Tag: Jeff Bezos

  • Nie Starlink, a TeraWave. Blue Origin celuje w rządy, nie w konsumentów

    Nie Starlink, a TeraWave. Blue Origin celuje w rządy, nie w konsumentów

    Jeff Bezos nie chce już tylko ścigać się z Elonem Muskiem o indywidualnego klienta; jego ambicje sięgają infrastruktury krytycznej cyfrowej gospodarki. Ogłoszony przez Blue Origin projekt TeraWave to próba przejęcia najbardziej lukratywnego i najtrudniejszego technicznie segmentu rynku kosmicznego: obsługi centrów danych, rządów i wielkoskalowych systemów sztucznej inteligencji. Podczas gdy Starlink zdominował rynek konsumencki, Bezos celuje w „światłowód na orbicie”.

    Nowa konstelacja ma składać się z 5408 satelitów rozmieszczonych na niskiej i średniej orbicie okołoziemskiej. Kluczowym wyróżnikiem nie jest tu jednak skala, lecz wydajność. Dzięki wykorzystaniu komunikacji optycznej (laserowej) między satelitami, sieć ma oferować prędkości transferu do 6 Tbps w dowolnym miejscu na Ziemi. To parametry nieosiągalne dla standardowych usług satelitarnych, dedykowane specyficznej grupie odbiorców. Dave Limp, dyrektor generalny Blue Origin, podkreśla, że TeraWave zaprojektowano od podstaw dla klientów korporacyjnych, a nie dla gospodarstw domowych. Firma szacuje, że sieć obsłuży maksymalnie około 100 000 podmiotów, co stanowi radykalne odejście od modelu Starlinka, walczącego o miliony abonentów.

    Decyzja o budowie TeraWave idealnie wpisuje się w „gorączkę złota” ery AI. Trenowanie i obsługa dużych modeli językowych wymaga ogromnych mocy obliczeniowych i błyskawicznego transferu danych, co na Ziemi wiąże się z gigantycznym zużyciem energii. Przeniesienie części tej infrastruktury w kosmos lub zapewnienie jej ultra-szybkiej łączności orbitalnej to gra, w której Bezos chce rozdać karty. Jest to także strategiczne uzupełnienie dla innej konstelacji powiązanej z miliarderem – sieci Amazon Leo (dawniej Project Kuiper), która wciąż walczy o rynek masowy.

    Realizacja tych ambitnych planów obarczona jest jednak znacznym ryzykiem wykonawczym. Rozpoczęcie rozmieszczania satelitów zaplanowano na ostatni kwartał 2027 roku, co wymaga bezbłędnej pracy rakiety New Glenn. System nośny wielokrotnego użytku Blue Origin musi osiągnąć tempo startów zbliżone do Falcona 9 SpaceX, aby wyniesienie tysięcy jednostek było ekonomicznie uzasadnione. W tle pozostaje również konkurencja geopolityczna – Chiny dynamicznie rozwijają własne rakiety i konstelacje, co sprawia, że walka o dominację na orbicie staje się wyścigiem nie tylko technologicznym, ale i politycznym.

  • Bezos wie, jak obniżyć rachunki za prąd w data center. Wystarczy rakieta i parę miliardów dolarów

    Bezos wie, jak obniżyć rachunki za prąd w data center. Wystarczy rakieta i parę miliardów dolarów

    Jeff Bezos, założyciel Amazon, kreśli wizję przyszłości, w której gigawatowe centra danych zasilające rozwój sztucznej inteligencji opuszczają Ziemię i przenoszą się na orbitę. Jego zdaniem, stanie się to w perspektywie najbliższych 10-20 lat. Główny argument jest prosty: stały i nieograniczony dostęp do energii słonecznej w kosmosie ostatecznie sprawi, że takie rozwiązanie będzie bardziej efektywne niż naziemna infrastruktura.

    Prognoza, przedstawiona podczas Włoskiego Tygodnia Technologii w Turynie, jest odpowiedzią na jeden z największych problemów branży technologicznej. Ziemskie centra danych, zwłaszcza te wykorzystywane do trenowania zaawansowanych modeli AI, zużywają ogromne ilości energii elektrycznej i wody do chłodzenia. Przeniesienie ich na orbitę, gdzie energia słoneczna jest dostępna 24/7 bez zakłóceń pogodowych, wydaje się logicznym krokiem w ewolucji infrastruktury.

    Bezos postrzega to jako kontynuację trendu, który rozpoczął się od satelitów pogodowych i komunikacyjnych – wykorzystywania przestrzeni kosmicznej do optymalizacji życia na Ziemi. Kolejnym etapem, po centrach danych, miałaby być produkcja przemysłowa.

    Jednak wizja ta napotyka na fundamentalne bariery technologiczne i fizyczne. Największym wyzwaniem jest latencja. Nawet przy prędkości światła, przesyłanie danych z Ziemi na orbitę i z powrotem generuje opóźnienia, które są nieakceptowalne dla wielu zastosowań wymagających natychmiastowej odpowiedzi. Kolejną przeszkodą jest konserwacja i modernizacja sprzętu. Wymiana uszkodzonego serwera czy aktualizacja komponentów w warunkach kosmicznych byłaby operacją niezwykle skomplikowaną i kosztowną, o ile w ogóle możliwą na dużą skalę.

    Do listy problemów należy dodać wysokie koszty i ryzyko związane z wynoszeniem ładunków na orbitę, zagrożenie ze strony kosmicznych śmieci oraz konieczność opracowania skutecznych systemów rozpraszania ciepła w próżni.

    Bezos porównał obecny boom na AI do bańki internetowej z początku wieku, sugerując, że nawet jeśli dojdzie do rynkowej korekty, fundamentalne korzyści płynące z tej technologii pozostaną. Podobnie może być z jego kosmiczną wizją – choć dziś wydaje się ona odległa, rozwiązuje realny, narastający problem energetyczny, z którym branża IT będzie musiała się zmierzyć.

  • Jeff Bezos sprzedaje akcje Amazon o wartości 2 mld USD. To strategiczny ruch czy zmierzch zaufania do firmy?

    Jeff Bezos sprzedaje akcje Amazon o wartości 2 mld USD. To strategiczny ruch czy zmierzch zaufania do firmy?

    W ostatnich dniach Jeff Bezos, założyciel Amazona i jego były dyrektor generalny, dokonał znaczącej sprzedaży akcji swojego giganta e-commerce. Złożone oświadczenie do USA. Komisji Papierów Wartościowych i Giełd ujawnia sprzedaż niemal 12 milionów akcji Amazona, o wartości przekraczającej 2 miliardy dolarów. Ta transakcja, dokonana 7 i 8 lutego, stanowi znaczący ruch finansowy dla jednej z najbardziej wpływowych postaci w świecie technologii i biznesu.

    Bezos, który ustąpił z roli CEO Amazona w 2021 roku, aby skoncentrować się na innych projektach, takich jak firma rakietowa Blue Origin oraz działalność filantropijna, pozostaje jedną z najbogatszych osób na świecie. Jego decyzja o sprzedaży tak dużej liczby akcji może budzić spekulacje co do motywów stojących za tym ruchem oraz jego potencjalnych implikacji dla Amazona i rynku akcji.

    Z jednej strony, sprzedaż ta może być postrzegana jako strategiczny ruch finansowy. Z dywersyfikacją inwestycji i finansowaniem osobistych przedsięwzięć, jak Blue Origin, Bezos może dążyć do zabezpieczenia swojego majątku i finansowania swoich pasji poza Amazonem. Również możliwe, że jest to część planu zarządzania majątkiem, mającego na celu optymalizację podatkową i finansową.

    Z drugiej strony, tak znacząca sprzedaż akcji przez osobę tak ściśle związaną z Amazonem, jak Bezos, może wywołać niepewność wśród inwestorów i rynku. Akcje Amazona, podobnie jak większość akcji technologicznych, podlegają fluktuacjom rynkowym, a ruchy dużych graczy są uważnie obserwowane przez inwestorów szukających sygnałów dotyczących przyszłości firmy.

    Istotne jest również wspomnienie o osobnym zgłoszeniu SEC, w którym Bezos wymienił proponowaną sprzedaż dodatkowych 50 milionów akcji Amazona, co wskazuje na możliwość dalszego rozluźnienia jego zaangażowania finansowego w firmę, którą założył. Taka decyzja może być interpretowana jako brak wiary w długoterminowy potencjał wzrostu Amazona lub po prostu jako realizacja zysków po latach ekspansji firmy.

