, ponoszących szkodę w wyniku działania urządzeń pracujących wyłącznie w oparciu o algorytmy. Oprócz tego, nowe regulacje mają dotyczyć udostępniania naszych danych osobowych maszynom (o inicjatywach ustawodawczych Unii Europejskiej, które są konieczne dla naszego poczucia komfortu i bezpieczeństwa przeczytasz tutaj). Przy okazji, w tej interesującej sytuacji pojawia się miejsce na nowe kompetencje, a nawet stałe stanowisko pracy. Będzie je piastować osoba, której zadaniem będzie bieżący monitoringi treści generowanych przez chatboty, czy obserwowanie czynności wykonywanych przez roboty. Nowi etycy będą więc sprawdzać aplikacje i maszyny pod kątem wystąpienia możliwych komplikacji prawnych. Osoby te z pewnością mogą liczyć na zatrudnienie w firmach świadczących usługi telekomunikacyjne i wszelkich podmiotach zajmujących się zautomatyzowaną obsługą. Etyków do pracy werbuje już dzisiaj Google (w Londynie powołał specjalny oddział DeepMind Ethics and Society zajmujący się szeroko pojętymi kwestiami etycznymi związanymi ze Sztuczną Inteligencją). I będą na nich zgłaszać zapotrzebowanie te wszystkie firmy, które do wytwarzania swoich produktów i usług używają robotów, botów czy wirtualnych asystentów.

    Zbieracze danych

    Cała Sztuczna Inteligencja pracuje w oparciu o przetwarzanie masy danych. Niektóre z nich należy urządzeniom po prostu dostarczyć. Przykładem może być proces, w którym urządzenia uczą się rozpoznawania ludzkiej twarzy, bazując na wielkich zbiorach fotografii. W przyszłości będą potrzebni pracownicy, których jedynym zadaniem będzie gromadzenie danych, po to by móc nimi „nakarmić” maszyny czy wszelkiego rodzaju urządzenia operujące w oparciu o duże zbiory rozmaitych informacji. Zapotrzebowaniu na dane może wykreować całą branżę, która będzie systematycznie generować masowe miejsca pracy.

    Technologia zmienia wszystko

    Wymieniłem zaledwie kilka przykładów, ale jestem przekonany, że proces tworzenia się zapotrzebowania na nowych specjalistów nie będzie miał granic.

    Sztuczna Inteligencja jest złożonym trendem. Stwierdzenie, że konieczną konsekwencją automatyzacji procesów biznesowych będzie naruszenie porządku społecznego jest prawdą połowiczną. Trudno oczywiście orzekać, czy stuprocentową rację będą mieli ci, którzy twierdzą, że każde zlikwidowane w wyniku robotyzacji stanowisko zostanie zastąpione trzema nowymi. Pewne jest natomiast to, że Sztuczna Inteligencja stworzy szansę milionom ludzi, uwalniając ich od powtarzających się czynności, motywując do zdobywania nowej wiedzy, budząc intelektualne wyzwania, ucząc zupełnie nowych rzeczy. Nowa technologia, która przykłada rękę do ewolucji, która się dzieje, nie jest ani dobra, ani zła. Może stać się taką w we właściwych lub niewłaściwych dłoniach.

  • „Kluczowy jest wiarygodny model biznesowy” – wywiad z Michałem Gzylem

    „Kluczowy jest wiarygodny model biznesowy” – wywiad z Michałem Gzylem

    Innowacyjne projekty mogą liczyć na przyznanie wsparcia finansowego z różnych źródeł. Jednym z projektów wspierających innowacje jest oferta programu Horyzont 2020 dla małych i średnich przedsiębiorstw – SME Instrument. O projekcie rozmawiamy z Michałem Gzylem – dyrektorem zarządzającym Zafiro Solutions – firmy, która pomaga przedsiębiorstwom w pozyskaniu dofinansowania z SME Instrument.

