Tag: Google

  • OpenAI sięga po chipy Google. Czy TPU zagrożą dominacji Nvidii i Microsoftu w AI?

    OpenAI sięga po chipy Google. Czy TPU zagrożą dominacji Nvidii i Microsoftu w AI?

    OpenAI – firma, która w centrum globalnej rewolucji AI postawiła ChatGPT – rozszerza swoje zaplecze sprzętowe, sięgając po chipy obliczeniowe od… konkurencji. Jak podał Reuters, spółka zaczęła wynajmować jednostki TPU (Tensor Processing Unit) od Google Cloud, by sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu na moc obliczeniową. To ruch, który może zmienić układ sił w całym krajobrazie chmury AI.

    Dotychczas OpenAI niemal w całości opierał się na infrastrukturze Microsoftu – głównego inwestora i partnera technologicznego – oraz chipach GPU od Nvidii, niekwestionowanego lidera rynku sprzętu AI. Decyzja o skorzystaniu z TPU od Google jest więc znaczącym krokiem nie tylko pod względem technologicznym, ale i strategicznym.

    TPU to autorskie układy scalone Google, projektowane specjalnie z myślą o przetwarzaniu zadań związanych z uczeniem maszynowym. Choć do niedawna były one zarezerwowane niemal wyłącznie na użytek wewnętrzny, Google coraz częściej udostępnia je partnerom zewnętrznym. Do grona klientów dołączyły już Apple, Anthropic czy Safe Superintelligence. Teraz dołącza także OpenAI.

    Dlaczego OpenAI decyduje się na ten krok właśnie teraz? Kluczowe mogą być dwa powody: koszty i dywersyfikacja. W miarę jak skala użytkowania ChatGPT rośnie, rośnie też koszt tzw. inference, czyli procesu, w którym model AI analizuje nowe dane i generuje odpowiedzi. TPU mogą stanowić bardziej opłacalną alternatywę dla drogich układów GPU od Nvidii.

    Z drugiej strony, to także ruch zmniejszający zależność OpenAI od Microsoftu, który nie tylko dostarcza firmie infrastrukturę, ale też rozwija własne modele konkurujące z ChatGPT (Copilot, Azure AI Studio). Współpraca z Google może dać OpenAI większą niezależność operacyjną, nawet jeśli Google – również konkurent w dziedzinie generatywnej AI – nie udostępnia wszystkich najnowszych generacji swoich TPU.

    Z perspektywy Google, z kolei, pozyskanie tak prestiżowego klienta to duży sygnał dla rynku. Firma od lat rozwija swój ekosystem chmurowy, ale do tej pory pozostawała w cieniu AWS i Microsoft Azure. Umożliwienie OpenAI korzystania z TPU to nie tylko przykład „monetyzacji” własnej technologii AI, ale też sposób na budowanie pozycji w wojnie o klientów korporacyjnych.

    Nie jest to jeszcze zerwanie z Nvidią czy Microsoftem – raczej przemyślana próba zbudowania bardziej zbalansowanego ekosystemu obliczeniowego. Jednak w kontekście rosnących napięć i rywalizacji w sektorze AI, to ruch, który może zwiastować większe przemeblowanie w chmurowej geopolityce.

    Na razie to eksperyment. Ale jeśli TPU Google okażą się efektywne kosztowo, OpenAI może zainicjować trend, który podważy dominację Nvidii i umocni pozycję Google Cloud jako platformy obliczeniowej dla dużych modeli AI. 

  • Google modyfikuje wyniki wyszukiwania w UE, by uniknąć kary z DMA

    Google modyfikuje wyniki wyszukiwania w UE, by uniknąć kary z DMA

    Google zaproponował kolejne zmiany w sposobie prezentowania wyników wyszukiwania w Europie. Celem jest zaadresowanie zarzutów Komisji Europejskiej o faworyzowanie własnych usług i uniknięcie potencjalnych kar w ramach nowego rozporządzenia o rynkach cyfrowych (DMA). W tle – rosnące napięcie między Big Tech a unijnymi regulatorami, którzy dążą do wyrównania szans dla mniejszych graczy.

    Nowa propozycja zakłada, że specjalistyczne wyszukiwarki – tzw. vertical search services (VSS), np. w obszarach rezerwacji hoteli czy przelotów – miałyby otrzymać własne, wyraźnie oznaczone „pudełko” na górze strony wyników. Wizualnie byłoby ono zbliżone do istniejących rozwiązań Google, z trzema linkami prowadzącymi bezpośrednio do ofert rywala. Inne tego typu serwisy miałyby pojawiać się niżej – chyba że użytkownik wskaże konkretną usługę.

    To już kolejna korekta podejścia Google od marca, gdy Komisja Europejska zarzuciła firmie systemowe faworyzowanie własnych produktów (m.in. Google Shopping, Hotels i Flights), co narusza zasady DMA. Przepisy te mają ograniczyć dominację platform-gatekeeperów i otworzyć rynek cyfrowy na konkurencję.

    Propozycja Mountain View to klasyczna gra na dwa fronty: z jednej strony Google formalnie „nie zgadza się” z zarzutami Komisji, z drugiej – deklaruje wolę „znalezienia wykonalnego rozwiązania”. Termin jest nieprzypadkowy – 8 lipca Komisja organizuje spotkanie z konkurentami Google, by zebrać opinie na temat propozycji. Z przecieków wynika jednak, że wielu z nich uważa zmiany za niewystarczające i głównie kosmetyczne.

    Dla Google stawka jest wysoka. Unijne przepisy przewidują grzywny sięgające nawet 10% globalnych przychodów firmy – a to oznacza miliardy dolarów. Dodatkowo, presja ze strony Komisji może wpłynąć na globalne standardy funkcjonowania wyszukiwarek i modeli reklamowych.

    W skrócie: Google próbuje zyskać czas i przekonać Brukselę, że nie musi płacić za „grzechy przeszłości”. Ale to nie Komisja, tylko rynek zdecyduje, czy nowy układ faktycznie daje mniejszym graczom równe szanse.

  • Google udostępnia Gemini 2.5. AI tańsza, szybsza i dostępna dla każdego

    Google udostępnia Gemini 2.5. AI tańsza, szybsza i dostępna dla każdego

    Google oficjalnie udostępniło wszystkim użytkownikom rodzinę modeli Gemini 2.5, w tym nowe wersje Pro, Flash oraz Flash-Lite. Po okresie testów zapoznawczych firma otwiera pełny dostęp do technologii, która ma odpowiadać na potrzeby szerokiego spektrum użytkowników – od dużych firm po twórców narzędzi low-code.

    Najwięcej uwagi przyciąga Gemini 2.5 Flash-Lite – lekki, zoptymalizowany model przeznaczony do szybkich operacji przy minimalnym koszcie. Dzięki architekturze „mixture of experts”, każdy model korzysta tylko z części swojej infrastruktury, co znacznie obniża zużycie zasobów. Flash-Lite przetwarza polecenia jeszcze szybciej niż wersja Flash i kosztuje zaledwie 0,10 USD za milion tokenów – to dziesięć razy mniej niż flagowy Pro.

