Tag: Ekonomia

  • Pandemia i Polski Ład napędzają GIGekonomię w Polsce

    Pandemia i Polski Ład napędzają GIGekonomię w Polsce

    W 2025 roku GIGerzy stanowić będą 15 proc. pracowników w skali całego globu i 20 proc. w Polsce. Są jednak i takie kraje, w których już wkrótce GIGerem stanie się niemalże co drugi pracownik. Kim są GIGerzy? Czego oczekują? I… jak wpłynie na nich Polski Ład? Na te pytania odpowiada najnowszy raport EY & GIGLIKE: GIG on. Nowy Ład na rynku pracy.

    GIG – trzy litery, za którymi kryje się zmiana

    GIGekonomia to system pracy, który wyróżniają elastyczne formy zatrudnienia, ale też elastyczność w zakresie sposobu jej wykonywania. GIGerami są więc z jednej strony osoby pracujące tymczasowo, z drugiej – osoby posiadające specjalistyczne umiejętności, np. konsultanci, specjaliści, profesjonaliści, samozatrudnieni i niezależni kontraktorzy.
    EY, światowy lider rynku usług profesjonalnych obejmujących usługi audytorskie, consulting, doradztwo podatkowe i transakcyjne oraz GIGLIKE, platforma biznesowa wspierająca firmy w efektywnej współpracy z niezależnymi talentami (w modelu B2B)  zapewniająca dopasowaną ofertę benefitów, narzędzi i usług biznesowych dla GIGerów, przyjrzały się nowemu zjawisku. Efektem wspólnych działań jest raport: „GIG on. Nowy Ład na rynku pracy” opisujący wzrost znaczenia GIGekonomii.

    – Jeśli spojrzeć na wskaźniki demograficzne i dane z rynku pracy jedno jest pewne – nie jest to przejściowa moda. Ponieważ niedobór i niedopasowanie talentów osiągnęły już znaczną skalę w wielu branżach, wyzwaniem dla pracodawców będzie budowanie modeli biznesowych i modeli pracy umożliwiających elastyczne i mniej tradycyjne formy zatrudniania dla niezależnych ekspertów. Potwierdza to badanie EY 2021 Work Reimagined. W ankiecie wśród pracowników, na którą odpowiedziało ponad 16 000 respondentów, 9 na 10 osób chce elastyczności miejsca i czasu pracy, a 54% pracowników prawdopodobnie odejdzie jeśli nie zaoferuje się im elastyczności, jakiej oczekująmówi Artur Miernik, Partner EY Polska, Lider Praktyki Workforce Advisory w ramach People Advisory Services.

    – Możliwość pracy zdalnej czy upowszechnienie pracy projektowej sprawiły, że pojawiły się nowe możliwości. Jedną z nich jest GIGekonomia. GIGerzy obecni są na rynku niemalże od zawsze, nigdy nie byli jednak aż tak widoczni. Warto dodać, że to właśnie nowoczesne technologie ułatwiają zatrudnianie GIGerów i współpracę ze specjalistami, którzy oczekują coraz większej elastyczności ze strony pracodawcypodkreśla Tomasz Miłosz, Founder & CEO GIGLIKE.

    Portret GIGera

    W oczach Millenialsów i wchodzącej na rynek pracy generacji Z, poczucie niezależności, decyzyjności oraz potrzeba szybkiego zdobywania różnorodnych doświadczeń to jedne z najbardziej istotnych czynników w czasie szukania pracy.

    Aż 42% obecnych pracowników z pokolenia Y to freelancerzy, a więc potencjalni GIGerzy. Z kolei przedstawiciele pokolenia Z, którzy w 2030 roku będą stanowić aż 1/5 rynku pracy, będą chcieli działać w sposób jeszcze bardziej niezależny, w myśl zasady connect, communicate, change (dołącz, wymieniaj informacje, zmień). Obie wyżej wymienione grupy stanowią bazę GIGekonomii.

    – Również w Polsce społeczność GIGerów tworzą przede wszystkim Millenialsi. Nie zniechęca ich ilość i złożoność obowiązków nakładana na podmioty prowadzące działalność gospodarczą, ani brak jasnych uregulowań prawnych dotyczących GIGekonomii w przepisach prawa. Osobną grupą są natomiast osoby w wieku 40 plus, doświadczeni eksperci szukający nowych i bardziej opłacalnych form współpracy. Spodziewamy się, że w ciągu pięciu najbliższych lat podwoi się liczba GIGersów na polskim rynku pracy z obecnego 10% do 20%mówi Eliza Skotnicka, Senior Manager w Zespole People Advisory Services w Dziale Doradztwa Podatkowego EY Polska.

    Wśród GIGerów znajdziemy najczęściej pracowników branży kreatywnej: grafików, montażystów, fotografów, copywriterów czy tłumaczy, ale też specjalistów IT i marketingu. Przedstawiciele tych zawodów od zawsze preferowali elastyczne formy zatrudnienia, zmiany które dokonały się ostatnim czasie ułatwiają i upowszechniają to zjawisko.