    Michał Gzyl - Zafiro Solutions
    Michał Gzyl – Dyrektor Zarządzający Zafiro Solutions

    BrandsIT: Zafiro jest firmą doradczą pomagającą w pozyskiwaniu dofinansowania z programu SME Instrument. Dlaczego firma oferuje pomoc w ramach właśnie tego programu?

    Michał Gzyl: SME Instrument finansuje najbardziej innowacyjne projekty, do tego jest przyjazny dla małych i średnich firm. W porównaniu do innych programów z sektora R&D jest w nim stosunkowo mało biurokracji. Daje również możliwość pozyskania grantu w relatywnie krótkim czasie, decyzja o przyznaniu dofinanswania podejmowana jest ciągu trzech miesięcy. Są aż cztery nabory w roku w ramach każdej z faz, czyli zdecydowanie więcej niż w wielu innych programach, w których aplikacje są przyjmowane średnio raz do roku. W innowacyjnych projektach czas jest istotnym czynnikiem, a SME Instrument pomaga w szybszym wprowadzeniu innowacji na rynek. Jest to program, który przyciąga zainteresowanie wielu przedsiębiorców w Polsce i w Europie, ponieważ daje im duże możliwości rozwoju i wyjście ze swoim projektem na arenę międzynarodową. Pracujemy z wieloma firmami, które mają potencjał, żeby zmienić świat na lepsze i to daje dużo satysfakcji. [signinlocker id=9973]

    BrandsIT: W jaki sposób firma pomaga klientom? Jak pomagacie firmom w pozyskaniu dofinansowania?

    Michał Gzyl: Specjalizujemy się w pisaniu wniosków do SME Instumentu, ale pomagamy firmom w całym procesie aplikacyjnym, dzielimy się naszą wiedzą i doświadczeniem. Bardzo istotnym etapem współpracy jest walidacja pomysłu klienta, porównujemy działalność firmy z konkurencją, szczególnie w kontekście Unii Europejskiej. Nie wszyscy przedsiębiorcy zdają sobie sprawę, że współzawodniczą z konkurencją nie tylko z Polski, ale również z całej Europy. Gdy stwierdzimy, że projekt ma szansę na pozyskanie grantu, doradzamy w zakresie opracowania albo zweryfikowania modelu biznesowego, planowaniu budżetu i realnego planu prac. To jest jeden z bardzo ważnych elementów. Projekt musi być innowacyjny, ale równie ważne jest, żeby mieć pomysł na jego komercjalizację. Przeważnie pomagamy małym przedsiębiorstwom, które w realizacji niektórych działań potrzebują wsparcia firm zewnętrznych, zarówno w przypadku technologii, jak i strategii. W takim przypadku pomagamy nawiązywać relacje z partnerami. Kiedy te etapy mamy za sobą, przygotowujemy wniosek o dofinansowanie, co jest głównym elementem naszej działalności. Mając sporą wiedzę na temat firmy, możemy napisać wniosek zgodny z jej strategią. Kiedy przedsiębiorstwo zdobywa grant, wspieramy je w procesie realizacji projektu.

    BrandsIT: Na jakim etapie działalności są firmy, które się do was zgłaszają? Czy to są doświadczone czy raczej bardzo młode firmy?

    Michał Gzyl: Pomagamy firmom z różnym stażem. Nie zajmujemy się doradzaniem świeżo powstałym, kilkumiesięcznym startupom, bo prawie nie mają szans na zdobycie grantu. Średni okres funkcjonowania przedsiębiorstwa, zanim zgłosi się do nas, wynosi dwa lata. To jest czas, który jest potrzebny, żeby przejść od pomysłu, poprzez prototyp, do pozyskania pierwszych użytkowników. Jest to właściwie niezależne od sektora, w którym firma działa. Wspieramy w większości dojrzałe startupy, które już przeszły pewną drogę i ich model działania został zweryfikowany. Zdarza się, że zgłaszają się do nas przesiębiorstwa z długim stażem, realizujące nowy, innowacyjny pomysł. W takim przypadku również potrzeba około dwóch lat, żeby projekt rozwinął się na tyle, aby aplikować do programu.