    Google pozycjonuje ten model do zastosowań o niskim opóźnieniu, takich jak tłumaczenia, klasyfikacje czy przetwarzanie w czasie rzeczywistym. Jednocześnie modele 2.5 zachowują wsparcie multimodalne, obsługują do miliona tokenów i działają na autorskich chipach TPUv5p – rozwiązaniach projektowanych z myślą o skali usług Google Cloud.

    Zmieniono również politykę cenową. Model Flash podrożał dwukrotnie (z 0,15 do 0,30 USD), a osobna opłata za „tryb myślenia” – opcję poprawiającą jakość wyników kosztem czasu odpowiedzi – została zniesiona. W efekcie użytkownicy otrzymują pełnię możliwości bez konieczności rozbudowanych decyzji konfiguracyjnych.

    Dzięki rozszerzeniu oferty, Google jeszcze wyraźniej konkuruje z OpenAI i Anthropic, starając się zapewnić nie tylko jakość, ale też przewidywalność kosztów i dostępność dla masowego odbiorcy.

  • Google walczy o status quo. Stawką jest dominacja w erze AI

    Google walczy o status quo. Stawką jest dominacja w erze AI

    Alphabet, właściciel Google, zapowiedział apelację od decyzji amerykańskiego sądu federalnego w sprawie domniemanych praktyk monopolistycznych w segmencie wyszukiwania i reklamy online. To kolejna odsłona trwającego od lat starcia z Departamentem Sprawiedliwości, który chce wymusić głębsze zmiany strukturalne w imperium Google – włącznie z potencjalną sprzedażą kluczowych aktywów reklamowych, takich jak Google Ad Manager.

    Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to kolejny „duży proces” w sektorze technologicznym, ale stawką jest nie tylko układ sił na rynku reklamy cyfrowej. W tle toczy się bowiem fundamentalna walka o to, kto będzie kontrolować dane i interfejsy użytkownika w erze sztucznej inteligencji.

    Departament Sprawiedliwości wskazuje, że dominacja Google w wyszukiwaniu – napędzana m.in. wielomiliardowymi umowami z Apple i producentami smartfonów – daje firmie nieproporcjonalną przewagę w rozwijaniu i wdrażaniu narzędzi AI, takich jak Gemini. Jeśli to właśnie Google ma nadal być domyślną bramą do internetu, to każdy system AI oparty na tych danych będzie siłą rzeczy „googlopodobny”.

    Sędzia Mehta nie przychylił się jednak w pełni do postulatów regulatorów, sugerując łagodniejsze środki naprawcze niż postulowane przez rząd 10-letnie ograniczenia. To z kolei nie satysfakcjonuje Departamentu Sprawiedliwości, który obawia się, że bez twardych działań rynek nie odzyska konkurencyjności.

    Dla Google to nie tylko kwestia reputacji czy kary finansowej – ale także długoterminowej kontroli nad kanałami dystrybucji AI. Firma już teraz rezygnuje z niektórych umów wyłączności, próbując przekonać sąd, że rynek się zmienia, a użytkownicy i producenci mają większą swobodę niż kiedykolwiek.

    Ale czy rzeczywiście mają? Skala przewagi infrastrukturalnej Google – od danych, przez urządzenia, po modele AI – sprawia, że nawet formalna konkurencja ma trudności, by realnie zagrozić dominacji wyszukiwarkowego giganta.

    Wniosek? Spór o monopol Google to nie tylko dogrywka z ery desktopu i mobilnego internetu. To bitwa o to, kto ustawi reguły gry w gospodarce danych i sztucznej inteligencji – i kto będzie miał prawo do bycia domyślnym głosem przyszłości.

  • Ugoda za pół miliarda: Google reorganizuje się po zarzutach o monopol

    Ugoda za pół miliarda: Google reorganizuje się po zarzutach o monopol

    Google zgodziło się przeznaczyć 500 mln dolarów na modernizację swojej struktury zgodności z przepisami – to efekt ugody kończącej spór z akcjonariuszami, którzy oskarżyli kierownictwo spółki o dopuszczenie do naruszeń prawa antymonopolowego. Choć firma z Mountain View nie przyznaje się do winy, nowe zobowiązania sugerują, że w Alphabet zachodzi głęboka zmiana kultury korporacyjnej.

    Na mocy ugody powstaną trzy nowe ciała nadzoru: niezależny komitet zarządu ds. ryzyka, komitet regulacyjny podległy bezpośrednio Sundarowi Pichaiowi oraz wewnętrzna rada ds. zgodności złożona z szefów zespołów produktowych. To rzadki przypadek, by pozew pochodny – wnoszony przez akcjonariuszy w imieniu spółki – skutkował tak głęboką restrukturyzacją systemu compliance.

    Choć sama kwota ugody rozłożona na 10 lat nie stanowi dużego obciążenia finansowego dla giganta, symbolicznie pokazuje ona rosnący koszt reputacyjny i regulacyjny dominacji rynkowej. Tym bardziej, że zmiany te ujawniono w dniu, w którym sąd federalny kończył przesłuchania w sprawie głównego procesu antymonopolowego przeciwko Google.

    Wniosek? Alphabet, który przez lata skutecznie odpierał zarzuty o monopol, teraz zmienia strategię: zamiast frontalnej obrony – prewencyjne umacnianie struktur zgodności. To sygnał dla całego sektora Big Tech: era „lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie” dobiegła końca. Compliance staje się kluczowym narzędziem zarządzania ryzykiem – także w Dolinie Krzemowej.

  • Google otwiera nowy rozdział w weryfikacji treści AI. Czy SynthID Detector stanie się standardem branżowym?

    Google otwiera nowy rozdział w weryfikacji treści AI. Czy SynthID Detector stanie się standardem branżowym?

    Google zaprezentowało SynthID Detector – nowy portal do wykrywania treści generowanych przez sztuczną inteligencję. To rozwinięcie wcześniejszej technologii znakowania obrazów AI, która teraz obejmuje również tekst, dźwięk i wideo. Nowe narzędzie analizuje, czy treści wygenerowane przez modele takie jak Gemini, Imagen, Lyria czy Veo zawierają niewidoczne znaki wodne SynthID.

    Google chwali się, że już ponad 10 miliardów elementów zostało oznaczonych tym systemem. W połączeniu z otwartoźródłową wersją mechanizmu dla tekstu i integracją z NVIDIA Cosmos, firma wyraźnie zmierza w kierunku ustanowienia własnego standardu oznaczania treści AI. Partnerstwo z GetReal Security ma dodatkowo zwiększyć rozpoznawalność i interoperacyjność SynthID na rynku.

    Nowością jest też udostępnienie portalu wybranej grupie użytkowników – dziennikarzom, naukowcom i specjalistom od mediów – co sugeruje, że Google chce najpierw przekonać liderów opinii i branżowych strażników etyki, zanim narzędzie trafi do masowego użytku.

    Wnioski? Google nie tyle reaguje na problem dezinformacji, co próbuje go zdefiniować na własnych warunkach. SynthID to nie tylko technologia – to również próba wywarcia wpływu na kształt przyszłych regulacji dotyczących AI. Przez otwartoźródłowe komponenty i partnerstwa ekosystemowe Google stawia się w roli dostawcy infrastruktury zaufania dla treści generowanych przez sztuczną inteligencję.

    Pytanie, czy rynek – i konkurencja – zaakceptują ten model, czy raczej poszukają bardziej niezależnych rozwiązań.