    – Znakomita większość przedsiębiorców przygląda się z zainteresowaniem zmianom na rynku pracy i stopniowo zmienia własne modele biznesowe, uwalniając przestrzeń dla GIGerów. Przedsiębiorcy nie podchodzą do GIG-zjawisk bezkrytycznie czy bezrefleksyjnie, więcej, starają się zrozumieć bariery zmian i ich ewentualne negatywne implikacje. Szefowie kadr, prezesi i właściciele, dobrze rozumiejąc potencjał GIGekonomii, starają się racjonalizować ten trend i wprowadzać go u siebie w życie stopniowo. Sięgają oni do GIGerów, jako remedium na rosnącą rotację pracowniczą i niedobór siły roboczej do wykonywania bieżących działań. Sięgając po ten model funkcjonowania, przedsiębiorcy i menedżerowie chcą mieć pewność bezpieczeństwa i zgodności z prawem z wielu dziedzin: pracy, ubezpieczeń społecznych, podatków czy ochrony własności intelektualnej mówi Marek Jarocki, Partner EY Polska, Lider zespołu People Advisory Services. 

    Rzut oka na perspektywę zza Oceanu

    Już teraz GIGerzy stanowią ponad 35% pracowników w Stanach Zjednoczonych. Jak wynika z raportu Morgan Stanley, do 2027 roku odsetek ten zwiększy się aż o 15 punktów procentowych. W efekcie co drugi amerykański pracownik będzie GIGerem.

    Eksperci zwracają jednak uwagę, że GIGekonomia przynosi korzyści wyłącznie wtedy, gdy jest wynikiem dobrowolnej decyzji pracownika. Kolejnym problemem mogą się okazać przepisy – a raczej ich brak – co pokazuje choćby sytuacja w Stanach Zjednoczonych. W USA trwają jednak prace nad tym, aby GIGer, tak jak każdy inny pracownik, mógł mieć zagwarantowany dostęp na przykład do opieki zdrowotnej czy świadczeń społecznych.

    – Życzyłbym sobie i przede wszystkim GIGerom, żeby wybór tej ścieżki zawodowej był świadomy i dobrowolny. Niestety, nie zawsze tak jest. Wystarczy spojrzeć na przykład z rodzimego podwórka. „Jednoosobowe firmy” ratowników medycznych, którzy właśnie rozpoczęli swój protest, to doskonały przykład patologii, nad którymi zbyt łatwo przechodzimy do porządku dziennego. Mam nadzieję, że dyskusja wokół GIGekonomii i GIGerów pomoże nam w tym, aby chronić wszystkie potencjalnie narażone grupy pracownikówdodaje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

    GIGekonomię już dziś wspierają trendy, takie jak ekonomia współdzielenia czy platformizacja z nastawieniem na modele subskrypcyjne – co potwierdzają globalne sukcesy firm, takich jak Uber czy Netflix.

    – Powstają nowe platformy, które proponują specyficzne rozwiązania dla GIGekonomii i uczestników tego procesu. Mowa o platformach biznesowych pozwalających mitygować ryzyko prawno-podatkowe związane ze współpracą z GIGerami i oferujące modele subskrypcyjne odpowiadające na potrzeby GIGerów. Dzięki takim rozwiązaniom możliwe jest zaoferowanie w jednym miejscu wszelkich benefitów oraz narzędzi i usług biznesowych – wskazuje Tomasz Miłosz.

    Kiedy to się opłaca?

    Trend GIGekonomii zyskuje na popularności także w Polsce. Działający na tzw. „samozatrudnieniu” GIGer może dziś skorzystać z szeregu korzyści, jakie oferuje jednoosobowa działalność gospodarcza, w tym m.in. liniowego podatku PIT czy preferencyjnych składek ZUS w początkowym okresie działalności.

    – Pandemia COVID-19 przyspieszyła proces transformacji rynku pracy o około 5-10 lat. Jednym z najbardziej widocznych efektów jest upowszechnienie elastycznego modelu pracy. Menedżerowie w firmach zorientowali się, że mogą mieć zdecydowanie większy dostęp do talentów bez ograniczeń lokalizacyjnych, co zwiększa ich możliwości zatrudniania ekspertów w danej dziedzinie. Nowoczesne technologie ułatwiają zatrudnianie GIGerów i współpracę ze specjalistami, którzy oczekują coraz większej elastyczności ze strony pracodawcymówi Eliza Skotnicka.

    Istotnym czynnikiem, który wpłynie na popularyzację GIGekonomii może okazać się… Polski Ład. Według szacunków może on bowiem spowodować wzrost rocznego obciążenia spółek zatrudniających specjalistów średnio o 4-10%, za sprawą większych kosztów zatrudnienia spowodowanych presją płacową.

    – Spodziewam się, że efektem nowych rozwiązań będzie upowszechnienie usług opartych o elastyczny model zatrudnienia i rozwój GIGekonomiidodaje ekspertka.

    Na korzyść nowego systemu pracy przemawiać będą zmiany w przepisach podatkowych dla jednoosobowych działalności gospodarczych, takie jak niższy ryczałt PIT (podatek od przychodu) dla branży IT na poziomie 12% lub 14% dla osób wykonujących zawody medyczne, podmiotów świadczących usługi architektoniczne i inżynierskie, usługi badań i analiz technicznych oraz w zakresie specjalistycznego projektowania.

    Z obniżeniem dochodu netto dla większości będzie się jednak wiązać likwidacja zryczałtowanej składki zdrowotnej oraz możliwości jej odliczenia od PIT. W zależności od dochodu straty z tego tytułu mogą wynieść od kilkudziesięciu do nawet kilkunastu tysięcy złotych.

    Trend rozwoju GIGekonomii przyczyni się natomiast do coraz mniejszego strachu przed odejściem z zatrudnienia na podstawie tradycyjnej umowy o pracę, zaś ryzyko niestabilnego dochodu w dużym stopniu kompensowane będzie możliwością współpracy z wieloma podmiotami jednocześnie.