  • Jeff Bezos i jego brat Mark dołączą do zwycięzcy aukcji o pierwszy lot załogowy rakiety New Shepard

    Jeff Bezos i jego brat Mark dołączą do zwycięzcy aukcji o pierwszy lot załogowy rakiety New Shepard

    Kwota licytacji już osiągnęła poziom 2,8 mln $ i uczestniczy w niej niemal 6 000 osób z 143 krajów świata.

    Oferty składane są na stronie BlueOrigin.com, a cała procedura zakończona zostanie internetową aukcją na żywo, która odbędzie się 12 czerwca. Osoby zainteresowane uczestnictwem w aukcji na żywo muszą zarejestrować się do 10 czerwca. Informacje dotyczące rejestracji znajdują się na stronie BlueOrigin.com.

    Zwycięzca aukcji poleci w przestrzeń kosmiczną jako uczestnik pierwszego załogowego lotu systemu nośnego New Shepard.

    Poniżej znajduje się link do postu Jeffa Bezosa na Instagramie dotyczącego ogłoszenia.

    https://www.instagram.com/p/CP0MSOqnYEo/

    Kwota zwycięskiej oferty zostanie przekazana na fundację Blue Origin, Club for the Future, której misją jest inspirowanie przyszłych pokoleń do wiązania swojej kariery zawodowej z naukami ścisłymi, technologią, inżynierią i matematyką oraz wsparcie dla kształtowania przyszłości życia w kosmosie.

  • Rośnie majątek najbogatszego człowieka na Ziemi. Wszystko dzięki pandemii

    Rośnie majątek najbogatszego człowieka na Ziemi. Wszystko dzięki pandemii

    Jeff Bezos, CEO Amazona, zapewne otwierałby szampana, gdyby nie powaga sytuacji, w jakiej znalazł się świat. Jego fortuna osiągnęła właśnie rekordową wartość 138 mld USD. Stało się tak za sprawą wzmożonego zainteresowania handlem elektronicznym w czasach pandemii. Również klienci sopockiej Nethansy, która wprowadza polskie i niemieckie firmy na Amazona, odnotowali w marcu prawie 50-procentowy wzrost dochodów. Czy to początek nowej koniunktury?

    Jeff Bezos, który blisko 25 lat temu założył w swoim garażu Amazon – obecnie jedną z największych korporacji świata, nadal jest właścicielem 11 proc. akcji spółki. We wtorek akcje giganta e-commerce osiągnęły rekordową wartość 2283 USD za sztukę, co zaowocowało łączną wyceną na poziomie 1,14 bln USD. To niewiele mniej niż Apple czy Microsoft, a dużo więcej niż Google i Facebook. Dzięki temu astronomiczny majątek Bezosa wzrósł o kolejne 6,4 mld USD.

    • Właściciel światowego hegemona e-commerce święci triumfy. Mawia się, że rynek nie cierpi pustki i zawsze zmierza do równowagi. Podobnie jest w przypadku handlu. Wydawać by się mogło, że zamknięte centra handlowe i butiki zniszczą detalistów. Owszem, ale tylko tych, którzy swoją działalność opierają głównie na fizycznych punktach sprzedaży. Jak pokazuje przykład Amazona, firmy wciąż mogą zarabiać i się bogacić. Jedne drzwi się zamykają, a w ich miejsce otwierają się kolejne. Biznes musi mieć oczy szeroko otwarte. Dla wielu firm jedynym ratunkiem przed kryzysem jest ekspansja do internetu – mówi Sascha Stockem, CEO Nethansy.

    Gigantyczny wzrost

    Gigant handlu online został określony przez The Guardian mianem „wyraźnego zwycięzcy kryzysu związanego z koronawirusem”. Czy to dzięki temu, że klienci wydają blisko 11 tys. USD na sekundę na produkty i usługi oferowane przez spółkę Bezosa? A może to zasługa faktu, że Rezerwa Federalna ogłosiła, że przeznaczy 2,3 bln USD na pożyczki dla biznesu, co ma wesprzeć gospodarkę USA? Czynników jest wiele, a efekt – znakomity. Cena akcji Amazona wzrosła o ponad jedną trzecią w ciągu miesiąca, a jego właściciel, Jeff Bezos, umocnił się na pozycji najbogatszej osoby na świecie z fortuną w wysokości 138 mld USD.

    – Setki milionów ludzi uwięzionych w domach na skutek kwarantanny i dystansowania społecznego korzysta z usług Amazona. Zakupy, rozrywka – dzisiejsza oferta korporacji z siedzibą w Seattle jest kompleksowa. Również firmy, których pracownicy w większości pracują zdalnie, w dużej mierze polegają na oprogramowaniu w modelu SaaS i chmurze obliczeniowej, a ta również znajduje się w ofercie giganta z Seattle – mówi Sascha Stockem z Nethansy.

    To jednak nie koniec – Amazon zapowiedział w poniedziałek, że zatrudni dodatkowych 75 tys. pracowników, którzy pomogą w obsłudze rosnących zamówień. Od czasu gdy kryzys koronawirusa uderzył w zachodnie gospodarki w zeszłym miesiącu, firma rekrutowała już ponad 100 tys. dodatkowych osób, co sprawiło, że całkowita liczba osób zatrudnionych przez Amazon wynosi już blisko milion! Taki obrót spraw nie dziwi Saschy Stockem z Nethansy.

    – Tak długo, jak trwa globalna izolacja społeczeństwa i gospodarki, tak długo będzie trwać hossa Amazona. Wobec tego nic ma nic dziwnego w tym, że analitycy prognozują kolejne wzrosty. Oczywiście pośrednio skorzysta na tym również majątek Bezosa. Przewiduje się, że założone przez niego internetowe imperium zwiększy roczną sprzedaż o blisko 20 proc. Gdy izolacja się skończy, nawyki pozostaną, a spora część pozyskanych w trakcie jej trwania klientów pozostanie z Amazonem na stałe – uważa ekspert.

    W sieci możliwości

    Czy ta informacja ma istotny wpływ dla polskich przedsiębiorców, którzy dobitnie odczuwają skutki działania koronawirusa? Wiele mówi się o rządowych programach wspierających sektor MŚP w tych trudnych chwilach, ale jak twierdzi prezes Nethansy, prawdziwą pomoc wiele firm może zorganizować sobie samodzielnie. W jaki sposób? Korzystając z możliwości, które oferuje nowoczesny handel online. To ważna lekcja dla wszystkich detalistów, którzy dotychczas zaniedbywali swoją obecność w sieci. Dzisiaj firmy, które korzystają z platformy handlowej Amazona, mogą partycypować w jej zyskach.

    – Jak pokazują zebrane przez nas dane, w porównaniu ze styczniem 2020 r. współpracujące z nami firmy odnotowały w marcu wzrost dochodów ze sprzedaży na Amazonie o średnio 50 proc. W lutym wyniósł on około 30 proc. Dynamika wzrostu jest więc imponująca – mówi Stockem.

    Jak widać, zarówno na przykładzie Amazona, jak i firm współpracujących z Nethansą, e-commerce to dziś nie tyle przywilej lub dodatkowy atut, a kluczowy kanał dystrybucji dóbr i usług. Biorąc pod uwagę perspektywę najbliższych miesięcy to wręcz jedyny sposób na przetrwanie dla setek tysięcy firm, które z dnia na dzień zostały pozbawione możliwości zarobkowania.

  • Satelitarny internet zmorą telekomów – kiedy wszyscy będziemy z niego korzystać?

    Satelitarny internet zmorą telekomów – kiedy wszyscy będziemy z niego korzystać?

    Niebo pełne jest gwiazd, ciemnej materii i… satelitów! Według The Union of Concerned Scientists, w kosmosie znajduje się ich aktualnie ok. 2200, jednak lada chwila Ziemia zostanie otoczona konstelacją dziesiątek tysięcy kolejnych. O dominację na orbicie ścigają się Jeff Bezos, Elon Musk i Mark Zuckerberg. W efekcie internet ma stać się dostępny na całej kuli ziemskiej, niwelując problem cyfrowego wykluczenia.