  • Android XR: Google szykuje inteligentne okulary na miarę epoki post-smartfonowej

    Android XR: Google szykuje inteligentne okulary na miarę epoki post-smartfonowej

    Na tegorocznym Google I/O firma z Mountain View postawiła mocny akcent na przyszłość rozszerzonej rzeczywistości. Android XR, czyli nowa platforma łącząca okulary, AI i cały ekosystem usług Google, ma ambicje zastąpić interakcje znane dziś ze smartfonów. Google nie tylko ujawniło więcej szczegółów technicznych, ale też wyraźnie zaznaczyło, że chce być liderem w nowej kategorii urządzeń do noszenia.

    Okulary Android XR będą stale połączone ze smartfonem, a ich największym atutem ma być natywna integracja z Gemini – sztuczną inteligencją Google. To oznacza dostęp do kontekstowych informacji w czasie rzeczywistym – z kalendarza, map, zdjęć, zadań czy tłumacza – bez użycia rąk czy ekranu. Działająca na bieżąco kamera, mikrofony i głośniki pozwolą Gemini nie tylko słuchać użytkownika, ale i widzieć, co robi.

    Strategicznie, Google zmienia zasady gry w segmencie XR. Współpraca z markami modowymi (Gentle Monster, Warby Parker) pokazuje, że firma wyciągnęła wnioski z porażki Google Glass – sprzęt ma być nie tylko funkcjonalny, ale też estetyczny. Kooperacja z Samsungiem i XREAL wzmacnia ambicję stworzenia otwartego, hardware’owo-software’owego ekosystemu – konkurencyjnego wobec planów Apple w obszarze Vision Pro i Meta w Meta Quest.

    Wprowadzenie Android XR SDK Developer Preview 2 i zapowiedź wersji deweloperskiej urządzenia XREAL pokazuje, że Google celuje dziś w twórców, a nie konsumentów. To posunięcie strategiczne: bez aplikacji nie będzie adopcji, a bez adopcji – rynku. Można więc mówić o budowaniu fundamentów.

    Jednak projekt Android XR wciąż stoi przed poważnymi wyzwaniami. Po pierwsze – prywatność. Użytkownicy mogą mieć opory przed urządzeniami, które widzą i słyszą otoczenie. Po drugie – ergonomia i bateria. Google deklaruje, że okulary mają być noszone cały dzień, ale na razie to obietnica bez danych.

    Wnioski? Android XR to najbardziej przekonująca wizja rozszerzonej rzeczywistości od Google od dekady. Widać, że firma uczy się na błędach, inwestuje w partnerstwa i stawia na AI jako główny interfejs przyszłości. Jeśli dostarczy wygodny, estetyczny i bezpieczny produkt, może realnie rozpocząć erę post-smartfonową.

  • Google odpowiada na OpenAI na I/O. Wysokopłatna subskrypcja AI i nowa wizja wyszukiwania

    Google odpowiada na OpenAI na I/O. Wysokopłatna subskrypcja AI i nowa wizja wyszukiwania

    Podczas tegorocznej konferencji I/O Google zademonstrowało nie tylko swój technologiczny optymizm, ale i strategiczną nerwowość. Firma ogłosiła wprowadzenie nowego, wysokopłatnego abonamentu AI Ultra Plan w cenie 249,99 USD miesięcznie oraz aktualizacje swojej wyszukiwarki zintegrowanej ze sztuczną inteligencją. Wszystko to w odpowiedzi na coraz silniejszą konkurencję ze strony OpenAI, Microsoftu i Anthropic, które zdołały w ciągu ostatnich dwóch lat przyciągnąć uwagę inwestorów, deweloperów i użytkowników.

    Google chce teraz zademonstrować, że nie tylko dogoniło liderów wyścigu AI, ale potrafi przekuć technologię w produkt premium. Plan Ultra obejmuje nie tylko dostęp do najmocniejszych modeli z rodziny Gemini, ale też eksperymentalne narzędzia (np. Project Mariner i Deep Think), 30 TB pamięci w chmurze oraz YouTube bez reklam. Pakiet przypomina oferty OpenAI Team i Anthropic Claude Pro — ale jego cena i segmentacja sugerują, że Google testuje gotowość rynku na narzędzia AI klasy enterprise.

    Pod powierzchnią technologicznych innowacji wyraźnie rysuje się jednak problem strategiczny: przyszłość wyszukiwarki. Google prezentuje nowy tryb „AI Overviews”, który przekształca klasyczne wyniki wyszukiwania w generowane przez modele odpowiedzi. Funkcja ta, obecnie wdrażana w USA, jest nie tylko odpowiedzią na rosnącą popularność czatbotów, ale też próbą przedefiniowania podstawowego produktu Google — wyszukiwarki, która nadal odpowiada za ponad 50% przychodów firmy.

    Ten ruch nie jest bez ryzyka. Według analityków, dominacja Google w wyszukiwaniu może spaść poniżej 50% w ciągu kilku lat — głównie z powodu zmiany zachowań użytkowników, którzy coraz częściej sięgają po asystentów AI zamiast wpisywać zapytania w tradycyjne okno wyszukiwarki. Potwierdzają to dane z procesu antymonopolowego z Apple, gdzie ujawniono, że sztuczna inteligencja po raz pierwszy zaczęła kanibalizować ruch w Safari.

    Dlatego też Alphabet intensyfikuje inwestycje — aż 75 mld USD wydatków kapitałowych w 2025 roku, głównie na rozwój AI. Celem jest stworzenie „uniwersalnego agenta AI”, który będzie proaktywnie działał w imieniu użytkownika — od rezerwacji biletów po planowanie dnia. To ambitna wizja, ale też kosztowna — zarówno finansowo, jak i operacyjnie.

    Nowością są również inteligentne okulary z Android XR, które wpisują się w trend tzw. spatial computing — przestrzennej interakcji z danymi. To ukłon w stronę kierunku obranego przez Metę i Apple, ale z naciskiem na tłumaczenie języka i rozpoznawanie otoczenia.

    Google próbuje przekształcić swój ekosystem AI z darmowego narzędzia w źródło przychodów klasy premium, rywalizując bezpośrednio z liderami branży. Jednocześnie redefiniuje swój podstawowy produkt — wyszukiwarkę — zanim zrobią to za nią użytkownicy. Strategia ta pokazuje, że era darmowych usług AI powoli się kończy, a pytanie brzmi nie czy, ale kto i za ile będzie gotów za nie zapłacić.

  • Google tnie kolejne etaty. Priorytetem staje się AI, a nie sprzedaż

    Google tnie kolejne etaty. Priorytetem staje się AI, a nie sprzedaż

    Google właśnie zredukowało około 200 stanowisk w swojej globalnej jednostce biznesowej odpowiedzialnej za sprzedaż i partnerstwa. To już kolejna runda zwolnień w firmie – miesiąc wcześniej cięcia dotknęły dział platform i urządzeń, obejmujący m.in. Androida i przeglądarkę Chrome.

    W tle tych decyzji widać wyraźną zmianę priorytetów największych firm technologicznych. Alphabet, Meta, Amazon, Microsoft i Apple nie tylko zmniejszają zatrudnienie w tradycyjnych obszarach działalności, ale też przekierowują zasoby na rozwój infrastruktury AI. Alphabet w 2023 roku zredukował 6% globalnej siły roboczej, by dziś skupiać się na inwestycjach w centra danych i uczenie maszynowe.