    – Uczniowie szkół średnich powinni zastanowić się, w jaki sposób powinni rozwijać swoje umiejętności zawodowe, tak aby byli przygotowani na ten zmieniający się model zatrudnienia. Następne pokolenie musi zrozumieć, że nadchodzi automatyzacja. Musisz stale zadawać sobie pytania: co robisz, czego nie da się zautomatyzować lub czego ktoś inny nie zrobi lepiej od Ciebie? Zastanów się, co naprawdę lubisz, a także, w czym jesteś naprawdę dobry doradza Jowita Michalska, CEO Digital University.

    GIG is on

    Do GIGekonomii przekonuje się coraz więcej firm w skali świata. Już jedna na trzy organizacje zrezygnowała z pracowników etatowych na rzecz niezależnych talentów. Ten nowoczesny model współpracy jest coraz szybciej i szerzej adaptowany przede wszystkim w firmach technologicznych i obejmuje coraz większą część społeczeństwa, stanowiąc o przyszłości rynku pracy.

  • Badanie nastrojów ekonomicznych: Polacy niezmiennie najbardziej boją się rosnących cen

    Rosnąca inflacja, wzrost cen produktów w sklepach oraz podwyżki opłat za energię elektryczną to trzy kwestie, które obecnie budzą największy niepokój ekonomiczny w społeczeństwie. Obawia się ich prawie połowa badanych. Wysoko w rankingu są również lęki przed coraz wyższymi podatkami, a także drożejącymi paliwami. Natomiast najmniejsze obawy wzbudza możliwość spadku wartości własnej nieruchomości, wzrostu raty kredytu hipotecznego czy ograniczenia świadczeń socjalnych typu 500 plus. Trzy najczęstsze obawy dotykają głównie rodaków w wieku 50-80 lat. Eksperci przewidują, że właśnie oni mogą w największym stopniu odczuć tego typu problemy.

    Z sondażu opinii publicznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla portalu Business Insider, wynika, czego obecnie najbardziej obawiają się Polacy z perspektywy osobistej sytuacji ekonomicznej. Ankietowani mogli wskazać maksymalnie trzy odpowiedzi. Zgodnie z ich deklaracjami, największy niepokój budzi rosnąca inflacja (46,2%), wzrost cen w sklepach (45,2%) oraz perspektywa podniesienia opłat za energię elektryczną (45,1%).

    – Doświadczamy obecnie największego od blisko 10 lat wzrostu cen. Drożeją produkty spożywcze i usługi, z których na co dzień korzystamy. Inflacja ma charakter powszechny i dotyczy każdego bez wyjątku. Dlatego właśnie budzi największe obawy wśród Polakówkomentuje Michał Pajdak z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

    Jak zauważają autorzy badania, w ostatnich miesiącach lęk przed wzrostem cen w sklepach jest stale wskazywany przez rodaków w innych badaniach. Zdaniem analityków, do końca roku produkty wciąż będą drożały. Średni roczny wzrost we wszystkich kategoriach może wynieść nawet 8-10%.

    – Obawa przed wzrostem ceny energii elektrycznej to dość świeży problem. Oczywiście prąd już wcześniej drożał, ale nie aż tak szybko, jak teraz jest to zapowiadane. Spółki energetyczne starają się u regulatora o wprowadzenie wyższych cen. Mówiąc wprost, o ile nic się nie zmieni, przyszły rok ma być pod tym względem rekordowy. Polacy to słyszą i słusznie boją się, bo przecież każdy na co dzień korzysta z prądumówi Krzysztof Zych z UCE RESEARCH.    

    W dalszej kolejności Polacy obawiają się podwyżki podatków (32,7%) i wzrostu cen paliw (21%). Jak stwierdza ekspert z WSB, większość osób wie, że rząd nie posiada własnych funduszy, tylko dysponuje środkami zebranymi od podatników. Realizacja budżetu państwa, spełnienie obietnic wyborczych i redystrybucja pieniądza wymaga podnoszenia różnego typu danin. I gdy przeciętny Kowalski obserwuje, że setki miliardów złotych są wpompowywane w gospodarkę, to naturalnie obawia się, że będzie musiał płacić wyższe podatki.

    – Cześć społeczeństwa zdaje sobie też sprawę z tego, że jeżeli zdrożeją paliwa, to wszystko inne pójdzie w górę. I to jest słuszne myślenie, bo ceny tego typu towarów są jednym z głównych stymulatorów wzrostu cen, nie tylko w Polsce, ale też na świeciedodaje ekspert z UCE RESEARCH.

    Z badania również wynika, że rodacy najmniej niepokoją się ewentualnym spadkiem wartości własnej nieruchomości (2,5%), wzrostem raty kredytu hipotecznego (3,2%) i ograniczeniami takich świadczeń socjalnych, jak np. 500 plus (8,7%). Jak wyjaśnia Michał Pajdak, inwestycja w nieruchomości to wciąż pewna ochrona kapitału przed spadkiem wartości wynikającym z inflacji. Wzrost cen metra kwadratowego w ostatnich miesiącach tylko potwierdza tę regułę. Dlatego właściciele domów, mieszkań czy lokali użytkowych wykazują duży spokój.

    – W mojej ocenie, obawy przed wzrostem rat kredytów hipotecznych są niedoszacowane. Coraz wyższa inflacja powoduje, że rośnie prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych. Bankom oczywiście to przyniesie dodatkowe zyski, ale klientom – wyższe raty, co w wielu gospodarstwach domowych może spowodować nie lada kłopot. Dlatego też uważam, że akurat ta pozycja w przyszłych tego typu rankingach może pójść w góręprzewiduje Zych.