    Takich dwóch jak ich trzech to nie ma ani jednego. Jeff Bezos, Mark Zuckerberg i Elon Musk posiadają jedne z najdroższych i najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie. Ich łączny majątek wyceniany jest na ponad 200 mld USD. Tak Jeff Bezos (wycena na styczeń 2020: 115 mld USD), Mark Zuckerberg (68 mld USD), jak i Elon Musk (30 mld USD) to ekscentryczni miliarderzy, którzy cieszą się taką sławą jak gwiazdy rocka i bez trudu uzyskali status ikon popkultury. Ich droga do gwiazd stała się możliwa, ponieważ angażują się w realizację najodważniejszych projektów. Do niedawna podobne zapędy mieli wyłącznie szaleni naukowcy z komiksów.

    Kosmiczne projekty tej nieświętej trójcy to nowa liga w rankingu nietypowych inicjatyw. Słynne słowa jako w niebie tak i na Ziemi na ustach niestrudzonych miliarderów nabierają nowego znaczenia. Dominacja w przestrzeni kosmicznej ma im zapewnić trwałą hegemonię na światowych rynkach.

    Gwiezdne wojny miliarderów

    Jak twierdzi The Union of Concerned Scientists, organizacja założona przeszło pół wieku temu przez studentów i profesorów słynnej amerykańskiej uczelni MIT, na ziemskiej orbicie znajduje się ponad dwa tysiące satelit. Tymczasem liczba ta już niebawem przestanie być aktualna.

    Jak wskazują ostatnie doniesienia, Amazon planuje wystrzelić ponad 3 tys. satelitów na niską orbitę ziemską, co pozwoli dostarczyć szybki internet do regionów, które dotychczas mogły tylko o nim pomarzyć. Ma to znacząco przyczynić się do likwidacji zjawiska wykluczenia informatycznego i informacyjnego, otwierając przed platformą handlową Jeffa Bezosa nowe rynki zbytu – mówi Sascha Stockem z firmy Nethansa, specjalizującej się we wsparciu i automatyzacji sprzedaży na Amazonie. 

    Project Kuiper, bo taką nazwę nosi inicjatywa, zyskał rozgłos, gdy serwis GeekWire zidentyfikował trzy  zestawy zgłoszeń do ITU, międzynarodowej organizacji odpowiedzialnej za koordynację orbit satelitarnych. Pod dokumentami podpisała się firma Kuiper Systems LLC. Dopiero wówczas Amazon potwierdził jej istnienie, informując, że projekt rozmieszczenia satelit na orbicie okołoziemskiej jest w trakcie realizacji. Amerykański gigant e-commerce jeszcze nie zdecydował, czy podejmie się budowy własnych satelitów, czy też kupi je od strony trzeciej. To twardy orzech do zgryzienia, gdyż jak podaje OneWeb, wyprodukowanie jednego urządzenia to koszt około miliona USD. Amazon zapowiedział, że w kosmos planuje wystrzelić ich ponad 3 tys. Nie ma również pewności co do tego, w jaki sposób gigant e-handlu wypuści je na orbitę. Jeśli wierzyć zapewnieniom rzecznika Amazona, korporacja przyjrzy się wszystkim możliwym opcjom. Można jednak domniemać, że Jeff Bezos skorzysta w tym celu z usług zajmującej się lotami kosmicznymi firmy Blue Origin, która nota bene również znajduje się w jego posiadaniu.

    Tymczasem SpaceX Elona Muska planuje wystrzelić aż 12 tys. satelitów, z których każdy waży niewiele więcej niż 400 kg (najlżejsze jak dotychczas konstrukcje). W ten sposób nad Ziemią ma zawisnąć konstelacja Starlink. Niektóre źródła podają nawet zawrotną liczbę 40 tys. urządzeń, które w niedalekiej przyszłości twórca Tesli miałby zawiesić na nieboskłonie.

    OneWeb taķże planuje wzbogacić firmament o pokaźną liczbę satelitów. Na oficjalnej stronie internetowej firmy czytamy, że ma ich być aż 900. Do tego wszystkiego swoje trzy grosze planuje dorzucić Mark Zuckerberg, umieszczając na orbicie nieznaną jeszcze liczbę urządzeń.

    Pliki z nieba

    Według danych zebranych przez portal Statista, w 2019 r. blisko 4,5 mld ludzi na świecie było aktywnymi użytkownikami internetu, co obejmuje 58% światowej populacji. Oznacza to jednocześnie, że ponad 40% ludzkości nie posiada dostępu do globalnej sieci. Powodów może być wiele – położenie geograficzne, brak odpowiedniej infrastruktury, kwestie polityczne, ekonomiczne czy kulturowe. To właśnie głównie z myślą o takich regionach Elon Musk i Jeff Bezos planują odpalić kosmiczny internet. Nie ma co się łudzić, że w tych dążeniach kierują nimi wyłącznie pobudki natury altruistycznej, a nie zwyczajna chęć zysku.

    Stabilny, szybki i wszechobecny dostęp do internetu to wielowymiarowa inwestycja. Po pierwsze to globalny rozgłos, jednak tym Jeff Bezos zdążył się już nasycić. Posiadanie takiej infrastruktury oznacza dostęp do olbrzymiej ilości danych. Jest to również krok w kierunku dywersyfikacji. Stając się dostawcą internetu, Amazon bezpardonowo wkracza na nowy, mocno zabetonowany rynek, zyskując odrębne źródło dochodów – wymienia Sascha Stockem, ekspert w dziedzinie Amazona. Jego zdaniem, w perspektywie długoterminowej zarówno Facebook jak i Amazon zabezpieczają swoje podstawowe źródła dochodu. – W końcu najważniejsza dla Jeffa Bezosa jest jego platforma handlowa. Satelitarny internet dostępny z każdego miejsca na ziemi będzie jak zastrzyk ze sterydami dla rynku e-commerce. Handel w internecie czeka prawdziwy rozkwit – dodaje Stockem.

    Kosmiczne ceny

    Dostawcy gwiezdnego internetu mogą liczyć na spore zyski również ze sprzedaży abonamentu. Jak wskazują wewnętrzne dokumenty SpaceX, do 2025 r. firma ma nadzieję wypracować nawet 22 mld USD rocznego zysku operacyjnego – w większości ze sprzedaży satelitarnego serwisu internetowego. Ile taka usług będzie kosztować zwykłego Smitha, Schmidta lub Kowalskiego?

    Jak na razie, żaden z gigantów nie wypowiedział się na temat ceny abonamentu, jednak prezydent SpaceX Gwynne Shotwell wspomniała w październiku 2019 r., że wielu konsumentów płaci 80 USD za „kiepskiej jakości serwis”. Możemy więc wnioskować, że taka suma nie padła bez powodu, jednak jeśli celem ma być dostarczenie internetu do miejsc, które z różnych przyczyn znajdują się poza jego zasięgiem, to kwota ponad 300 zł za dostęp do usługi jest totalnie odrealniona. Trudno sobie wyobrazić, żeby mieszkańcy wysp filipińskich lub Madagaskaru mogli pozwolić sobie na taki wydatek – zwraca uwagę Sascha Stockem.

    W 2015 r. w Seattle Musk sugerował, że taka usługa mogłaby być oferowana bezpłatnie, pod warunkiem zakupu kompatybilnego urządzenia w kwocie od 100 do 300 USD. Ile więc trzeba będzie zapłacić za dostęp do satelitarnego internetu? To pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi.

    Niewykluczone natomiast, że ceną za korzystanie z satelitarnego internetu będą nie dolary, lecz reklamy wyświetlane jego użytkownikom. W najlepszym wypadku mogą się one pojawiać przy logowaniu, w najgorszym – wyskakiwać podczas surfowania w internecie. Zarówno dla Amazona, jak i Facebooka, obranie takiego kierunku ma mocne uzasadnienie biznesowe. Obie firmy zarabiają na sprzedaży powierzchni reklamowej. To, czy zdecydują się na taką ingerencję, w dużej mierze zależeć będzie od tego, czy wejdą we współpracę z lokalnymi telekomami. Realizacja takiego scenariusza dla dostawców satelitarnego internetu wiąże się z wieloma ograniczeniami. Przy samodzielnej dystrybucji sky is the limit.

    Prędkość nie z tej ziemi

    Należy również pamiętać, że o sukcesie tych przełomowych przedsięwzięć zadecyduje nie tyle cena abonamentów, co jakość świadczonych usług i ich konkurencyjność w stosunku do oferty firm telekomunikacyjnych. Jak podaje serwis Speedtest, biorąc pod uwagę wyłącznie osiągi mobilnych sieci, do jakich mają dostęp nasze smartfony w ramach technologii GSM, średnia prędkość pobierania danych wynosi 32 Mbps. Jak na tym tle wypada internet satelitarny?