    Zwolnienia nie oznaczają spowolnienia — przeciwnie. Ruchy kadrowe wskazują, że Big Tech porządkuje struktury, aby szybciej adaptować się do AI-owego wyścigu. Meta zatrudnia specjalistów ML, Apple reorganizuje usługi cyfrowe, a Google ogranicza działy wspierające sprzedaż, by zwiększyć efektywność operacyjną.

    Wnioski? AI przestaje być tylko projektem badawczym – staje się fundamentem modeli biznesowych. Tradycyjne działy, jak sprzedaż czy marketing, tracą na znaczeniu, jeśli nie przynoszą natychmiastowej wartości w nowym, zautomatyzowanym ekosystemie. Dla pracowników i partnerów to wyraźny sygnał: era uniwersalnych ról w Big Techu się kończy.

  • Waymo stawia na Warszawę. Dlaczego Alphabet buduje tu swoje autonomiczne zaplecze?

    Waymo stawia na Warszawę. Dlaczego Alphabet buduje tu swoje autonomiczne zaplecze?

    Warszawa zyskuje kolejne technologiczne wzmocnienie – tym razem od Waymo, spółki z grupy Alphabet – właściciela Google – rozwijającej autonomiczne pojazdy. Firma ogłosiła rozbudowę lokalnego zespołu inżynieryjnego, który będzie pracował nad rozwojem Waymo Driver – technologii wykorzystywanej w bezzałogowych taksówkach Waymo One w USA.

    Nowe centrum mieści się w kompleksie The Warsaw HUB, który już dziś skupia największe w UE biuro inżynieryjne Google. To właśnie synergia z istniejącym zapleczem specjalistów od chmury i AI sprawia, że stolica Polski stała się dla Waymo naturalnym wyborem na mapie ekspansji – i jedynym takim miejscem w całej Unii Europejskiej.

    Zaangażowanie Waymo w Polsce pokazuje, jak mocno Alphabet dywersyfikuje swoje globalne talenty, jednocześnie zachowując kontrolę nad krytycznymi komponentami technologicznymi. Wybór Warszawy to nie tylko efekt dostępności specjalistów, ale też relatywnie niskiego ryzyka regulacyjnego – zwłaszcza w kontekście coraz bardziej restrykcyjnych polityk dotyczących AI i autonomii w Niemczech czy Francji.

    Dla polskiego rynku IT to jasny sygnał: coraz więcej globalnych firm przenosi tu nie tylko back office, ale i kluczowe prace rozwojowe. Warszawski zespół Waymo to nie oddział wspierający – to współtwórca przyszłości autonomicznej mobilności.

  • Apple testuje AI w Safari. Google może stracić więcej niż 20 miliardów rocznie

    Apple testuje AI w Safari. Google może stracić więcej niż 20 miliardów rocznie

    Apple szykuje fundamentalną zmianę w Safari: integrację wyszukiwania opartego na sztucznej inteligencji. To potencjalny przełom nie tylko technologiczny, ale i biznesowy — szczególnie dla Google, który płaci Apple około 20 miliardów dolarów rocznie, by być domyślną wyszukiwarką w przeglądarce iPhone’a. Po doniesieniach o planach Apple, akcje Alphabet spadły o ponad 7%, co przełożyło się na spadek wartości rynkowej o 150 miliardów dolarów.

    Wzrost popularności generatywnego AI, takich jak ChatGPT czy Perplexity, stopniowo przesuwa punkt ciężkości z klasycznego wyszukiwania do modeli dialogowych. Apple, które dotąd trzymało się z boku AI-wyścigu, może strategicznie zyskać na dywersyfikacji dostawców wyszukiwania. Jeśli Safari otworzy się na modele takie jak Perplexity lub OpenAI, użytkownicy iPhone’ów zyskają alternatywę dla Google — i to bez czekania na interwencję regulatorów.

    Google, choć nie zamierza oddać pola, już testuje własne AI-podsumowania i tryb AI w wyszukiwarce. Jednak jego dominacja (niemal 90% udziału w rynku) staje się coraz trudniejsza do obrony. Paradoksalnie, największym zagrożeniem dla Google nie są dziś organy antymonopolowe, lecz sami konsumenci — i Apple, które właśnie zaczyna rozbrajać dotychczasowy status quo.

    Czy uderzy w to model reklamowy Google? Jeśli Apple rzeczywiście udostępni inne wyszukiwarki w Safari, budżety reklamodawców mogą zacząć podążać za użytkownikami.

  • Monopol Google’a w reklamie: DOJ proponuje drastyczne środki zaradcze

    Monopol Google’a w reklamie: DOJ proponuje drastyczne środki zaradcze

    Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych (DOJ) zaproponował, aby Google, firma należąca do Alphabet, sprzedała swoje kluczowe technologie reklamowe – platformy AdX oraz DFP. Propozycja ta pojawiła się po wyroku sądu federalnego, który stwierdził, że Google bezprawnie zdominował dwa rynki technologii reklamowych, co miało negatywny wpływ na konkurencję. Zgodnie z decyzją sędziego, sprzedaż tych narzędzi może być konieczna, by przywrócić równowagę na rynku.

    AdX to jedna z głównych giełd reklamowych, na której wydawcy sprzedają swoją przestrzeń reklamową w czasie rzeczywistym. Z kolei platforma DFP jest używana do zarządzania i dostarczania tych reklam. Dominacja Google w tych obszarach umożliwiła firmie kontrolowanie ogromnej części rynku, co z kolei mogło zniechęcać konkurencję do inwestowania w alternatywne rozwiązania.

    Google, który już w 2023 roku zaproponował sprzedaż AdX w odpowiedzi na dochodzenie antymonopolowe w Unii Europejskiej, stawia jednak opór. Firma argumentuje, że proponowane przez DOJ środki są zbyt daleko idące i mogą zaszkodzić wydawcom i reklamodawcom. W ocenie Google, zmiany tego typu mogą prowadzić do destabilizacji całego rynku.

    Warto zauważyć, że choć Google zdaje się opóźniać działania, rosnąca presja regulacyjna, zarówno w USA, jak i w Europie, pokazuje, że dominacja giganta w obszarze reklamy cyfrowej jest już na celowniku władz antymonopolowych. Możliwość sprzedaży kluczowych zasobów Google mogłaby zatem zmienić krajobraz cyfrowych rynków reklamowych. Z perspektywy wydawców oznaczałoby to większą szansę na zróżnicowanie źródeł przychodów, ale również ryzyko związane z niepewnością regulacyjną i operacyjną.

    Decyzja sądu z pewnością otworzy nowy rozdział w walce o sprawiedliwość na rynku technologii reklamowych, ale jej wpływ na przyszłość Google i całej branży może być wielki.

  • Reklamy i AI ratują wyniki Alphabetu, właściela Google. Ale wyzwań nie brakuje

    Reklamy i AI ratują wyniki Alphabetu, właściela Google. Ale wyzwań nie brakuje

    Alphabet, właściciel Google, opublikował wyniki za pierwszy kwartał 2025 roku, które na pierwszy rzut oka uspokoiły rynek. Przychody z reklam wzrosły o 8,5% rok do roku, co przełożyło się na wzrost kursu akcji o około 3%. Wynik ten pojawił się na tle niepokojących sygnałów o ograniczaniu wydatków reklamowych przez największych klientów, takich jak Temu i Shein, oraz w kontekście ogólnych obaw o kondycję rynku reklamy cyfrowej w USA.