    BrandsIT: Jakich kluczowych zasad należy się trzymać, aby mieć szansę na pozyskanie dofinansowania?

    Michał Gzyl: Projekt musi być innowacyjny, przełomowy i odpowiadać na realną potrzebę. Grant otrzymują tylko najlepsi z najlepszych. Istotne jest, aby jasno pokazać, jak rozwiązanie wpłynie na dziedzinę, w której działa firma. Kolejną ważną sprawą jest prototyp, ponieważ trzeba udowodnić, że pomysł da się zrealizować technicznie. Kluczowy jest wiarygodny model biznesowy, który pokazuje, że firma nie tylko ma przełomowy pomysł, ale również wie, w jaki sposób go sprzedać. Jednym z głównych celów Instrumentu MŚP jest przyspieszenie wprowadzenia projektu na rynek. O tym aspekcie firmy często zapominają, a recenzenci oceniający wniosek przykładają do niego dużą wagę.

    BrandsIT: A jak wygląda udział w programie?

    Michał Gzyl: W 2018 roku wprowadzono nową procedurę oceny projektów w Fazie 2. W poprzednich latach wyglądało to następująco: firma składała wniosek online, trafiał on do czterech recenzentów, którzy oceniali go według określonych kryteriów. Najwyżej ocenione wnioski w swojej kategorii tematycznej były finansowane.

    W tym roku usunięto tematy, więc konkuruje się z projektami ze wszystkich dziedzin, a do całego procesu został dodany etap prezentacji w Brukseli dla najwyżej ocenionych wniosków. W trakcie spotkania firma ma 10 minut na zaprezentowanie projektu i kolejne 20 minut na pytania od jury. Dopiero po tym etapie grant otrzymuje ok. 50 proc. firm zaproszonych do Brukseli. Przykładowo, jeżeli Komisja Europejska zakłada zgodnie z budżetem sfinansowanie 60 projektów, to na spotkanie zaprasza ok. 120 firm.

    BrandsIT: Jaką kwotę można pozyskać z dofinansowania?

    Michał Gzyl: Wysokość dofinansowania w Fazie 1 to 50 tys. euro a w Fazie 2 od 500 tys. euro do 2,5 mln euro. Grant pokrywa 70 proc. kwoty projektu, dodatkowo należy mieć 30 proc. wkładu własnego. W szczególnych przypadkach można aplikować o wyższy grant, jednak zdecydowana większość projektów mieści się w tych ramach.

    BrandsIT: Kim są klienci Zafiro, którym tylko w 2017 roku pomogliście pozyskać 44 mln zł z programu SME Instrument?

    Michał Gzyl: Naszymi klientami są innowacyjne firmy, które robią niesamowite rzeczy i zdecydowanie wyróżniają się na tle innych. Grant z SME Instrumentu wygrała firma Billon, działająca w branży fintech. Jako pierwsi na świecie stworzyli działającą technologię rozproszonego rejestru (blockchain), która umożliwia wykonywanie bezpośrednich transakcji płatniczych (peer-to-peer) z użyciem realnych pieniędzy, a nie kryptowalut. Dofinansowanie z naszym wsparciem pomogło firmie BCAST rozwinąć przełomową platformę multimedialą radia cyfrowego, która ma szansę spopularyzować je na taką skalę, jaką osiągnęła telewizja cyfrowa. Kolejnym przełomowym projektem jest pomysł firmy SDS Optic z Lublina, która opracowała mikrosondę optyczną do szybkiego i precyzyjnego diagnozowania nowotworów piersi. Pomogliśmy również firmie Torqway, która stworzyła nowatorskie, ekologiczne urządzenie do rekreacji i przemieszczania – hybrydową wersję pojazdu nordic riding. Warto wspomnieć również o projekcie firmy Harimata (zdobyty grant w 2016 roku), która opracowała aplikację na tablety, służącą do wczesnego wykrywania autyzmu u dzieci. Jest bardzo duże zainteresowanie tym rozwiązaniem na świecie.