    Ponadto badanie wykazało, że najbardziej boją się wzrostu inflacji osoby dobrze wykształcone, w wieku 56-80 lat (52,7%), zarabiające ponad 9 tys. zł na rękę (51,7%) lub 3-5 tys. zł (50,4%). Są to głównie mieszkańcy woj. wielkopolskiego, pomorskiego i podkarpackiego, w tym miast liczących co najmniej 200 tys. ludności.

    – Osoby starsze i mniej konkurencyjne na rynku pracy najbardziej odczują inflację. Wiele z nich w przeszłości doświadczyło jej na własnej skórze. I dla większości było to trudne, bo wiązało się z licznymi wyrzeczeniami i długim powrotem do normalności. Dla osób, które posiadają większą gotówkę, to z kolei czas nerwowych decyzji, ukierunkowanych na zabezpieczenie posiadanego majątku zwraca uwagę ekspert z WSB.

    Wzrostu cen w sklepach najczęściej obawiają się osoby w wieku 56-80 lat, z wykształceniem zawodowym (52%) i średnim (48,7%). Mieszkają one głównie na wsiach i w miejscowościach liczących do 5 tys. mieszkańców (51,7%), w woj. warmińsko-mazurskim, lubelskim i zachodniopomorskim. Zarabiają średnio 1-3 tys. zł (49,9%) lub poniżej 1 tys. zł (49,2%) na rękę.

    – Osobom najstarszym zawsze było najtrudniej związać koniec z końcem, a wydatki np. na żywność są w budżetach domowych priorytetem. Wzrost cen oznacza, że seniorzy zwyczajnie włożą do koszyka mniej produktówprzewiduje Krzysztof Zych.

    Wyższych opłat za energię również najbardziej boją się osoby w wieku 56-80 lat (60,4%). Przeważnie mają one dochody na poziomie 1-3 tys. zł na rękę oraz wykształcenie podstawowe lub gimnazjalne (55%) bądź zasadnicze (51%). Głównie zamieszkują woj. kujawsko-pomorskie, zachodniopomorskie albo wielkopolskie, w tym miejscowości liczące maksymalnie 19 tys. ludności.

    – Podobnie, jak w przypadku rosnących cen w sklepach, wyższych rachunków za prąd najbardziej obawiają się seniorzy. Są to też osoby o dość ograniczonych możliwościach zarobkowych. I zwyczajnie obawiają się osłabienia domowego budżetutłumaczy ekspert z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

    Z kolei podwyżek podatków najczęściej obawiają się rodacy w wieku 23-35 lat (44,7%) oraz 18-22 lat (37%), z reguły zarabiający 5-7 tys. złotych na rękę (43,2%) lub 7-9 tys. zł. (41,5%). Osoby te przeważnie mieszkają w woj. zachodniopomorskim, łódzkim i mazowieckim, w miastach liczących 200-499 tys. ludności.

    – Perspektywa podwyżek podatków najbardziej niepokoi młode osoby, bo one mają największą wiedzę na ten temat. Na bieżąco śledzą doniesienia, bo zwyczajnie nie chcą się dzielić z państwem swoimi ciężko wypracowanymi dochodami. Taka postawa jest głównie obserwowana w dużych i średnich miastachpodsumowuje ekspert z UCE RESEARCH.  

  • Wzrost cen w sklepach jest nieunikniony. Mięso, produkty tłuszczowe i używki najbardziej pójdą w górę

    Według ekspertów, ceny w sklepach nadal będą rosły. Mięso, produkty tłuszczowe i używki mogą najbardziej podrożeć do końca tego roku. Scenariusz z inflacją wynoszącą 10% w 2022 roku również jest niewykluczony. Jednak bardziej realny jest wzrost wskaźnika do 6-7%. Jednocześnie trudne będzie zmniejszenie go poniżej 5%. Specjaliści przewidują, że ludzie zaczną domagać się wyższych płac. Ale zbyt duże podwyżki wynagrodzeń mogą oznaczać kolejne wzrosty cen na półkach sklepowych.

    W sklepach od miesięcy obserwujemy wzrost cen. One w krótkim okresie najprawdopodobniej będą jeszcze przyspieszać, co prognozuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce. Dotyczy to zwłaszcza żywności. W tym przypadku niektóre wskaźniki, np. ceny skupu zbóż, sugerują, że do wyhamowania nie dojdzie w najbliższym czasie. Więcej też zapłacimy za różnego rodzaju usługi. Ponadto pojawiły się już zapowiedzi podwyższenia cen energii. Wprawdzie one zaplanowane są dopiero od przyszłego roku, ale to czynnik stale zasilający inflację.

    – Sądzę, że tegoroczny bilans średnich wzrostów cen detalicznych zamknie się w przedziale 8-10%. Będą kategorie, które urosną znacznie bardziej. W mojej ocenie, mięso, produkty tłuszczowe oraz używki najbardziej zdrożeją do końca br. I tu mówimy o wzrostach ponadprzeciętnych, nawet dwucyfrowych przewiduje ekonomista dr Krzysztof Łuczak z Grupy BLIX.

    Prof. Krzysztof Piech z Uczeni Łazarskiego również stwierdza, że trzeba się nastawiać na wzrost cen w sklepach. Bank centralny nie chce się wycofać z polityki tzw. dodrukowywania pieniędzy i prawie zerowych stóp procentowych. Według eksperta, w skrajnym negatywnym scenariuszu możliwy jest wzrost inflacji do 10% za kilka miesięcy. To oznaczałoby kompletną porażkę polityki gospodarczej w naszym kraju, nie tylko pieniężnej.