    Alphabet zaprezentował również dane o rosnącej popularności AI Overviews – funkcji generującej podsumowania wyników wyszukiwania. Według firmy, w ciągu roku z rozwiązania korzysta już 1,5 miliarda użytkowników miesięcznie. W tle tych informacji znalazł się też plan skupu akcji własnych o wartości 70 miliardów dolarów, który często interpretowany jest przez rynek jako próba poprawy nastrojów wśród inwestorów, zwłaszcza w sytuacji, gdy wzrost organiczny spowalnia.

    Jednocześnie Alphabet kontynuuje inwestycje w sztuczną inteligencję, podczas gdy Amazon i Microsoft zaczęli sygnalizować ostrożność i rewizję projektów związanych z infrastrukturą AI. Mimo lepszego kwartału, akcje Alphabetu od początku roku straciły około 16%, co stawia wynik firmy w szerszym, mniej optymistycznym kontekście.

     Sztuczna inteligencja na sztandarach, ale to nie jest odpowiedź na pytania

    Raport Alphabetu z pewnością daje inwestorom chwilę oddechu, ale nie rozwiązuje wszystkich problemów, które dręczą sektor technologiczny. Wzrost w reklamie – choć lepszy niż oczekiwano – może być bardziej odbiciem krótkoterminowej poprawy nastrojów niż trwałej zmiany trendu. Globalne napięcia handlowe, zmieniające się wzorce konsumpcji oraz rosnąca konkurencja ze strony nowych graczy, takich jak Perplexity czy OpenAI, pozostają realnym zagrożeniem dla tradycyjnego modelu biznesowego Google.

    AI Overviews, choć przedstawiane jako sukces, budzi pytania o przyszłość tradycyjnego wyszukiwania i przychodów reklamowych. Jeśli użytkownicy zaczną korzystać z podsumowań zamiast kliknięć w reklamy, może to na dłuższą metę zmienić dynamikę monetyzacji wyszukiwarki. Alphabet na razie nie przedstawił przekonujących danych na temat wpływu AI Overviews na przychody reklamowe, co sugeruje ostrożność, a nie pełną pewność sukcesu.

    Program skupu akcji to również miecz obosieczny: z jednej strony świadczy o sile bilansu, ale z drugiej może być interpretowany jako brak lepszych pomysłów na inwestowanie wolnych środków w rozwój podstawowego biznesu.

    Na tle rynku technologicznnego Alphabet nadal wydaje się być graczem defensywnym, bardziej broniącym swojej pozycji niż wyznaczającym nowe kierunki. Przy wycenie znacznie niższej niż Microsoft czy Meta, inwestorzy mogą postrzegać Alphabet jako niedowartościowaną okazję – ale równie dobrze może to być sygnał rosnącego sceptycyzmu co do przyszłych możliwości wzrostu firmy.

    Ostatecznie, pierwszy kwartał 2025 pokazał, że Alphabet wciąż potrafi dostarczać wyniki, ale nie rozwiał głębszych obaw o to, jak firma odnajdzie się w świecie, w którym sztuczna inteligencja redefiniuje zarówno produkty, jak i modele biznesowe.

  • 50 mld dolarów na stole – Czy Google straci swoją najcenniejszą bramę do internetu?

    50 mld dolarów na stole – Czy Google straci swoją najcenniejszą bramę do internetu?

    W trwającym procesie antymonopolowym przeciwko Google padają liczby, które elektryzują branżę technologiczną. Wartość przeglądarki Chrome – fundamentu dominacji Google w sieci – została oszacowana na co najmniej 50 miliardów dolarów przez Gabriela Weinberga, CEO DuckDuckGo. To szacunek ambitny, ale nie bez podstaw, jeśli spojrzeć na rynkowe realia: Chrome kontroluje około 66% globalnego rynku przeglądarek.

    Prawdziwa wartość Chrome pozostaje tajemnicą, a bardziej konserwatywne wyceny, jak ta opublikowana przez Bloomberg, mówią raczej o 20 miliardach dolarów. Jednak nawet ta niższa liczba pokazuje, jak ważnym aktywem jest Chrome w strukturze Google – nie tylko jako produkt użytkowy, ale jako kluczowy element napędzający reklamowy ekosystem firmy. Przeglądarka jest bramą do internetu dla miliardów użytkowników, a dzięki głębokiej integracji z wyszukiwarką i usługami reklamowymi Google, jej znaczenie strategiczne trudno przecenić.

    Chrome na sprzedaż? Scenariusz wciąż mało realny

    Chociaż samo Google nie zamierza wystawiać Chrome na sprzedaż, sąd może podjąć taką decyzję, jeśli uzna, że firma nadużyła swojej pozycji monopolistycznej. Taki przymus byłby wydarzeniem bez precedensu w branży technologicznej od czasów rozpadu AT&T w latach 80.

    W tle pojawiają się już potencjalni nabywcy. OpenAI – firma stojąca za ChatGPT – miałaby poważny interes w przejęciu przeglądarki, aby poszerzyć zasięg swojego modelu AI. Szczególnie teraz, gdy Google promuje własne modele Gemini poprzez Chrome, utrudniając ChatGPT bezpośredni dostęp do użytkowników. OpenAI mógłby wykorzystać przeglądarkę jako platformę dystrybucji swoich rozwiązań na jeszcze szerszą skalę.

    Wnioski: presja na Big Tech rośnie

    Niezależnie od ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy, proces pokazuje rosnącą determinację regulatorów, by ograniczać siłę największych graczy technologicznych. Google nie jest osamotniony – Meta również może zostać zmuszona do sprzedaży WhatsAppa i Instagrama.

    Presja polityczna i społeczna na Big Tech rośnie, szczególnie w USA. Choć historia pokazuje, że batalie antymonopolowe są długie i skomplikowane, samo ryzyko takiej decyzji podważa stabilność modeli biznesowych gigantów. Inwestorzy i konkurenci będą bacznie obserwować każdy krok – nie tylko dlatego, że stawka jest ogromna, ale dlatego, że precedens z USA może szybko znaleźć naśladowców w Europie czy Azji.

    W tej układance Chrome jawi się nie tylko jako produkt o wartości dziesiątek miliardów dolarów. To potencjalny kluczowy zasób, którego utrata mogłaby wymusić głęboką restrukturyzację jednej z najpotężniejszych firm świata.

  • Google odpuszcza twarde blokowanie ciasteczek. Co dalej z Privacy Sandbox?

    Google odpuszcza twarde blokowanie ciasteczek. Co dalej z Privacy Sandbox?