    BrandsIT: Zarówno przejście przez formalności związane z projektem, jak i sam późniejszy wyjazd do Brukseli wydają się trudne i kosztowne. Czy zawsze się opłaca aplikować?

    Michał Gzyl: Wiele projektów nie nadaje się do SME Instrumentu. Uczciwe o tym informujemy, żeby nie rozbudzać nadziei i nie angażować niepotrzebnie zasobów ani środków firm, które się do nas zgłaszają. Na tym też polega nasza praca. Wiemy, które pomysły mają szansę na zdobycie grantu.

    Jeśli projekt ma duży potencjał, to zdecydowanie warto, w końcu do zdobycia jest do 2,5 miliona euro. Grant jest bezzwrotny i Unia Europejska nie chce w zamian udziałów w firmie. To jest ogromny plus i również z tego wynika duże zainteresowanie tym programem. Poza korzyściami finansowymi, SME Instrument daje olbrzymie możliwości rozwoju: wsparcie coachingowe, szkolenia, udział w targach międzynarodowych, eventach networkingowych i konferencjach. Pozyskanie grantu wiąże się ze wzrostem prestiżu firmy, zwiększa wiarygodność w oczach inwestorów i promuje rozwiązanie na arenie europejskiej.

    Jest to program dla najlepszych z najlepszych, którzy poradziliby sobie bez grantu, ale dzięki niemu szybciej wprowadzą projekt na rynek. Jeśli masz mocny, innowacyjny projekt i realistyczny plan na komercjalizację, to gra jest warta świeczki. [/signinlocker]

  • Ransomware według RODO

    Ransomware według RODO

    Niedawne cyberataki Petya i WannaCry sprawiły, że firmy poświęciły wiele uwagi kwestiom ochrony przed oprogramowaniem wymuszającym okupy. O ransomware nie zapomniała również Unia Europejska przygotowując rozporządzenie RODO.

    Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO, znanego też pod angielskim skrótem jako GDPR) zacznie obowiązywać w maju 2018 r. Wiele polskich firm rozpoczyna już analizę przepisów i przygotowuje się do koniecznych wdrożeń, tak aby spełnić najnowsze wymogi.
    Rozporządzenie dostarcza organizacjom wytyczne odnośnie zarządzania danymi osobowymi, które gromadzą o klientach. Wyjaśnia m.in., co firmy muszą zrobić, żeby zabezpieczyć takie dane i jak mają postępować w sytuacji, kiedy utracą nad nimi kontrolę.
    Ponieważ RODO jest dokumentem prawnym, konieczne jest zrozumienie, co w tym kontekście oznacza „naruszenie ochrony danych osobowych”. Oto definicja podana w rozporządzeniu:

    12) „naruszenie ochrony danych osobowych” oznacza naruszenie bezpieczeństwa prowadzące do przypadkowego lub niezgodnego z prawem zniszczenia, utracenia, zmodyfikowania, nieuprawnionego ujawnienia lub nieuprawnionego dostępu do danych osobowych przesyłanych, przechowywanych lub w inny sposób przetwarzanych;

    Zwrot „naruszenie ochrony danych” przywodzi na myśl firmę tracącą kontrolę nad poufnymi informacjami. W praktyce definicja RODO jest jednak znacznie szersza i może obejmować wiele różnych incydentów, w tym infekcje ransomware skutkujące blokadą dostępu do danych lub ich niszczeniem.

    Co to oznacza dla firm?

    Michal Iwan z F Secure minJak twierdzi dyrektor regionalny F-Secure, Michał Iwan, organizacje prawdopodobnie będą musiały zgłaszać takie infekcje władzom i klientom. „Wykrycie oprogramowania ransomware (albo dowolnego innego złośliwego oprogramowania) na stacjach roboczych czy serwerach, które odgrywają ważną rolę w przetwarzaniu danych osobowych, może stanowić naruszenie ochrony tych danych i potencjalnie konieczne będzie informowanie o tego typu zdarzeniach” mówi Michał Iwan.