    – Niektórzy analitycy bankowi mówią o inflacji wynoszącej ok. 10%. A jeszcze niedawno prognozowali, że nie sięgnie ona 5% i zacznie się obniżać. Troszkę śmieszy mnie takie przesuwanie się od ściany do ściany. Od paru miesięcy podkreślam, że dalsze rozkręcanie się inflacji nie jest wykluczone. I oczywiście jest absolutnie możliwe, że w przyszłym roku ona dojdzie do 10%. Chociaż nie sądzę, żeby to było najbardziej prawdopodobne. Myślę, że bardziej realny jest wzrost do 6-7%mówi prof. Orłowski.

    Z kolei według prof. Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty BCC i byłego wiceministra finansów, prawdopodobieństwo inflacji w wysokości 10% w 2022 roku wynosi 5-10%. Nie można tego lekceważyć, ale nie jest to perspektywa dominująca, przynajmniej w tej chwili. Zdaniem eksperta, trudne będzie w najbliższym czasie zmniejszenie ww. wskaźnika poniżej 5%. W sierpniu wyniósł 5,4% i był najwyższy od dwudziestu lat. Na koniec roku można oczekiwać inflacji około 6%.

    – Władze utrzymują, że podwyżki cen są naturalnym efektem w sytuacji wyższego wzrostu gospodarczego. Niedokładnie tak jest. Istnieją kraje, które nie doświadczały wysokiej inflacji w takim przypadku. Możemy tutaj wspomnieć o Chinach czy Japonii, które potrafiły rozwijać się w tempie 10% rocznie przy bardzo ograniczonej inflacjikomentuje prof. Piech.

    W krajach UE wskaźnik jest znacznie niższy niż w Polsce, co podkreśla prof. Gomułka. I dodaje, że według założeń rządu, wyniesie on w przyszłym roku ok. 3%. Ale jak zauważa ekspert, NBP mylił się przez ostatnie pół roku znacząco ze swoimi prognozami inflacyjnymi. Silny wzrost do poziomu powyżej górnej granicy oficjalnego celu inflacyjnego NBP, nie był przewidywany jako coś dominującego i trwałego. Być może i tym razem prognoza rządowa okaże się błędna.

    – Jeśli przez kilka miesięcy inflacja utrzyma się na poziomie ponad 6%, to nie spowoduje to jakiegoś dużego niepokoju społecznego. Ludzie nie będą przeciwko niej protestować. Natomiast zaczną domagać się coraz wyższego wzrostu płac i świadczeń społecznych typu 500+. Każdy będzie widział, że coraz mniej pieniędzy zostaje w portfelu dodaje prof. Piech.

    Jak stwierdza dr Łuczak, Polacy są poirytowani tym, że ceny wszędzie idą w górę, ale realnie nie mają na to wpływu. Do tego rosną wynagrodzenia, choć już nie tak szybko, jak np. kwoty do zapłaty za żywność. Tego typu sytuacje zawsze kończą się poszukiwaniem oszczędności. Ekspert prognozuje, że największe podwyżki będą widoczne w sklepach małoformatowych. Takie placówki są ustawione w nierównej pozycji do tych wielkopowierzchniowych. Te ostatnie dużo zamawiają, dzięki czemu mają lepszą pozycję negocjacyjną, a finalnie ceny.

  • Ekonomiści apelują o uproszczenie systemu podatkowego

    Ekonomiści apelują o uproszczenie systemu podatkowego

    Polscy przedsiębiorcy i ekonomiści chcą, aby rząd zharmonizował przedstawione w ostatnim czasie strategie, takie jak Polski Ład, Krajowy Plan Odbudowy czy założenia do ustawy budżetowej. Podkreślają przy tym, że niektóre ich elementy są ze sobą wręcz sprzeczne. Poniekąd wynika to ze skomplikowania systemu podatkowego w Polsce. Tymczasem kolejne przepisy tylko zniechęcają firmy do inwestowania, a ludzi do podejmowania pracy. Ekonomiści apelują więc o uproszczenie systemu i zwiększenie jego neutralności. Odpowiednia reforma mogłaby pobudzić rynek pracy.

    – Z punktu widzenia gospodarczego system podatkowy przede wszystkim powinien minimalizować negatywny wpływ podatków na wzrost gospodarczy, czyli nie zakłócać bodźców do tego, żeby ludzie pracowali, inwestowali, a firmy rosły mówi dr Aleksander Łaszek z Towarzystwa Ekonomistów Polskich. – Najważniejsze, żeby przepisy były możliwie neutralne. System nie powinien też być zbyt skomplikowany ani zbyt zmienny.

    Jak podkreślił ekspert podczas debaty „Proste podatki” zorganizowanej przez Pracodawców RP i Towarzystwo Ekonomistów Polskich, chodzi o to, by sposób pobierania podatków nie zniechęcał do podejmowania produktywnych działań. Impulsem do zorganizowania spotkania były propozycje zawarte w Polskim Ładzie, który zdaniem tych organizacji nie tylko nie jest uproszczeniem systemu podatkowego, lecz generuje też kolejne ulgi wyrównawcze, co sprawia, że w przekonaniu ekonomistów stanowi krok do tyłu.