    Google ogłosiło, że nie będzie kontynuować planów automatycznego blokowania plików cookie stron trzecich w przeglądarce Chrome. Zamiast tego, użytkownicy nadal będą mogli samodzielnie decydować o ich włączeniu lub wyłączeniu w ustawieniach prywatności. Decyzja ta stanowi znaczące odejście od wcześniejszych założeń inicjatywy Privacy Sandbox, która miała na celu zastąpienie tradycyjnych metod śledzenia użytkowników bardziej prywatnymi rozwiązaniami.​

    Ewolucja podejścia do prywatności

    Od momentu zapowiedzi Privacy Sandbox w 2019 roku, Google dążyło do stworzenia alternatywnych technologii umożliwiających personalizację reklam bez konieczności korzystania z plików cookie stron trzecich. Jednakże, w obliczu rosnącej presji ze strony reklamodawców, deweloperów oraz organów regulacyjnych, firma zdecydowała się na bardziej ostrożne podejście, pozostawiając użytkownikom wybór w kwestii akceptacji tych plików cookie.​

    Nowe funkcje ochrony prywatności

    Mimo rezygnacji z planów eliminacji plików cookie stron trzecich, Google kontynuuje prace nad wzmocnieniem ochrony prywatności użytkowników. W trybie incognito Chrome domyślnie blokuje te pliki cookie, a dodatkowo firma planuje wprowadzenie funkcji ochrony adresu IP w trzecim kwartale 2025 roku. Celem jest utrudnienie śledzenia użytkowników na podstawie ich adresów IP, co stanowi kolejny krok w kierunku zwiększenia anonimowości przeglądania internetu.​

    Decyzja Google o utrzymaniu obecnego podejścia do plików cookie stron trzecich odzwierciedla złożoność równoważenia interesów użytkowników, reklamodawców i organów regulacyjnych. Z jednej strony, użytkownicy zyskują większą kontrolę nad swoją prywatnością, z drugiej zaś, brak jednoznacznych działań może budzić wątpliwości co do rzeczywistego zaangażowania firmy w ochronę danych osobowych.​

    Dla branży technologicznej i reklamowej oznacza to konieczność dalszego poszukiwania alternatywnych metod targetowania reklam, które będą zgodne z rosnącymi oczekiwaniami w zakresie prywatności. Wprowadzenie funkcji takich jak ochrona IP może stanowić krok w dobrym kierunku, jednak kluczowe będzie monitorowanie ich skuteczności oraz wpływu na doświadczenia użytkowników.​

    W kontekście globalnych zmian w przepisach dotyczących ochrony danych, decyzje takie jak ta podjęta przez Google będą miały istotny wpływ na kształtowanie przyszłości internetu i modelu biznesowego opartego na danych użytkowników.​

  • OpenAI rozważa przejęcie przeglądarki Chrome: co to oznacza dla rynku AI i Big Techu?​

    OpenAI rozważa przejęcie przeglądarki Chrome: co to oznacza dla rynku AI i Big Techu?​

    W trwającym postępowaniu antymonopolowym przeciwko Google, OpenAI zadeklarowało zainteresowanie przejęciem przeglądarki Chrome, jeśli sąd federalny nakaże jej sprzedaż. Nick Turley, szef produktu ChatGPT w OpenAI, podczas przesłuchania w sądzie w Waszyngtonie potwierdził, że firma byłaby zainteresowana takim ruchem, podobnie jak wiele innych podmiotów.

    Tło sprawy: Google pod presją

    Departament Sprawiedliwości USA (DOJ) oskarżył Google o nielegalne utrzymywanie monopolu na rynku wyszukiwarek internetowych. W sierpniu 2024 roku sędzia federalny Amit Mehta orzekł, że Google naruszyło przepisy antymonopolowe, wykorzystując swoją dominującą pozycję w wyszukiwaniu online i reklamie tekstowej.

    W ramach proponowanych środków zaradczych DOJ sugeruje m.in. przymusową sprzedaż przeglądarki Chrome, licencjonowanie danych wyszukiwania konkurentom oraz zakaz zawierania umów na wyłączność z producentami urządzeń.​

    Dlaczego OpenAI interesuje się Chrome?

    Dla OpenAI, właściciela ChatGPT, przejęcie Chrome mogłoby znacząco zwiększyć zasięg i integrację ich technologii AI. Turley podkreślił, że głębsza integracja ChatGPT z przeglądarką mogłaby zaoferować użytkownikom „naprawdę niesamowite doświadczenie” i pokazać, jak wygląda „pierwsze doświadczenie AI”.​

    Obecnie ChatGPT jest dostępny jako rozszerzenie w Chrome, ale brak pełnej integracji ogranicza możliwości dystrybucji. Pomimo tych ograniczeń, ChatGPT odnotowuje imponujący wzrost – w lutym 2025 roku liczba tygodniowych aktywnych użytkowników przekroczyła 400 milionów, a w kwietniu wzrosła do 800 milionów.

    Konkurencja i wyzwania

    OpenAI próbowało wcześniej nawiązać współpracę z Google w celu integracji technologii wyszukiwania z ChatGPT, jednak propozycja została odrzucona . Firma zawarła natomiast umowę z Apple na integrację ChatGPT z iPhonem, ale na rynku Androida napotyka trudności, m.in. z powodu dominującej pozycji Google i jego inwestycji w AI.​

    Potencjalne konsekwencje dla rynku

    Jeśli sąd nakaże Google sprzedaż Chrome, a OpenAI przejmie przeglądarkę, może to znacząco wpłynąć na rynek technologiczny:​

    • Dla użytkowników: może to oznaczać dostęp do bardziej zintegrowanych i zaawansowanych funkcji AI bezpośrednio w przeglądarce.​
    • Dla konkurencji: przejęcie Chrome przez OpenAI mogłoby zwiększyć konkurencję na rynku przeglądarek i wyszukiwarek, zmniejszając dominację Google.​
    • Dla Google: utrata Chrome mogłaby osłabić ekosystem firmy, który opiera się na integracji przeglądarki z innymi usługami, takimi jak wyszukiwarka czy reklamy.​

    Deklaracja OpenAI o zainteresowaniu przejęciem Chrome wskazuje na rosnące ambicje firmy w zakresie dystrybucji i integracji AI. Jeśli sąd zdecyduje o przymusowej sprzedaży przeglądarki, może to otworzyć nowy rozdział w historii internetu, gdzie AI odgrywa centralną rolę w doświadczeniu użytkownika. Dla rynku technologicznego oznacza to potencjalne przetasowania i konieczność adaptacji do nowych realiów, gdzie integracja AI staje się kluczowym czynnikiem konkurencyjności.​

    Decyzja sądu w tej sprawie spodziewana jest latem 2025 roku. Jej rezultat może mieć dalekosiężne konsekwencje dla całego ekosystemu technologicznego.​

  • Czy OpenAI zagarnie biznes wyszukiwarek dla siebie? W Europie ma już 41 mln użytkowników

    Czy OpenAI zagarnie biznes wyszukiwarek dla siebie? W Europie ma już 41 mln użytkowników

    W ciągu ostatnich sześciu miesięcy ChatGPT Search, funkcja wyszukiwania w ChatGPT, odnotowała w Europie imponujący wzrost liczby użytkowników. Zgodnie z raportem OpenAI Ireland Limited, średnia miesięczna liczba aktywnych użytkowników wzrosła z 11,2 miliona do 41,3 miliona, co oznacza niemal czterokrotny wzrost . Jeśli trend ten się utrzyma, ChatGPT Search może wkrótce przekroczyć próg 45 milionów użytkowników miesięcznie, co wiąże się z dodatkowymi obowiązkami wynikającymi z unijnej Ustawy o usługach cyfrowych (DSA).​

    ChatGPT Search a obowiązki wynikające z DSA

    DSA nakłada szczególne obowiązki na tzw. „bardzo duże platformy internetowe” (VLOP) oraz „bardzo duże wyszukiwarki internetowe” (VLOSE), czyli podmioty posiadające ponad 45 milionów aktywnych użytkowników miesięcznie w UE . Obowiązki te obejmują m.in. umożliwienie użytkownikom rezygnacji z systemów rekomendacji opartych na profilowaniu, udostępnianie określonych danych badaczom i władzom oraz przeprowadzanie zewnętrznych audytów . Naruszenie tych przepisów może skutkować grzywnami sięgającymi 6% globalnego obrotu firmy.