    Artykuły 33 i 34 RODO określają, jak należy kontaktować się z władzami i osobami, których dane dotyczą. Pojawia się jednak wątpliwość – w rozporządzeniu stwierdzono, że jest to niezbędne tylko wtedy, gdy – parafrazując – naruszenie ochrony danych może powodować ryzyko naruszenia „praw lub wolności osób fizycznych”. Sytuacja nie jest do końca jasna w przypadku zaszyfrowania lub utracenia danych w związku z infekcją ransomware.

    Jeżeli atak ransomware wpłynie na zgromadzone przez firmę dane osobowe, problemem jest nie tylko sam wyciek i konieczność zgłoszenia go, ale również to, jak odzyskać dane, żeby kontynuować działalność biznesową. W przypadku braku kopii zapasowych, ponowne zgromadzenie danych potrzebnych do funkcjonowania firmy może być ogromnym, a często wręcz niewykonalnym przedsięwzięciem. Prawdopodobnie konieczne będzie zgłoszenie incydentu, nawet w przypadkach gdy dane zostały zniszczone, a nie skradzione komentuje Michał Iwan.

    Kluczową rolę w kwestiach bezpieczeństwa zawartych w RODO odegra gotowość do reagowania na sytuacje kryzysowe.

    Z praktycznego punktu widzenia, plany reagowania na cyberataki muszą zostać zaktualizowane i obejmować weryfikację czy dany incydent wymaga zgłoszenia na mocy RODO podsumowuje Michał Iwan.

  • Darmowe hotspoty Wi-Fi dla gmin

    Darmowe hotspoty Wi-Fi dla gmin

    Tysiące europejskich gmin ma spore szanse na hotspoty Wi-Fi. Unia Europejska zdecydowała się wesprzeć lokalne społeczności w realizacji planu WiFi4EU kwotą 120 mln euro. To doskonała okazja, by wyrównać szanse między cyfrowym poziomem miast i gmin, ale też wyzwanie – gminy muszą wybrać sprzęt, który najlepiej się do tego sprawdzi. – Warto zwrócić uwagę na rozwiązania, które są zasilane przez PoE, wyróżniają się wysoką odpornością na warunki atmosferyczne i posiadają zewnętrzne demontowane anteny – tłumaczy Jacek Kotynia, specjalizujący się w urządzeniach sieciowych Ubiquiti w firmie Senetic.

    Unijne dotacje skracają cyfrowy dystans między miastem a gminą. Przyznane środki to jedno, ich właściwe wykorzystanie – drugie. Najlepszym rozwiązaniem jest skorzystanie z wiedzy i doświadczenia specjalistów, którzy na co dzień zajmują się wdrożeniami sieci i potrafią dobrać rozwiązanie pozwalające komfortowo korzystać z hotspotów przez wiele lat. Należy również pamiętać o tym, że dotacja dotyczy samego zakupu urządzeń. Koszty serwisu oraz konserwacji sprzętu stoją po stronie gmin. Tym bardziej warto postawić na producenta, który oferuje niezawodne produkty.

    WiFi4EU

    Celem inicjatywy WiFi4EU jest zapewnienie Europejczykom dostępu do bezpłatnej sieci. Zgodnie z jej założeniem do 2020 roku mieszkańcy krajów należących do UE będą mogli korzystać z darmowego Wi-Fi w budynkach publicznych i w ich pobliżu, w ośrodkach zdrowia, w parkach czy bibliotekach. Środki z budżetu UE mają być przeznaczone na zakup urządzeń i instalację. Dodatkowe koszty spoczywają na instytucjach, które wnioskują o wsparcie. Według prognoz pieniądze mogą pomóc nawet 8 tysiącom lokalnych społeczności. Zgodnie z koncepcją hotspoty mają bazować na szybkich łączach szerokopasmowych pozwalających na korzystanie z wysokiej jakości internetu.