    Zgłoszenie, jakie złożyła firma Elona Muska w amerykańskim urzędzie certyfikacyjnym w 2016 r., opisywało usługę internetową, która zapewni transfer danych na poziomie do jednego gigabita na sekundę i opóźnienia między 25 a 35 milisekund. Od niedawna SpaceX współpracuje również z siłami powietrznymi USA, testując pilotażowy program dostępu do internetu za pośrednictwem sieci satelitów. Testy rozpoczęto na początku 2018 r., wykorzystując zaledwie dwie satelity. Pozwoliło to na osiągnięcie prędkości sięgającej nawet 610 megabitów na sekundę. Podobne prędkości od niedawna zaczęli oferować operatorzy korzystający z technologii naziemnego przesyłu danych, których infrastruktura zbudowana jest w oparciu o światłowody.

    A kiedy w końcu doczekamy się takiej usługi? Jak wskazuje serwis SpaceNews, konstelacja mikrosatelit Starlink, które należą do firmy SpaceX, zacznie oferować własną satelitarną usługę internetową już w tym roku. Nie wiadomo natomiast, kiedy swoją ofertę zaprezentują konsumentom pozostali operatorzy. Jedno jest pewne – jeśli opisane powyżej plany zagospodarowania okołoziemskiej orbity dojdą do skutku, to w ciągu zaledwie dekady garstka firm umieści na niej więcej satelitów niż wszystkie mocarstwa razem wzięte, począwszy od pierwszego satelity, Sputnika 1 z 1957 r.

  • Usługi logistyczne dla e-commerce rosną wraz z serwisem Jeffa Bezosa

    Usługi logistyczne dla e-commerce rosną wraz z serwisem Jeffa Bezosa

    Rynek e-commerce rozkwita, eMarketer szacuje, że do 2020 r. wielkość sprzedaży wzrośnie o ⅕ i osiągnie 4 bln USD. Winny tej zbrodni na handlu tradycyjnym jest sprytny duet, który bez siebie żyć nie może – Amazon i globalizacja. Okazuje się, że straszakiem, który najskuteczniej motywuje do rozwoju branżę logistyki dla e-commerce jest amerykański serwis Jeffa Bezosa.

    Globalny handel online nie mógłby istnieć bez wsparcia usług transportowych. Dlatego sektor logistyki e-commerce ruszył w pościg za internetowym handlem i sprawnie radzi sobie z kolejnymi przeszkodami, co skutkuje regularnym wzrostem. Specjaliści z AMR (Allied Market Research) obliczyli, że wycena tego sektora osiągnie w 2020 r. poziom 535,895 mln USD, a współczynnik CAGR, który określa średni roczny wzrost, w latach 2014–2022, wyniesie 21,2%.

    Efekt Amazona, czyli efekt aureoli w praktyce

    Trudno przypomnieć sobie dni, w których na zamówiony przez internet przedmiot w ramach przesyłek krajowych czekało się po 2–3 tygodnie, a nawet do 12 tygodni w przypadku pakunków wysyłanych z terytorium innego kraju. W ciągu ostatnich 5 lat handel elektroniczny zmienił się nie do poznania i podbił serca konsumentów z całego świata. W puste pole wyszukiwarki wystarczy wpisać nazwę produktu. Tylko kilka kliknięć dzieli nas od tego, by zamówione dobro znalazło się pod naszymi drzwiami, a to wszystko dzięki efektowi Amazon.

    Nazwany na cześć giganta handlu elektronicznego, efekt Amazona to globalny fenomen, polegający na zdominowaniu przez amerykański serwis handlu detalicznego. Nastąpiło zjawisko, które w zarządzaniu i marketingu nazywane jest efektem aureoli. Oznacza to, że siła oddziaływania tego podmiotu na inne sektory jest tak silna, że wpływa na ich funkcjonowanie. Firma Jeffa Bezosa nie tylko doprowadziła do boomu w handlu elektronicznym, udokumentowanym przez miliony metrów kwadratowych pustej powierzchni handlowej na całym świecie, lecz także wywołała ogromne zmiany oczekiwań klientów w każdym punkcie łańcucha dostaw – tłumaczy Sascha Stockem z Nethansy, który 22 stycznia wystąpi na warszawskiej konferencji Marketplace Academy 2020. 

    Siły zależne

    Specjaliści eMarketera wzięli pod lupę branżę e-commerce i opracowali raport, zgodnie z którym przewidują, że do 2020 r. wielkość sprzedaży w całym sektorze osiągnie poziom ponad 4,058 bln USD. Czy to wiele? Papierkiem lakmusowym w tym przypadku jest oczekiwany wynik za 2019 r., który ma zakończyć się wyceną na poziomie 3,418 bln USD. Warte odnotowania jest to, że z roku na rok wskaźnik określający tempo wzrostu spada, a mimo to wciąż jest imponujący – od 25,5% w 2015 r. do 18,7% pięć lat później. Czy jest to niespodzianka?

    Nic w tym dziwnego, dla wielu klientów sieć stała się naturalnym miejscem robienia zakupów. Jak wynika z nowych badań przeprowadzonych przez Salesforce, 87% kupujących rozpoczyna wyszukiwanie produktów w kanałach cyfrowych, w porównaniu z 71% sprzed roku. Z tego aż co trzecia osoba zaczyna od poszukiwań na Amazon i eBay, co oznacza wzrost o 22% w porównaniu z rokiem poprzednim. Co więcej, w przypadku największych rynków zbytu platformy stworzonej przez Bezosa, np. Niemiec i USA, ponad 50% internautów zaczyna poszukiwania wymarzonych produktów na serwisie Amazon! – zwraca uwagę Sascha Stockem.

    Szybko, ale wolniej

    Wartościowym uzupełnieniem jest tu najnowszy raport Transport Intelligence, który pokazuje, że rynek logistyki e-commerce wciąż rozwija się dość szybko, lecz rosnąca konkurencja i kolejne wyzwania sprawiają, że jest to branża podwyższonego ryzyka. Jednak czy to wszystko?

    Ogromny wpływ na branżę logistyczną ma najpotężniejszy sklep online na Ziemi – Amazon. Dla firm przewozowych każde zmiany związane z funkcjonowaniem platformy Jeffa Bezosa mogą skutkować zaburzeniami w działaniu. To potężny gracz, lider, który wyznacza tempo dla całej branży – zauważa CEO Nethansa.

    Jak szacują brytyjscy specjaliści, globalny rynek logistyki handlu elektronicznego wzrósł o 18,2% w 2018 r. Ze wszystkich gałęzi logistyki to właśnie ten odłam jest najbardziej nieprzewidywalny, ale i osiąga najlepsze rezultaty.

    Gdy weźmiemy pod lupę wspomniany raport, okaże się, że to rynki wschodzące wykazują najszybszą ekspansję, ale nawet w gospodarkach rozwiniętych stopy wzrostu w ujęciu nominalnym są zwykle dwucyfrowe. TI oczekuje, że światowy rynek wzrośnie w latach 2018–2023, osiągając CAGR na poziomie 11,8%.

    Rynek, który nie ma granic

    Najnowsze dane TI sugerują, że handel międzynarodowy jest istotnym czynnikiem przyczyniającym się do takiego wzrostu. E-commerce nie zna granic, ale czy jest to zagrożenie czy szansa dla nowoczesnego biznesu?

    Najpopularniejsza platforma handlowa na świecie, Amazon, działa w oparciu o międzynarodowy model, który pozwala na prowadzenie globalnej działalności bez względu na region rezydencji. To dogodne rozwiązanie dla każdej ze stron. Firmy mają dostęp do międzynarodowego klienta, a klienci mogą korzystać z oferty wielu firm, niezależnie od tego, gdzie się znajdują – przekonuje Sascha Stockem. 

    Dzięki temu rozwiązaniu każda firma uzyskuje dostęp do milionów klientów (ponad 310 mln użytkowników Amazona). Biorąc pod uwagę rosnącą liczbę osób, które posiadają dostęp do sieci – obecnie ponad 4,33 mld ludzi – jak podaje Statista, należy spodziewać się, że baza klientów e-commerce będzie rosła równie szybko.

    Globalny rynek e-commerce to wielka szansa dla biznesu, który otrzymał wirtualny klucz do raju. Nasuwa się jednak pytanie: czy przedsiębiorca wie, do którego zamka ów klucz pasuje? Jak wskazują dane zbierane przez serwis Wordometer, dostęp do sieci to przywilej już ponad 4 miliardów osób, a każda z nich to potencjalny klient. Oczywiście o ile posiadamy kompas, który wskaże nam do niego drogę – mówi CEO Nethansy. 