    Porównanie z Google: skala i dokładność

    Mimo dynamicznego wzrostu, ChatGPT Search nadal pozostaje daleko w tyle za Google pod względem liczby wyszukiwań. Według analiz, Google obsługuje około 373 razy więcej zapytań niż ChatGPT Search . Dodatkowo, badania wskazują na niższą dokładność odpowiedzi ChatGPT Search w porównaniu z tradycyjnymi wyszukiwarkami, zwłaszcza w kontekście cytowania źródeł i prezentowania aktualnych informacji .​

    Szybki wzrost liczby użytkowników ChatGPT Search w Europie świadczy o rosnącym zainteresowaniu użytkowników alternatywnymi metodami wyszukiwania informacji, opartymi na sztucznej inteligencji. Jednakże, aby utrzymać ten trend i sprostać nowym wyzwaniom regulacyjnym, OpenAI będzie musiało zainwestować w poprawę dokładności odpowiedzi, transparentność algorytmów oraz zgodność z przepisami DSA. Dla rynku wyszukiwarek oznacza to początek nowej ery, w której tradycyjne modele wyszukiwania będą musiały konkurować z bardziej konwersacyjnymi i kontekstowymi podejściami do prezentowania informacji.​

  • Rosja oskarża Google o ujawnienie danych żołnierzy

    Rosja oskarża Google o ujawnienie danych żołnierzy

    Moskiewski sąd uznał Alphabet, właściciela Google, za winnego ujawnienia danych osobowych rosyjskich żołnierzy poległych na Ukrainie — poinformowała agencja TASS, powołując się na dokumenty sądowe. Chodzi o materiały wideo opublikowane na YouTube, w których miały się znaleźć szczegóły strat armii rosyjskiej oraz dane osobowe poległych. W świetle rosyjskiego prawa to poważne naruszenie, szczególnie biorąc pod uwagę obowiązujące od 2022 roku przepisy ograniczające relacjonowanie działań wojennych.

    Sprawa ta jest częścią szerszej strategii Rosji wobec zachodnich platform technologicznych. Od lat tamtejsze władze żądają usuwania treści uznawanych za „fałszerstwa” wojenne, systematycznie nakładając grzywny za nieprzestrzeganie lokalnych regulacji. W wielu przypadkach, choć kary są symboliczne w skali przychodów globalnych gigantów, to ich ciągłość i presja administracyjna tworzą realne ryzyko operacyjne dla firm takich jak Google, Meta czy Apple.

    W tle konfliktu toczy się walka o kontrolę nad informacją. Rosyjski rząd od dawna zarzuca amerykańskim platformom wykorzystywanie swojej pozycji do realizacji celów politycznych Zachodu. W grudniu ubiegłego roku prezydent Władimir Putin oskarżył Google o bycie narzędziem administracji USA pod przewodnictwem Joe Bidena, wskazując wyraźnie na polityczny charakter sporów.

    W praktyce Alphabet, podobnie jak inne firmy technologiczne, znalazł się w kleszczach geopolitycznych napięć. Z jednej strony musi respektować lokalne prawo w krajach, w których działa, z drugiej — mierzy się z własnymi zasadami dotyczącymi wolności wypowiedzi i ochrony użytkowników. W Rosji sytuacja jest dodatkowo skomplikowana ze względu na rosnący nacisk na lokalizację danych, blokowanie niektórych usług oraz regulacje wymuszające sprzedaż aktywów lub wycofanie się z rynku.

    Na poziomie operacyjnym Alphabet coraz bardziej ogranicza swoją obecność w Rosji, głównie do podstawowych funkcji i minimalnych operacji. Jednak wyroki takie jak ten z Moskwy są ostrzeżeniem dla całego sektora technologicznego: rosnąca liczba państw będzie coraz śmielej wykorzystywać regulacje ochrony danych i bezpieczeństwa narodowego do politycznej kontroli nad przestrzenią informacyjną.

    W perspektywie długoterminowej podobne incydenty mogą skłonić globalne firmy technologiczne do bardziej agresywnego rozdzielania działalności — osobnych standardów operacyjnych dla demokratycznych i autokratycznych rynków. Coraz wyraźniejszy staje się też podział świata technologii na strefy wpływów, co w przyszłości może utrudniać utrzymanie jednolitego internetu i globalnej dostępności usług cyfrowych.

  • Kolejny cios w Google – amerykański sąd potwierdza nielegalny monopol na rynku reklamy online

    Kolejny cios w Google – amerykański sąd potwierdza nielegalny monopol na rynku reklamy online

    Alphabet, właściciel Google, znalazł się pod jeszcze większą presją po tym, jak federalny sąd w Wirginii orzekł, że firma nielegalnie utrzymuje monopol na dwóch kluczowych rynkach technologii reklamowej – serwerach reklamowych wydawców i giełdach reklamowych – podaje Reuters. Wyrok ten otwiera drogę do potencjalnego rozbicia części operacji reklamowych Google, co może radykalnie przekształcić dynamikę cyfrowego rynku reklamy.

    Decyzja sędzi Leonie Brinkema to drugi w ostatnim czasie przypadek, gdy sąd federalny uznaje Google za podmiot nadużywający swojej dominującej pozycji – po wcześniejszym orzeczeniu dotyczącym rynku wyszukiwarek. W obydwu sprawach centralnym zarzutem było budowanie i utrzymywanie przewagi rynkowej kosztem konkurencji i otwartego dostępu do rynku.

    Strategiczne konsekwencje

    Orzeczenie ma nie tylko wymiar symboliczny, ale także otwiera amerykańskiemu Departamentowi Sprawiedliwości drogę do żądania twardych środków naprawczych – włącznie ze sprzedażą części aktywów Google, takich jak Google Ad Manager. To sygnał, że amerykańskie sądy stają się coraz bardziej otwarte na stosowanie „agresywnych środków strukturalnych” w walce z dominacją największych firm technologicznych.

    Zmieniająca się narracja wokół Big Tech

    Jeszcze kilka lat temu pomysł przymusowego podziału największych firm technologicznych wydawał się mało realistyczny. Dziś jednak rośnie dwupartyjne poparcie dla twardych działań antymonopolowych, zarówno wśród demokratów, jak i republikanów, co sugeruje trwałą zmianę w podejściu do regulowania cyfrowej gospodarki.

    Warto zauważyć, że sędzia Brinkema w swoim orzeczeniu skupiła się nie tylko na przejęciach, ale także na politykach Google, które zmuszały wydawców do korzystania z jego technologii w sposób ograniczający konkurencję. To kluczowe, bo wskazuje na szeroką definicję zachowań monopolistycznych – obejmującą nie tylko struktury własnościowe, ale też sposób prowadzenia działalności na codziennym poziomie operacyjnym.