    – W tej chwili w systemie podatkowym mamy bardzo dużo różnych ulg i preferencji, które, po pierwsze, bardzo komplikują system podatkowy, po drugie, napędzają konflikty między administracją podatkową a podatnikami, i po trzecie, sprawiają, że firmy nie myślą o tym, jak rozwijać swój biznes, jak być wydajnym, tylko o tym, jak dopasować się do przepisów podatkowych – argumentuje przedstawiciel Towarzystwa Ekonomistów Polskich.Bardziej neutralne przepisy podatkowe, z mniejszą liczbą ulg, ale też niższymi stawkami podatkowymi sprawiałyby, że firmy koncentrowałyby się na wzroście, a nie na szukaniu luk w systemie podatkowym. Poza tym mniej bałyby się ciągłych zmian prawa.

    Preferencje i ulgi dla firm nienastawionych bezpośrednio na badania i rozwój hamują rozwój gospodarczy, zamiast go napędzać. Jak podkreśla ekspert TEP, podatki bezpośrednie w Polsce są wprawdzie niskie, ale za to składki na ubezpieczenia społeczne są wysokie, podobnie jak w Estonii, Czechach, Rumunii czy Słowenii. Po drugiej stronie znajdują się Dania, Szwecja i Irlandia. To obciąża przede wszystkim płace pracowników dużych firm.

    Z kolei w systemie VAT skomplikowany system ulg wymusza wysoką stawkę podstawową, a ponadto powoduje, że Polska jest na trzecim w Europie miejscu (po Cyprze i Hiszpanii) pod względem ubytku przychodów podatkowych z powodu obniżeń stawki podstawowej. W konsekwencji stawka ta musi być odpowiednio wysoka. Jesteśmy też na drugim po Bułgarii miejscu w UE pod względem czasu, jaki przedsiębiorca musi poświęcić na rozliczenie podatków. To zaś hamuje rozwój firm, które zresztą skomplikowane regulacje podatkowe wskazują jako barierę w działalności.

    – Cały czas jesteśmy biedniejsi od krajów Europy Zachodniej, a nasze społeczeństwo się starzeje, więc musimy szukać tych pól, gdzie możemy osiągnąć szybszy wzrost gospodarczy. Jednym z takich obszarów jest właśnie system podatkowy ­ tłumaczy dr Aleksander Łaszek.

    Ekonomiści proponują kompleksowe podejście do reformy podatkowej w Polsce. Jednym z jej elementów powinno być właśnie zwiększenie neutralności systemu podatkowego, co wymaga przeglądu i likwidacji niektórych ulg i preferencji. Innym postulatem jest jasne rozróżnienie podatków i składek, a także przesunięcie części obciążeń podatkowych z pracy na konsumpcję, nieruchomości lub kwestie środowiskowe.

    – Chodzi z jednej strony o wciągnięcie osób biernych zawodowo na rynek pracy, z drugiej strony o usunięcie barier dla firm do wzrostu i inwestycjiwyjaśnia ekonomista TEP.Jak opodatkowujemy pracę, to ludzie mniej pracują, jeżeli opodatkowujemy emisję CO2, to firmy i gospodarstwa domowe starają się mniej emitować, co ma zarówno pozytywne skutki dla środowiska, jak i mniej negatywne skutki dla całej aktywności gospodarczej.

    Jak podkreślił w swojej prezentacji Maciej Albinowski z Instytutu Badań Strukturalnych, obowiązujący w Polsce system podatkowy charakteryzuje się niewielką progresją podatkową i wysokim obciążeniem podatkowo-składkowym osób najmniej zarabiających. Ponadto zróżnicowanie naliczania składek na ubezpieczenia społeczne w zależności od typu umowy zachęca do arbitrażu podatkowego. Analiza IBS wykazała, że zwiększenie progresji systemu podatkowego zaktywizowałoby osoby nieaktywne zawodowo, a także wpłynęło na wydłużenie czasu pracy zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin.

    Taka reforma stanowiłaby istotny bodziec do zwiększenia aktywności zawodowej ok. 2,85 mln osób, których płace netto by wzrosły, a negatywny efekt miałaby na grupę ok. 220 tys. osób. Podaż pracy w Polsce kształtuje się poniżej średniej w UE, zwłaszcza wśród kobiet. W 2019 roku współczynnik aktywności zawodowej kobiet w wieku 20–64 lat wyniósł 67,7 proc. na tle średniej w UE – 72,9 proc., a współczynnik aktywności mężczyzn to 83,2 proc. na tle średnio 84,6 proc. w UE.

  • Mocne otwarcie drugiego kwartału w sektorze produkcji

    Mocne otwarcie drugiego kwartału w sektorze produkcji

    W kwietniu akcje polskich producentów z Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) wzrosły o 7,6% pozwalając mu wrócić powyżej poziomu 1000 pkt, od którego indeks wystartował na początku 2016 r. Dobra koniunktura w przemyśle zrodziła dla polskiego sektora produkcji wiele szans, ale też problemów – szczególnie z zaopatrzeniem, które do tej pory nie ograniczały znacząco wzrostu wartości rynkowej polskich producentów z GPW.

    Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc kwiecień. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP z DSR S.A. pisze: „Kwiecień był dla Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) najlepszym miesiącem w 2021 r. Wzrost z poziomu 930,33 punktów ustanowionego na koniec marca, do 1001,22 punktów na koniec kwietnia dał 7,6% stopę zwrotu. Cały pierwszy kwartał br. przyniósł 5,4% wzrost, tak więc pierwszy miesiąc drugiego kwartału okazał się wyjątkowo dobry, dzięki czemu od początku 2021 roku GIP60 zyskał na wartości już ponad 13,5%”.