    Twórcy raportu TI podkreślają, że konsumenci chętniej wybierają rozwiązania, które budują omnidoświadczenia, czyli realizują strategię skupiającą się na kompletnej obsłudze całego procesu wymiany pomiędzy firmą a odbiorcą.

    Konsumenci wymagają bezproblemowego i zintegrowanego systemu, złożonego z wielu elementów za które odpowiedzialny jest jeden podmiot. Chcą zamawiać, płacić, odbierać i zwracać produkty w ramach jednej platformy. Dlatego rośnie popularność takich kanałów sprzedażowych jak Amazon, które zapewniają oczekiwany standard, a przez to stanowią doskonały łącznik między sprzedawcą a klientem.

    Wszystko wskazuje na to, że Amazon na długo pozostanie liderem innowacji i wielkości obrotu na rynku handlu online. Amerykański brand nieustannie stawia klienta na pierwszym miejscu i wykracza poza to, co oferują inne korporacje. Niestety nie będą to łatwe czasy dla niezależnych sklepów online, a to oznacza wzrost zakłóceń w sektorze e-commerce.

  • Cyberatak „na prezesa”

    Cyberatak „na prezesa”

    Tylko przez ostatnie 3 lata globalna wartość strat poniesionych przez zaatakowane metodą BEC przedsiębiorstwa wzrosła o 136% i osiągnęła poziom 12,5 miliarda dolarów. Business Email Compromise i należący do tej grupy CEO Fraud, czyli oszustwo “na prezesa”, to jedne z ulubionych i najskuteczniejszych metod wykorzystywanych przez cyberprzestępców.

    Straty poniesione przez firmy na całym świecie, które padły ofiarą BEC – Business Email Compromise, przekroczyły wartość 12,5 miliarda dolarów, alarmują analitycy amerykańskiej agencji bezpieczeństwa FBI. W rzeczywiści liczba ta może być znacznie wyższa, ponieważ analizie poddano wyłącznie 78,617 firm, które zgłosiły incydenty do odpowiednich organów. Nie wiadomo jak wielu przedsiębiorców zataiło ten fakt, chroniąc się przed możliwymi konsekwencjami i stratami wizerunkowymi. Szczególnie, że zgodnie z danymi FBI, zgłaszający odzyskali jedynie 4% utraconych kwot.

    Jak wygląda schemat ataku metodą CEO Fraud?

    Rzecz zaczyna się od uzyskania dostępu do e-maila prezesa, z którego wysyłane są zlecenia przelewów. Drugim krokiem jest kradzież wrażliwych danych firmowych, dzięki którym takie oszustwo można uwiarygodnić, np. poprzez posłużenie się danymi faktycznych dostawców lub powołanie się na zaległe faktury. Przeprowadzenie ataku socjotechnicznego umożliwiającego zdobycie takich informacji jest prostsze niż się wydaje, o czym kilka dni temu przekonał się Tomasz Szpikowski, CEO TestArmy Group S.A.:

    Właśnie jechałem na spotkanie z zarządem dużego koncernu motoryzacyjnego w ich wrocławskiej siedzibie. Po drodze, rzecz trywialna, rozładował mi się telefon. W samochodzie miałem kabel USB, ale bez adaptera pozwalającego na podłączenie do gniazda zapalniczki. “Ford niestety ładuje słabo, ciekawe co by na to powiedział Lee Iacocca”, pomyślałem… Dojechałem na miejsce, wszedłem do głównego holu, gdzie zostałem przywitany przez asystentkę prezesa. Kiedy zapytała, czy może w czymś pomóc, odpowiedziałem, że owszem, rozładował mi się telefon, a przy sobie mam wyłącznie kabel USB. Asystentka wzięła telefon i nie mając adaptera, podpięła go do swojego służbowego laptopa w sekretariacie zarządu.

    Co by się stało, gdyby dyrektor okazał się cyberprzestępcą?

    Gest asystentki był miły i uczynny, ale gdyby Tomasz Szpikowski był cyberprzestępcą, a telefon byłby skonfigurowany tak, aby natychmiast po podłączeniu zainfekować urządzenie oprogramowaniem dającym do niego zdalny dostęp, mógłby zrobić wszystko. Skopiować wszystkie e-maile wymieniane między centralą firmy a innymi placówkami i klientami. Zaszyfrować dokumenty, pobrać dane biznesowe, faktury, informacje o pracownikach. Znałby wewnętrzne procedury, politykę wynagrodzeń, budżety czy strategię rozwoju firmy. Nie trzeba dodawać, na jakie straty firma by się naraziła, gdyby takie dane znalazły się w niewłaściwych rękach.

    Pamiętajmy, że człowiek jest najsłabszym ogniwem systemu bezpieczeństwa, choć najczęściej nie z własnej winy. To zarząd firmy jest odpowiedzialny za wprowadzanie procedur walki z atakami socjotechnicznymi i odpowiednie przeszkolenie pracowników. Jeśli tego nie zrobi, biznes będzie stale narażony, a menadżerowie i dyrektorzy, którzy trzymają klucze do wirtualnie przechowywanych wrażliwych danych, będą łatwym celem dla cyberprzestępców – tłumaczy Tomasz Szpikowski.

    Ekspert podkreśla, że praktycznie każdy gadżet może otwierać drzwi do strategicznych danych elektronicznych, tak samo smartfon, pendrive, transmiter do klawiatury, adapter do rzutnika, jak i inne podłączane do komputerów akcesoria. Przeprowadzone przez TestArmy CyberForces testy pokazały, że luki w systemach bezpieczeństwa ma aż 5 na 10 popularnych urządzeń IoT.

    Jak cyberprzestępcy wykorzystują CEO Fraud?

    Gdy cyberprzestępca zyska dostęp do e-maila dyrektora, ma pełne spektrum możliwości.

    Gdy włamanie dotyczy firmy współpracującej z zagranicznym dostawcą, może wykorzystać długą relację biznes-dostawca. Mając dostęp do historii przelewów, wysyłać e-mailem prośby o zmianę rachunku, na który kierowane są pieniądze. Ponieważ adres e-mail będzie się zgadzać, odbiorca nie będzie podejrzewać, że cała sytuacja jest oszustwem.

    Gdy włamanie dotyczy firmy zlecającej duże ilości przelewów, podstawiony “dyrektor” może zlecić własnym pracownikom czy instytucji finansowej obsługującej firmę przesłanie środków na podany numer konta.

    Gdy włamanie dotyczy firmy współpracującej z zewnętrznym doradcą podatkowym lub adwokatem, przestępca może wysłać prośbę o wypełnienie papierów podatkowych, do których ma dostęp, albo o przekazanie szczegółowych i poufnych danych pracowników.

    Ciekawe – najdroższy rozwód w historii zaczął się od zhackowanego telefonu

    A dotyczył najbogatszego człowieka na świecie – Jeffa Bezosa, CEO Amazona. Przyczyną rozwodu był romans Bezosa z Lauren Sanchez, który nagłośniono dzięki wyciekowi ich prywatnej korespondencji. Osobisty ochroniarz Bezosa, zajmujący się jego cyberbezpieczeństwem, opisał całą sytuację w dzienniku The Daily Beast. Przyznał, że choć brak na to twardych dowodów, wszystko wskazuje na to, że za wyciekiem stoi rząd Arabii Saudyjskiej, który zhackował telefon Bezosa i ujawnił zdobyte dane American Media Inc. i gazecie National Enquirer. Bezos, którego majątek wyceniany był na prawie 160 miliardów dolarów, w wyniku rozwodu oddał byłej żonie 36 miliardów dolarów.

    Takie sytuacje uświadamiają, że cyberbezpieczeństwo to sektor dotyczący nie tylko sfery zawodowej. Coraz częściej dyrektorzy firm, osoby wysoko postawione, majętne decydują się na rozszerzenie ochrony z firmy także na własną rodzinę, chcąc zabezpieczyć swoich bliskich, inteligentne domy, w których mieszkają i inteligentne urządzenia, z których korzystają na co dzień – podsumowuje Tomasz Szpikowski.