    Nie tylko upowszechnienie dostępu do internetu, ale też usprawnienie dostępu do usług cyfrowej administracji, większa popularność aktywnego uczestnictwa w życiu społeczności i ułatwienie informowania o sytuacjach kryzysowych jest celem tej inicjatywy. O tym, gdzie mają powstać hotspoty zdecydują mieszkańcy. To pozwoli na instalowanie bezpłatnych punktów dostępu tam, gdzie są najbardziej potrzebne.

    Parlament Europejski, Rada i Komisja Europejska są zgodne

    Instytucje osiągnęły porozumienie w sprawie WiFi4EU. Inicjatywa pozwoli na zapewnienie Europejczykom powszechnego dostępu do internetu. Jean-Claude Juncker, przewodniczący Komisji Europejskiej tłumaczy, że do 2020 roku każda europejska wioska i miasto będą miały dostęp do darmowego internetu bezprzewodowego w głównych ośrodkach życia publicznego. Hotspoty pojawią się tam, gdzie dostęp do sieci jest obecnie utrudniony bądź całkowicie niemożliwy. Lokalne władze będą mogły samodzielnie zgłosić propozycje miejsc, w których nie ma obecnie hotspotów.

    Komisja Europejska chce, aby środki zostały uruchomione jak najszybciej. W naszym kraju konsultacje prowadzi resort cyfryzacji. Potrwają one do października br. Realizacja projektu ma rozpocząć się jeszcze w tym roku i potrwa do 2020 r.

    Co wybrać?

    Unijna inicjatywa to dla gmin szansa, ale też spore wyzwanie organizacyjne i technologiczne. Na rynku jest sporo rozwiązań sieciowych, jednak tylko nieliczne wykorzystują najnowsze technologie i gwarantują sprawne, niezawodne działanie przez wiele lat. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na serię Unifi Mesh firmy Ubiquiti, która idealnie wpisuje się w wymagania projektu. Dzięki nowym standardom urządzenia mogą być zasilane zarówno pasywnym POE 24V jak i standaryzowanym POE 48V. Pozwala to na sporą elastyczność przy projektowaniu takiego systemu oraz umożliwia np. pobranie napięcia z latarni LED lub innego źródła napięcia stałego.

    Kolejną ważną cechą jest wytrzymałość na warunki atmosferyczne. Urządzenia podczas testów były poddawane silnym podmuchom wiatru i opadom symulującym najcięższe warunki atmosferyczne. Istotne jest również wyposażenie w zewnętrzne demontowane anteny, co rozszerza możliwości działania – dodaje Jacek Kotynia.

    Ogromną zaletą systemu UniFi Mesh jest możliwość połączenia niemalże nieograniczonej liczby punktów dostępowych za pomocą łączy bezprzewodowych. Producent zastosował mechanizm obliczania najkrótszej trasy do sieci kablowej, dzięki temu sieć wyróżnia maksymalna przepustowość i pojemność przy ograniczonym wykorzystaniu punktów.

  • Nieterminowe płatności hamują polski biznes. Przedsiębiorcy chcą zmian w prawie

    Nieterminowe płatności hamują polski biznes. Przedsiębiorcy chcą zmian w prawie

    Płatności po terminie to szczególny problem dla wielu europejskich, ale także polskich przedsiębiorstw. Jak wynika z przeprowadzonego przez Intrum Justitia Europejskiego Raportu Płatności 2017, aż 52 proc. polskich firm zostało zmuszonych do akceptacji dłuższych terminów płatności, a 45 proc. rodzimych przedsiębiorców uważa opóźnienia w płatnościach za celowe działanie swoich kontrahentów. Prawie połowa (42 proc.) polskich firm widzi rozwiązanie problemu nieterminowych płatności w uchwaleniu nowych, restrykcyjnych aktów prawnych.

    Prawidłowe zachowania płatnicze w firmie są istotnym elementem każdego dobrze prosperującego przedsiębiorstwa. Jednakże kondycje finansowe wielu europejskich i polskich firm, wskazują na szereg nieprawidłowości związanych z terminowymi płatnościami. Jak się okazuje, ocena ryzyka wynikająca z opóźnień w płatnościach została w 2017 roku oszacowana na nieco niższą w porównaniu do ubiegłego roku. Pomimo pozytywnego trendu, wiele przedsiębiorstw wciąż mierzy się z problemem jakim są nieterminowe płatności.