    Dla osób śledzących nasze komunikaty, taki rozwój wypadków nie powinien być zaskoczeniem, gdyż tak pisaliśmy miesiąc temu: „Polskie spółki produkcyjne wykorzystują szansę, która pojawiła się w wyniku zawirowań pandemicznych na globalnym rynku dostaw. Od dołka z ubiegłego roku GIP60 zdążył już podwoić swoją wartość, jednak ciągle znajduje się poniżej swojej wartości bazowej ustalonej na poziomie 1000 punktów w styczniu 2016 roku, zachowując potencjał do dalszych wzrostów, które powinny być kontynuowane w drugim kwartale br.”. Można więc uznać, że długa seria trafnych prognoz została podtrzymana. Przejdźmy zatem do kolejnej analizy zdarzeń minionego miesiąca.

    W kwietniu, aż 42 spółkom udało się uzyskać dodatnie miesięczne stopy zwrotu, wśród których 17 zanotowało dwucyfrowy zwrot.  W przekroju branżowym w kwietniu najlepiej radzili sobie producenci i dystrybutorzy odzieży określani przez nas mianem „Projektantów”. Średnia miesięczna stopa zwrotu w tej grupie wyniosła 21,5% za sprawą solidnych wzrostów na akcjach Vistuli (31,43% m/m), LPP (20,62%) i CCC (12,38%). Również branża spożywcza zanotowała solidne wzrosty, co przełożyło się na średni zwrot w tej grupie na poziomie 10%. Porównywalnie dobrze w kwietniu radzili sobie producenci tworzyw sztucznych (średnio +9,1% m/m), materiałów budowlanych (+8,7%), producenci z przemysłu lekkiego (+6,0%), metalurgicznego (+5,4%), motoryzacyjnego (+4,4%) i elektromaszynowego (+4,0%).

    Znalazły się również branże, które minimalnie traciły. Niektóre mniej, tak jak producenci wyrobów drewnianych i chemicznych, którzy średnio tracili w kwietniu odpowiednio 0,7% i 0,9%. Jednak największe przeceny dotknęły spółki z branży farmaceutycznej, w której średnia stopa zwrotu w kwietniu wyniosła -13,7%. Może to wskazywać na wiarę inwestorów w skuteczność programu szczepień i przejście w fazę „popandemiczną”.

    Wyniki za rok 2020 podsycają popyt na akcje polskich producentów

    Kwietniową klasyfikację Giełdowego Indeksu Produkcji wygrywa Decora S.A. za miesięczny zwrot na poziomie 35,38%, co zbliżyło wartość rynkową tej spółki do 2 mld zł. Akcje przedsiębiorstwa ze Środy Wielkopolskiej, produkującego elementy wykończenia podłogi oraz dekoracji ściennych zareagowały żywo na wyniki spółki za 2020 rok. We wspomnianym sprawozdaniu finansowym uwagę zwraca solidny wzrost zysku netto do 58,9 mln zł, a więc 173% więcej niż w 2019 r. kiedy spółka zarobiła na czysto 21,6 mln zł, a to wszystko przy 21% wzroście przychodów do 353 mln zł. Równocześnie spółka ogłosiła plan wypłaty dywidendy w wysokości 2 zł na akcję, co daje stopę dywidendy w okolicach 5%.

    Drugi stopień podium dla VRG S.A. za 31,43% zwrot w kwietniu. Również w tym przypadku ceny akcji rozpoczęły solidny marsz na północ, po ogłoszeniu wyników za ubiegły rok. Jednak tym razem inwestorzy zadowolili się mniejszą stratą od oczekiwanej, dzięki czemu krakowska Vistula Retail Group S.A. okazała się jedną z lepszych inwestycji na początku drugiego kwartału.

    Trzecie miejsce dla spółki Wielton S.A. za 27% wzrost wartości. Jest to już kolejne miejsce na podium narodowego czempiona motoryzacyjnego z Wielunia, który na przekór problemom branży transportowej, radził sobie relatywnie dobrze, utrzymując w ubiegłym roku dodatni wynik skonsolidowany (27,3 mln zł), mimo spadku przychodów (-22% rdr). Na uwagę zasługuje także wzrost liczby zarejestrowanych przyczep i naczep w pierwszym kwartale br. do 822 szt. (+25,7% rdr).

    Problemy z podażą surowców i materiałów

    Dane GUS i Eurostatu publikowane są z miesięcznym opóźnieniem, jednak dotychczasowe odczyty nie budzą wątpliwości, co do dobrej kondycji przemysłu w Polsce. Produkcja rośnie, rośnie też wartość produkcyjnych spółek giełdowych, co dowodzi, że inwestorzy uwierzyli, że to trwały trend. Rośnie produkcja w wielu krajach Europy Wschodniej, wyróżniając ją na tle świata, gdzie poza Chinami przemysł nie odnotowuje aż tak dobrej koniunktury.
    Jednak rosnący popyt to tylko jedna strona medalu, po drugiej mamy pogłębiające się problemy z zakupami surowców i materiałów, których ceny są wyraźnie wyższe, a dostępność mniejsza niż przed rokiem. W mniejszym stopniu producentom doskwierają problemy z uzupełnieniem braków kadrowych.