    Co dalej na rynku reklamy cyfrowej?

    Jeżeli sądy rzeczywiście zmuszą Google do sprzedaży kluczowych aktywów reklamowych, może to oznaczać powrót do bardziej otwartego i konkurencyjnego rynku reklamy internetowej. W krótkim okresie mogłoby to jednak przynieść także okres niepewności – dla wydawców, reklamodawców oraz samych użytkowników Internetu.

  • Brytyjski pozew zbiorowy oskarża Google o nadużywanie pozycji na rynku wyszukiwania

    Brytyjski pozew zbiorowy oskarża Google o nadużywanie pozycji na rynku wyszukiwania

    Wielka Brytania staje się kolejnym polem bitwy dla technologicznego giganta Google, który musi zmierzyć się z zarzutami o monopolistyczne praktyki. Pozew zbiorowy, opiewający na kwotę 5 miliardów funtów, rzuca nowe światło na dominującą pozycję firmy na rynku wyszukiwania online i jej wpływ na ekosystem reklamowy.

    Zarzuty o nadużywanie dominacji

    Or Brook, ekspert ds. prawa konkurencji, reprezentujący tysiące brytyjskich firm, twierdzi, że Google wykorzystuje swoją dominującą pozycję, aby narzucać wyższe ceny za reklamy w wynikach wyszukiwania. Pozew wskazuje na umowy z producentami telefonów, które wymuszają preinstalację wyszukiwarki Google i przeglądarki Chrome na urządzeniach z systemem Android. Podkreśla również lukratywne porozumienie z Apple, dzięki któremu Google stał się domyślną wyszukiwarką na iPhone’ach.

    Argumenty przedsiębiorców i regulatorów

    Brytyjski Urząd ds. Konkurencji i Rynków (CMA) już w styczniu wszczął dochodzenie w sprawie praktyk Google w zakresie wyszukiwania. Regulatorzy na całym świecie, jak podkreśla Brook, uznają Google za monopolistę, a widoczność w wynikach wyszukiwania jest kluczowa dla firm. Przedsiębiorcy twierdzą, że są zmuszeni korzystać z reklam Google, aby dotrzeć do klientów, co pozwala gigantowi na zawyżanie cen.

    Reakcja Google i potencjalne konsekwencje

    Google odpiera zarzuty, określając pozew jako „spekulacyjny i oportunistyczny”. Firma argumentuje, że konsumenci i reklamodawcy wybierają Google ze względu na jego użyteczność, a nie brak alternatyw. Jednak rosnąca presja ze strony organów regulacyjnych i przedsiębiorców może zmusić Google do zmiany swoich praktyk biznesowych.

  • SEO poisoning, czyli dlaczego firma jest na czarnej liście Google

    SEO poisoning, czyli dlaczego firma jest na czarnej liście Google

    SEO poisoning – brzmi jak termin z marketingowego żargonu, ale jego skutki mogą być równie bolesne, jak klasyczne cyberataki. Coraz częściej to nie włamanie do serwera czy socjotechnika, ale manipulacja wynikami wyszukiwania staje się jednym z głównych narzędzi cyberprzestępców. Stawką jest nie tylko reputacja firmy, ale i pieniądze klientów.

    Zaufanie jako słaby punkt

    Zachowania użytkowników w internecie od lat kształtują się wokół jednego założenia: „jeśli coś znajduje się wysoko w Google, to znaczy, że jest wiarygodne”. Cyberprzestępcy doskonale o tym wiedzą. Dlatego rozwijają techniki, które pozwalają ich własnym, złośliwym stronom przejąć miejsce legalnych witryn w wynikach wyszukiwania. To zjawisko, określane jako SEO poisoning, przybiera na sile – zarówno pod względem skali, jak i wyrafinowania.

    Fałszywe sklepy, spreparowane oferty lokalnych usług, zmanipulowane reklamy – to tylko kilka form, w jakich objawia się zatruwanie SEO. Wspólnym mianownikiem jest próba przejęcia ruchu zaufanych źródeł i przekierowania go do witryn, które wyłudzają dane, infekują urządzenia lub zwyczajnie oszukują użytkownika.

    Zagrożenie, które działa po cichu

    W przeciwieństwie do klasycznych cyberataków, zatruwanie SEO często nie zostawia widocznych śladów. Może dziać się przez tygodnie lub miesiące, zanim firma zorientuje się, że traci klientów na rzecz fałszywej wersji swojej strony – lub że jej witryna została zainfekowana i spadła w rankingach Google.

    Problem ten szczególnie dotyka małe i średnie firmy, które nie mają rozbudowanych działów IT i często nie są świadome, że mogą paść ofiarą takiego ataku. Dodatkowo, jeśli to ich własna witryna zostanie zainfekowana, mogą znaleźć się na czarnej liście Google, co praktycznie eliminuje ich z cyfrowej przestrzeni.

    Jak działa SEO poisoning?

    Zatrucie SEO to nie pojedyncza technika, lecz cały arsenał metod. Do najczęstszych należą:

    • Keyword stuffing – nasycanie stron popularnymi frazami wyszukiwanymi przez użytkowników, aby podnieść ich pozycję w Google.
    • Przejmowanie zaufanych witryn – wstrzykiwanie złośliwego kodu do stron instytucji publicznych czy uczelni.
    • Malvertising – płatne reklamy podszywające się pod legalne marki, prowadzące do stron phishingowych.
    • Typosquatting – rejestrowanie domen z literówkami (np. amaz0n.com), które łudząco przypominają oryginalne adresy.
    • Fake listings – fałszywe wizytówki firm w Mapach Google.
    • Link farms i botnety – sztuczne zwiększanie ruchu i liczby odnośników, by manipulować algorytmem.

    Wszystkie te działania mają jeden cel: przekonać algorytmy wyszukiwarek, że złośliwe treści są istotne i godne zaufania.

    Jak się bronić?

    Rekomendacje ekspertów są proste, ale wymagają systematyczności:

    • Zabezpiecz swoją stronę – stosuj aktualizacje, certyfikaty SSL, Web Application Firewall i polityki bezpieczeństwa treści (CSP).
    • Monitoruj wyniki i ruch – korzystaj z Google Search Console, alertów bezpieczeństwa i analityki ruchu.
    • Edukuj zespół – nie tylko IT, ale i marketing, sprzedaż czy obsługę klienta.
    • Stosuj ochronę w czasie rzeczywistym – nowoczesne pakiety AV z modułami web protection są dziś nieodzowne.

    „Nowoczesne systemy antywirusowe oferują zaawansowaną ochronę przed atakami malware, ransomware, oszustwami phishingowymi i niebezpiecznymi reklamami. Będąc o krok przed cyberprzestępcami, możesz chronić zarówno swoją firmę, jak i klientów przed zostaniem ofiarą ataku SEO Poisoning”mówi Krzysztof Budziński z firmy Marken Systemy Antywirusowe, polskiego dystrybutora oprogramowania Bitdefender.

    Czy SEO poisoning stanie się kolejnym punktem kontrolnym w audytach bezpieczeństwa? Wszystko na to wskazuje. W dobie, gdy pierwszym miejscem kontaktu klienta z marką jest wyszukiwarka, jej zaufanie – i to, co na jej pierwszej stronie – staje się zasobem, o który trzeba walczyć równie mocno jak o dane w chmurze.