    Opóźnione płatności a ryzyko

    Podstawą rozwoju każdego przedsiębiorstwa jest jego stabilność finansowa. Niestety opóźnione płatności klientów w mniejszym lub większym stopniu wpływają na destabilizacje kondycji każdej firmy. Poza brakiem perspektyw na dalszy rozwój przedsiębiorstwa, do konsekwencji związanych z nieterminowymi płatnościami można dołączyć problem niemożności tworzenia nowych miejsc pracy (ok. 22 proc.), utratę dochodów (ok. 25 proc.) czy zagrożenie istnienia firmy (ok. 20 proc.). Co ważne, z Europejskiego Raportu Płatności 2017 wynika, że 30 proc. przedsiębiorców wskazuje na średni lub duży wpływ opóźnień w płatnościach na kwestię utraty płynności finansowej firmy.

    Przyczyny nieterminowych płatności

    Jak wynika z przeprowadzonego badania, wśród klientów polskich przedsiębiorstw panują cztery główne nurty związane z nieterminowymi płatnościami. Zasadniczymi i najwyżej notowanymi przyczynami problemów z opłatami według badanych przedsiębiorców, są trudności finansowe kontrahentów oraz celowe opóźnienia opłat. Rzadziej motywem opóźnionych płatności są spory dotyczące dostarczonych towarów i usług oraz nieefektywne procedury administracyjne klientów. – Warto podkreślić, że w związku z zaległymi należnościami, tylko 32 proc. przedsiębiorców przekazuje niezapłacone faktury do firm windykacyjnych. Przedsiębiorcy zazwyczaj robią to dopiero po upływie 83 dni od terminu płatności faktury – mówi Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia.

    Intrum Justitia EPR plakat min

    Zaległe płatności a Unia Europejska

    Problem zaległości w płatnościach wobec przedsiębiorców spowodował, że z inicjatywy Komisji Europejskiej powstała Dyrektywa Unii Europejskiej w sprawie zwalczania zaległości w opłatach. Jak się okazuje, tylko 8 proc. polskich przedsiębiorców zna tę dyrektywę – to bardzo mało w porównaniu do średniej europejskiej, która wynosi 31 proc. Co ciekawe, w porównaniu do znajomości europejskich zarządzeń, aż 63 proc. polskich firm twierdzi, że ma świadomość przepisów krajowych dotyczących opóźnionych lub nieuregulowanych płatności, czyli w tym przypadku więcej niż wynosi europejska średnia (57 proc.).

    Rozwiązanie problemu

    Jak wynika z Europejskiego Raportu Płatności 2017, nieterminowe płatności to problem, z którym muszą mierzyć się europejscy oraz polscy przedsiębiorcy. Nieuregulowane ustawodawstwo oraz niepoprawna kultura płatności to tylko niektóre z przyczyn związanych z trudnościami finansowymi przedsiębiorstw, a także trudną sytuacją gospodarczą w całej Europie. Wiele polskich i zagranicznych przedsiębiorstw widzi rozwiązanie problemu w uchwaleniu nowych, restrykcyjnych aktów prawnych.

    Jak można zauważyć, kultura płatności w końcu zaczęła podążać w dobrym kierunku. Niestety wciąż wielu przedsiębiorców musi akceptować dłuższe terminy spłat należności wbrew własnej woli. Z tego powodu, aż 42 proc. polskich firm jest za wprowadzeniem bardziej rygorystycznych przepisów dotyczących punktualnych płatności – mówi Krzysztof Krauze z Intrum Justitia.

    Z kolei 17 proc. polskich przedsiębiorców preferuje ustanowienie dobrowolnych inicjatyw ze strony firm w kwestii opóźnionych płatności. Co istotne, 79 proc. polskich firm twierdzi, że obowiązujące przepisy prawa utrudniają prowadzenie z sukcesem działalności gospodarczej w Polsce.