    W cyfrowym świecie nikt nie jest bezpieczny, a członkowie zarządów firm wyjątkowo boleśnie przekonują się o tym, jak wyciek wrażliwych informacji może narazić ich na olbrzymie straty. Problem jest szczególnie istotny, ponieważ zgodnie z raportem Verizon DBIR 2019, osoby posiadające przywileje wykonawcze i dostęp do wielu zastrzeżonych, często krytycznych rejonów infrastruktury informatycznej są obecnie 12 razy bardziej narażeni na atak socjotechniczny niż jeszcze rok temu.

  • Trzy sygnały, że Bitcoin to jednak bańka

    Trzy sygnały, że Bitcoin to jednak bańka

    Zapewnienia, że „nic nie będzie już takie jak dawniej” i rozmowy o inwestycjach w Bitcoiny w poczekalniach u dentystów to najlepsze argumenty, by trzymać się od kryptowalut z daleka. O kontrowersjach wokół najbardziej znanej kryptowaluty mówi Emil Szweda – Michael/Ström Dom Maklerski.

    W tym roku mija 35 lat od kiedy magazyn Time po raz pierwszy posłużył się terminem „nowa ekonomia”, choć popularność zyskał on w połowie lat dziewięćdziesiątych, a rozkwit w czasie wielkiej technologicznej hossy z przełomu wieków. Choć sam termin miał tylko opisywać przejście z gospodarki przemysłowej na rzecz technologicznej, opartej na wiedzy, w czasie internetowego boomu używano go do odróżnienia firm działających w sektorze przemysłu oraz firm internetowo-technologicznych. Z czasem termin nowa ekonomia zaczął być używany ironicznie, w odniesieniu do firm internetowych, które nie osiągają zysków, lecz dotychczasowe prawidła funkcjonowania przedsiębiorstw miałyby ich nie obejmować.

    Być może najlepszą ilustracją internetowego szaleństwa i późniejszego otrzeźwienia były notowania Yahoo!, którego kapitalizacja wystartowała z 848 mln dolarów w 1996 r. by osiągnąć 125 mld dolarów w 2000 r. i zawrócić do 10 mld dolarów rok później. (Ostatecznie w 2016 r. Verizon kupił internetowe aktywa firmy – wyszukiwarkę, konta mailowe i komunikator – za 4,8 mld dolarów). Pytanie brzmi, w którym miejscu tej historii jest Bitcoin lub inne kryptowaluty?

    Nadchodzi nowe

    Bańka internetowa to najświeższe spośród wielu skojarzeń, a schemat powstawania baniek na przestrzeni dziejów wydaje się zbliżony, począwszy od tulipanowej sprzed 400 lat. W inwestorach narasta przekonanie, że oto stoją przed szansą współuczestniczenia w historii, która na zawsze odmieni oblicze świata (nowa ekonomia), w którym żyją, przy czym same przemiany są na bardzo wczesnym etapie, co ma gwarantować krociowe zyski w długim terminie – gdy rewolucja zmieni się w nową rzeczywistość. I – co najciekawsze – to rzeczywiście działa, tyle, że rzadko w wypadku pionierów. Google debiutował na giełdzie z ceną 50 dolarów za akcję obecnie jest to ponad 1100 dolarów i to Alphabet, a nie Yahoo! zawładnął Internetem i to nie w skali USA, ale wymiarze globalnym.

    Nie zawsze też zyski muszą pochodzić z dziedziny bezpośrednio związanej z nową gospodarką. Najbogatszą firmą na świecie jest wszak Apple, który zarabia na produkcji sprzętu (a więc „po staremu”), a najbogatszym człowiekiem świata – Jeff Bezos – założyciel Amazona, który swoją potęgę buduje na optymalizacji dostaw zakupów internetowych, choć gdyby nie hossa dotcomowa, Amazon nigdy nie mógłby powstać, a użyteczność iPhonów nie zostałaby doceniona.

    Jeśli spojrzymy w ten sposób na Bitcoina, to łatwo dojść do przekonania, że bliżej mu do Yahoo! niż Google’a. Choć sam pomysł na powstanie kryptowaluty był przełomowym, to technologia sprzed dekady, sprawia, że w porównaniu do późniejszych kryptowalut bywa uznawany za walutę przestarzałą, która nie spełni pokładanych oczekiwań. Natomiast firmy, które jako pierwsze zdołają skomercjalizować technologię blockchain na dużą skalę, mogą osiągnąć sukces, pod warunkiem jednak, że zaakceptują płatności także w tradycyjnych walutach.

    Wszyscy o tym mówią

    Już w latach 30. minionego wieku mawiano, że gdy pucybut zapyta jakie akcje ma kupić warto ewakuować się z giełdy. Dekadę temu o inwestycjach giełdowych za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych gawędzono w barach, kolejkach do sklepowej kasy i innych miejscach publicznych. Giełdowa hossa przebiła się do głównych wydań wiadomości telewizyjnych, podobnie jak nocne kolejki społeczne pod oddziałami domów maklerskich przyjmujących zapisy na akcje prywatyzowanych przedsiębiorstw, a gotówka całymi miliardami napływała do TFI i to w skali miesięcznej.

    Czy z Bitcoinem jest podobnie? Dziś dzienniki telewizyjne nie mają już tej samej siły oddziaływania, a bieżących informacji częściej szuka się w Internecie, gdzie faktycznie kolejne rekordy notowań Bitcoina (i jego późniejszy spadek) skwapliwie odnotowywały największe serwisy ogólnotematyczne. Sam byłem świadkiem rozmowy o Bitcoinach w poczekalni dentystycznej, co oczywiście niczego jeszcze nie dowodzi.

    Ale już sytuacja, w której firmy porzucają dotychczasowy profil działalności na rzecz bardziej modnego i potencjalnie zyskownego może być takim sygnałem ostrzegawczym. Pod koniec lat 90. wystarczyło ogłosić zamiar stworzenia serwisu internetowego, by kapitalizacja spółki wzrosła o kilkadziesiąt, a nawet kilkaset procent (np. Agora i jej projekt Gazeta.pl lub Softbank i projekt Expander.pl). Dziś podobnie wygląda reakcja inwestorów na spółki, które postanowiły na poważnie zająć się blockchainem.

    To jest uzasadnione

    Problem z bańkami polega na tym, że nawet w ich apogeum zaangażowani w nie inwestorzy na ogół są w stanie używać z pozoru sensownych argumentów uzasadniających wycenę danego aktywa. Dopiero z perspektywy czasu trudno zrozumieć, dlaczego ktoś zapłacił za cebulkę tulipana równowartość domu z ogrodem, albo kupował akcje, gdy ich wycena sięgała kilkuset lat przyszłych zysków czy też metr mieszkania w klasie ekonomicznej za kilkakrotność średniego miesięcznego wynagrodzenia.

    Z Bitcoinem sprawa jest jeszcze trudniejsza, ponieważ za jego wycenę odpowiadają czyste siły popytu i podaży, nie ma w nim natomiast wartości fundamentalnej, chyba, że za taką uznać ilość energii elektrycznej i mocy obliczeniowej potrzebnej do jego „wykopania”. Co prawda zwolennicy krytpowalut twierdzą – nie bez racji – że o tradycyjnych walutach można powiedzieć dokładnie to samo, ponieważ ich wartość opiera się tylko na wierze uczestników gospodarki co do swojej wartości, niemniej dolary, euro czy złote są w pełni wymienialne na godziny pracy, usługi, czy towary, zaś Bitcoin to nadal głównie instrument spekulacyjny, a nie waluta. Hasła o zerwaniu z zależnością wartości pieniądza od nieprzemyślanych lub chroniących partykularne interesy decyzji politycznych brzmią kusząco, a nawet logicznie, ale gdy wstaniemy od stołu, liczy się to, czy Bitcoinem można wygodnie zapłacić za codzienne zakupy. Nie wystarczy bowiem, że pieniądz jest ideologicznie czysty, by zyskał powszechną akceptację – musi być jeszcze w pełni wymienialny i – to najważniejsze – stabilny. Świat nigdy nie zaakceptuje pieniądza, którego wartość – w przeliczeniu na towary, usługi i godziny pracy – skacze i spada o kilkadziesiąt procent w kilka tygodni, dni i godzin, nawet jeśli technologia, która za nim stoi, rzeczywiście może zmienić obieg pieniądza w gospodarce.

  • Przemysł w kosmosie to kwestia czasu. Wyścig już się rozpoczął

    Przemysł w kosmosie to kwestia czasu. Wyścig już się rozpoczął

    Produkty z oznaczeniem „Made in Space” mogą trafić na rynek w ciągu zaledwie dekady. Przemysł w przestrzeni kosmicznej opuścił sferę marzeń i na naszych oczach staje się rzeczywistością. Stany Zjednoczone podjęły już kroki prawne, mające na celu legalizację obrotu minerałami wydobywanymi z przelatujących w pobliżu asteroid. Pozyskiwanie materiałów produkcyjnych z kosmosu jest częścią wizji, w której Ziemia staje się przestrzenią mieszkalną i handlową, a większość przemysłu odbywa się w stanie nieważkości. Temat przybliżył Marcel Płoszczyński.

    „To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” – powiedział Neil Armstrong stawiając pierwszy krok na Księżycu 20 lipca 1969 roku. Od lądowania Amerykanów na Księżycu minęło prawie 50 lat i zdaje się, że w tym czasie ludzkość nie poczyniła kolejnych, równie istotnych kroków w podboju kosmosu. Nie oznacza to wcale, że przez połowę stulecia nic się w tej materii nie działo. Do najważniejszych wydarzeń w rozwoju przemysłu kosmicznego można zaliczyć udane lądowanie rakiety wielokrotnego użytku Falcon 9 stworzonej przez Space X. Pojazdy tego typu to nadzieja na tańsze, częstsze i dostępne na szeroką skalę loty w przestworza. Szerokim echem odbił się również udany start rakiety Falcon Heavy, która nie tylko wyniosła w kosmos Teslę Roadster, lecz przede wszystkim udowodniła, że Space X potrafi wynieść na orbitę ciężki ładunek i zrobić to taniej niż konkurencja. Firma Elona Muska postawiła przed sobą ambitny cel: stworzenie kolonii na Marsie, co wiąże się z opracowaniem nowych technologii i zgromadzeniem funduszy, które umożliwią to przedsięwzięcie. Już dziś Space X współpracuje z NASA realizując zlecenia amerykańskiej agencji kosmicznej, co stanowi dla firmy spore źródło dochodu. Podobnych kontraktów, związanych z kursami na międzynarodową stację kosmiczną czy wynoszeniem satelitów na orbitę ma być coraz więcej.

    Przemysł nie z tej Ziemi

    Podczas gdy świat koncentruje swoją uwagę na czerwonej planecie i jej kolonizacji, przemysł kosmiczny równolegle rozwija się w innym, mniej odległym kierunku. Dopiero po głośnym komentarzu twórcy i prezesa zarządu firmy Amazon alternatywna koncepcja doczekała się odpowiedniego rozgłosu. Jeff Bezos, podczas kalifornijskiej konferencji Code, poruszył wiele zagadnień wiązanych z działalnością największego sklepu internetowego świata, jednak nic nie przykuło uwagi dziennikarzy tak, jak jego wypowiedź poświęcona kosmicznej ekspansji.

    Dostęp do energii jest ograniczony. W ciągu kilkuset lat będziemy zmuszeni pokryć całą powierzchnię Ziemi panelami słonecznymi.  Co należy zrobić w takiej sytuacji? Myślę, że trzeba będzie przenieść w przestrzeń kosmiczną cały ciężki przemysł pozostawiając Ziemię przestrzenią mieszkalną i strefą lekkiego przemysłu – stwierdził Bezos pozostawiając słuchaczy w osłupieniu.

    Zdaniem założyciela firmy Amazon pozyskiwanie energii słonecznej w kosmosie jest dużo prostsze niż na Ziemi, ponieważ światło słoneczne dostępne jest bez zakłóceń 24 godz. na dobę. Przeniesienie przemysłu ciężkiego w okolice ziemskiej orbity oznacza, że zanieczyszczenia powstające w procesach produkcyjnych przestaną wpływać na atmosferę naszej planety, a największym wyzwaniem stanie się transport gotowych produktów z kosmicznych fabryk na jej powierzchnię.

    Pionierzy są już aktywni

    Chociaż idea przemysłu pozaziemskiego dla wielu wciąż może się wydawać tematem rodem z dzieł Science Fiction, to firmy na całym świecie zupełnie na poważnie zaczynają podchodzić do planów przemysłowej ekspansji w obszarze kosmicznym.  Za pierwszy, lecz wciąż niewielki kroki w stronę kosmicznego przemysłu można uznać projekty firmy Made in Space, która przy pomocy towarowej kapsuły SpaceX Dragon dostarczyła na międzynarodową stację kosmiczną maszynę do produkcji światłowodu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, kalifornijski startup uruchomi w kosmosie pierwszą w historii produkcję dóbr, którymi z czystym sumieniem będzie można obracać na Ziemi.

    Wierzymy, że jesteśmy blisko czegoś na prawdę niesamowitego. Po raz pierwszy przestrzeń kosmiczna wykorzystana zostanie do celów przemysłowych – powiedział Andrew Rush, CEO w Made In Space.

    Podobnego zdania jest Lynn Harper z należącego do NASA Centrum Badawczego imienia Josepha Amesa, który na jednej z konferencji prasowych stwierdził, że możliwości uruchomienia przemysłu w kosmosie jeszcze nigdy nie były tak szerokie.

    Produkcja na dużą skalę mogłaby zostać przetestowana i udoskonalona na ISS (ang. International Space Station), a następnie wdrożona na wielu komercyjnych nośnikach, które pojawią się w przyszłości – zauważył Harper.

    Fabryki w kosmosie mogłyby czerpać korzyści z takich warunków, jak mikrograwitacja i próżnia. Ta druga, w przypadku produkcji wysokiej jakości światłowodu odgrywa istotną rolę.

    W materiałach tej klasy grawitacja powoduje mikrokrystalizację, która pozbawia ich korzystnych właściwości – powiedział Justin Kugler, New Nusiness Development Manager w Made In Space.

    Wysokiej jakości światłowód „ZBLAN” kosztuje nawet 2 miliony dolarów za kilogram. Taka cena sprawia, że wytwarzanie go w przestworzach opłaca się nawet przy współczesnych środkach kosmicznego transportu.

    Już w 1973 r. dyrektor General Electric zeznał przed kongresem Stanów Zjednoczonych, że jego firma zidentyfikowała sfery przemysłu kosmicznego, które do roku 1980 mogły stworzyć rynek wart ponad 2 miliardy dolarów. Tak się jednak nie stało, a przyczynę porażki Lynn Harper dopatruje w rzadkich i drogich lotach wahadłowców. Jego zdaniem międzynarodowa stacja kosmiczna zmieniła sytuację na lepszą, a ciągła obecność załogi sprzyja testowaniu rozwiązań, które w przyszłości mogą zrewolucjonizować przemysł. Z kolei, komercyjne, handlowe pojazdy towarowe zapewniają częstszy i tańszy dostęp do umieszczonej na orbicie bazy niż mogły zaoferować przestarzałe wahadłowce. To kolejny czynnik przemawiający za tezą, według której dla kosmicznego przemysłu rozpoczyna się właśnie nowy, chwalebny rozdział.

    Dr Grzegorz Brona, prezes polskiej spółki Creotech Instruments S.A., lidera krajowego sektora kosmicznego, którego produkty trafiły już na orbitę Marsa, zwraca jednak uwagę na to, że powszechne wyobrażenia o gospodarczym użytkowaniu kosmicznych zasobów przeważnie obarczone jest błędem. Jest on zakorzeniony w braku wiedzy, gdzie dzisiaj w tego typu przedsięwzięciach pojawią się największe wydatki.

    Obecnie koszt wyniesienia na bliską orbitę Ziemi jednego kilograma ładunku to nawet kilkanaście tysięcy dolarów. Koszt potencjalnego bezpiecznego sprowadzenia czegoś z kosmosu na Ziemie wcale nie jest niższy. W przewidywalnej przyszłości trudno więc liczyć na to, że wytwarzanie czegokolwiek w przestrzeni kosmicznej na dużą skalę i sprowadzanie tego na Ziemie, może być opłacalne. Żeby tak się stało potrzebny nam prawdziwy technologiczny przełom, który te potworne koszty znacznie obniży. Nie oznacza to jednak, że przemysł pozaziemski nie ma już dziś racji bytu. Wręcz przeciwnie! – przekonuje Brona.

    Zdaniem eksperta pozyskiwanie surowców w przestrzeni kosmicznej jest jak najbardziej uzasadnione, jeśli na poważnie myślimy o podboju kosmosu.

    Budowa stałych baz na Księżycu lub Marsie może okazać się finansowo nie do udźwignięcia dla nawet najpotężniejszego państwa, jeśli mamy zamiar transportować tam z Ziemi wszystkie materiały konieczne do budowy. W bardziej realnym scenariuszu przetransportujemy tam to, co konieczne, żeby na miejscu pozyskiwać surowce potrzebne do budowy i funkcjonowania takich placówek. Te lokalne materiały będą na miejscu przetwarzane i wykorzystywane do budowy i zasilania baz – dodaje Brona.

    Surowce niczyje

    Professor Brian Cox w swoich wizjach wybiega jeszcze dalej przekonując, że receptą na rozwiązanie kryzysu energetycznego nie są energooszczędne technologie czy budowanie nowych elektrowni. Jeden z czołowych autorytetów w dziedzinie astrofizyki z Uniwersytetu w Manchesterze uważa, że odpowiedzi na ziemskie problemy należy szukać w kosmosie, a dokładnie w pasie asteroid. Jego zdaniem znajduje się tam tak duże złoża metalu, że można pokryć nimi całą Ziemię i jednocześnie zbudować wieżowiec o 8 tys. kondygnacji.

    Byliśmy już na asteroidach. Istnieją firmy, w szczególności w USA i w Luxemburgu, które chcą prowadzić na nich prace wydobywcze. Jesteśmy o krok od transformacji naszej cywilizacji, z egzystującej na powierzchni pojedynczej planety, w cywilizację multiplanetarną – stwierdził Cox.

    Jedną z takich firm jest kalifornijska Deep Space Industries, która za misję obrała sobie wspieranie przemysłu kosmicznego bogatymi zasobami znajdującymi się we wszechświecie. – Początkowym celem są prace wydobywcze na asteroidach, które przelatują w sąsiedztwie naszej planety. Wiele bogatych w wodę bliskich Ziemi asteroid (NEA) jest łatwo dostępnych, ponieważ podróżują wokół słońce na orbitach zbliżonych do orbity Ziemi. Posiadają niewielką masę, a co za tym idzie słabą grawitację, co ułatwi wydobywanie surowców – czytamy na oficjalnej stronie firmy. Dowiemy się z niej również, że rynek kosmiczny wart jest obecnie ponad 330 miliardów dolarów, a od roku 2000 tylko w 8 wybranych startupów z branży zainwestowano 13.3 miliarda dolarów.

    Prawo zahamuje rozwój?

    Firmy, takie jak Deep Space Industries, poza problemami natury technologicznej, muszą zmierzyć się z prawem, niedostosowanym do ich przyszłej – miejmy nadzieję –  działalności. Plany krzyżuje im międzynarodowy traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 r., którego stroną jest 107 państw, w tym również Polska. Poza takimi ustaleniami, jak zakaz umieszczania broni nuklearnej bądź innej broni masowego rażenia na orbicie okołoziemskiej lub gdziekolwiek indziej w przestrzeni kosmicznej, akt prawny reguluje również stosunek własności tamtejszych obiektów. Zarówno Księżyc, jak i pozostałe ciała niebieskie, nie mogą stać się własnością żadnego państwa, bez znaczenia, ile narodowych flag zostanie umieszczonych na ich powierzchni.

    Pod koniec swojej drugiej kadencji w białym domu Barack Obama złożył podpis pod ustawą, która pozwala prywatnym podmiotom na posiadanie, transport, wykorzystanie i sprzedaż pozaziemskich zasobów. Problem polega na tym, że wprowadzenie nowego prawa w życie narusza traktat o przestrzeni kosmicznej.

    Prywatne przedsiębiorstwa pozyskiwałyby licencję na wydobycia w sądzie krajowym. Wydawane w ten sposób suwerenne wyroki naruszają traktat. Nie wiemy, jak się to skończy, dopóki sprawa nie otrze się o sąd – zauważa Dr Chris Newman z Uniwersytetu w Sunderland.

    Z kolei Michael Listner, amerykański prawnik i założyciel Space Law and Policy Solutions uważa, że uchwalona przez 44 prezydenta Stanów Zjednoczonych ustawa stoi w sprzeczności z międzynarodowym traktatem, którego złamanie może nieść znaczące konsekwencje stawiając relacje z innymi państwami na ostrzu noża.

    Chiny i Rosja będą chciały kawałek tego tortu. Gdy w grę wchodzi konflikt prawny, sprawy zaczynają być ryzykowne. Może to doprowadzić do konfliktu politycznego – ostrzega Listner.

    Nie tylko Stany Zjednoczone podjęły kroki w kierunku legalizacji handlu materiałami pozaziemskimi. Étienne Schneider, wicepremier Luksemburga zapowiedział, że reprezentowane przez niego państwo zamierza nie tylko rozpocząć pracę nad prawem umożliwiającym firmom wydobywanie surowców z asteroid, lecz również planuje inwestycje w tego typu podmioty. Zdaje się, że to jedyny europejski kraj, który na poważnie myśli o rozwoju tej gałęzi przemysłu. Z pytaniem o to, jak wygląda sytuacja prawna nad Wisłą zwróciliśmy się do Polskiej Agencji Kosmicznej.

    Problematyka związana z górnictwem kosmicznym jest jednym z obszarów wymagających regulacji, obok takich kwestii, jak rejestracja obiektów kosmicznych, odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez te obiekty czy bezpieczeństwo przeprowadzanych misji kosmicznych. Ze względu na to, iż obecnie polskie podmioty nie są jeszcze w stanie samodzielnie projektować i realizować misji kosmicznych, a zwłaszcza misji wydobywczych, utworzenie regulacji związanych z górnictwem kosmicznym nie jest uznawane za kluczowe. Niemniej jednak, legislacja w tym zakresie w dalszej perspektywie czasowej będzie konieczna – odpowiedzi udzielił Adam Węgłowski, Starszy specjalista w Departamencie Strategii i Współpracy Międzynarodowej Polskiej Agencji Kosmicznej.

    Nie oznacza to jednak, że Polacy nie zamierzają wziąć udziału w wyścigu o kosmiczne bogactwa. W ubiegłym roku polskie firmy wyspecjalizowane w robotyce kosmicznej, obserwacjach planetoid i integracji systemów kosmicznych podpisały umowę konsorcjum EX-PL, którego celem jest realizacja szeregu projektów z obszaru górnictwa kosmicznego. Umowa jest odpowiedzią na luksemburską inicjatywę wsparcia rozwoju tej perspektywicznej branży.

    Perspektywa pierwszych misji wydobywczych to 20-40 lat. W tym czasie musi powstać szereg technologii i rozwiązań, które takie misje umożliwią. Konsorcjum ma zamiar pracować właśnie nad takimi rozwiązaniami. Pierwszy, bardzo istotny projekt, jest obecnie na etapie dopracowywania szczegółów i zostanie wkrótce ogłoszony przez konsorcjum – mówi dr Grzegorz Brona z Creotech Instruments S.A.

    W skład konsorcjum EX-PL weszły firmy specjalizujące się w robotyce kosmicznej, obserwacjach planetoid i integracji systemów kosmicznych: ABM Space, Cilium Engineering, Creotech Instruments S.A. i Sybilla Technologies. Działaniom konsorcjum towarzyszy także współpraca z grupą obserwatorów i partnerów, w tym PIAP oraz młodymi zespołami tworzącymi przyszłe rozwiązania dla kosmicznego górnictwa.

    Idea przeniesienia przemysłu w przestrzeń kosmiczną brzmi intrygująco i z pewnością w przyszłości, pewnie nie my, lecz nasi potomkowie, doczekają się jej realizacji. Na razie jednak większość argumentów przemawia na niekorzyść takiego rozwiązania.

    Myśląc o przemyśle w stanie nieważkości musimy, wśród wielu innych czynników, wziąć pod uwagę logistykę takiego przedsięwzięcia. Koszty transportu gotowych produktów na powierzchnię są obecnie nie do przeskoczenia. Nawet jeśli będą to wyłącznie metale szlachetne. Należy się również zastanowić, Ile będzie kosztować rekrutacja, szkolenie i utrzymanie pracowników. Istotny jest również aspekt ciągłości produkcji. Już teraz wiadomo, że produkcja dla motoryzacji ulokowana poza UE ma znaczące większe ryzyko opóźnienia dostaw z powodu kontroli celnych. Jakie kontrole będą przy transporcie z innej planety? – sprowadza na Ziemię Piotr Rojek z DSR SA, odsuwając futurystyczne wizje produkcji, prowadzonej na szeroką skalę w przestrzeni kosmicznej, o co najmniej 100 lat.