    Efekty trudnej sytuacji po stronie podażowej widać już teraz w badaniach ankietowych, które przykładowo leżą u podstaw wskaźnika PMI®, a ten spadł w kwietniu z 38-miesięcznego szczytu (54,3) do 53,7 pkt. W komentarzu do badań wskazano rekordowo niską wydajność zaopatrzeniowców, najszybszą w historii badań inflację kosztów oraz cen wyrobów gotowych, przy bezprecedensowo wysokim poziomie zaległości produkcyjnych. Wśród ankietowanych kierowników firm produkcyjnych panuje przeświadczenie, że produkcja wzrosła tylko nieznacznie, właśnie przez wspomniane wcześniej problemy z zakupem surowców i materiałów, co – w połączeniu z dużym popytem eksportowym – doprowadziło do wyprzedaży zapasów i wzrostu cen wyrobów gotowych.

    Na początku drugiego kwartału zakłócenia w łańcuchu dostaw utrzymały status głównego czynnika hamującego rozwój sektora przemysłowego, zwiększając średni czas opóźnienia w dostawach. Zatrudnienie w sektorze rośnie nieustannie od kilku miesięcy, jednak producenci w dalszym ciągu narzekają na braki również w tym obszarze. Zamówienia eksportowe rosły w tempie najszybszym od 7 lat, natomiast popyt krajowy osłabł, przez co sumaryczny wzrost nowych zamówień okazał się niewielki.

    Kolejne spółki publikują zadowalające lub bardzo dobre wyniki za ubiegły rok oraz informują o utrzymaniu tempa wzrostu w pierwszych miesiącach 2021 roku. Jednak problemy z dostępnością materiałów i surowców ograniczają możliwości wykorzystania obecnej sytuacji do jeszcze szybszej ekspansji. Utrzymujące się problemy z ciągłością łańcuchów dostaw mogą spowodować spadek dynamiki wzrostu sprzedaży w sektorze, co z pewnością nie umknie uwadze inwestorów- prognozuje dr Maciej Zaręba.

    Czy polscy producenci są w stanie rozwiązać te problemy i wykorzystać dziejową szansę na zwiększenie udziału w globalnym rynku? Spółki, którym ta sztuka się uda zapewne hojnie wynagrodzą swoich akcjonariuszy w kolejnych kwartałach.

  • Ekonomiści: Ograniczanie lub likwidacja tzw. śmieciówek nie jest obecnie dobrym pomysłem

    Ekonomiści: Ograniczanie lub likwidacja tzw. śmieciówek nie jest obecnie dobrym pomysłem

    Coraz częściej słychać, że wkrótce z rynku znikną umowy cywilnoprawne lub zostaną mocno ograniczone. Jednak eksperci przestrzegają przed radykalnym działaniem, bo pracodawcom są potrzebne elastyczne formy zatrudnienia, szczególnie teraz. Ewentualnie warto rozważyć ujednolicenie zasad oskładkowania śmieciówek i umów o pracę. I jak dodają, jednak nie należy przeprowadzać zmian w czasie pandemii. Teraz można jedynie wypracować rozwiązanie, które zacznie obowiązywać dopiero w przyszłości.

    W przestrzeni publicznej mówi się, że rząd przygotowuje zmiany dot. umów cywilnoprawnych. Nowe przepisy miałyby zlikwidować lub ograniczyć to rozwiązanie. Jak podkreśla Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, obecnie firmy bardzo potrzebują elastyczności zatrudnienia. Uzyskują ją m.in. dzięki umowom zlecenia. Ekspert przestrzega przed likwidacją tych regulacji. Jednocześnie zauważa, że niekorzystny jest dualizm na rynku pracy. Część pracowników ma bardzo stabilną sytuację, a pozostali dostają tylko umowy krótkoterminowe. I te grupy z pewnością należy zbliżyć do siebie.

    – Plotka o likwidacji umów cywilnoprawnych, która od dłuższego czasu krąży w mediach, jest szkodliwa. Jeżeli rząd zdecydowałby się na to, prawdopodobnie mówiłby o konieczności poważnego uporządkowania rynku pracy. Argumentowałby, że jedni mają lepsze warunki, a inni nieco gorsze. Ale wtedy należałoby konsekwentnie reformować, czyli znieść też przywileje sektorowe, w tym np. emerytury mundurowe czy górniczekomentuje Zbigniew Żurek, wiceprezes BCC, ekspert ds. rynku pracy i dialogu społecznego.

    Natomiast „Solidarność” stoi na stanowisku, że umowy cywilnoprawne to legalne rozwiązania, jednak zastosowane w sposób nieprawidłowy. I dodaje, że związek nigdy nie domagał się likwidacji umów zleceń czy o dzieło, a także samozatrudnienia, bo te rozwiązania są ważne i potrzebne. Ale postuluje, aby nie stosowano ich w miejscu, gdzie zgodnie z prawem powinien być etat. A kodeks pracy reguluje to precyzyjnie.

    – Domagamy się, żeby inspektorzy, którzy stwierdzą niewłaściwą formę świadczenia pracy, mogli ją zmienić decyzją administracyjną. Od niej pracodawca będzie mógł się odwołać do sądu. Dzisiaj jest dokładnie odwrotnie. Pracodawca przestrzegający prawa w konfrontacji z tym, który śmieciówkami obniża sobie koszty, jest zwykłym frajerem i przegrywa każdy przetargpodkreśla Marek Lewandowski z „Solidarności”.

    Jak zaznacza Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, zamiast skupiać się wyłącznie na walce ze skutkami, lepiej usuwać przyczyny występowania niepożądanych zjawisk na rynku pracy. A powodem zastępowania zatrudnienia na etacie przez umowy cywilnoprawne jest różne traktowanie tych form działalności zarobkowej na gruncie ubezpieczeń społecznych i opodatkowania. Ujednolicenie tego wyeliminowałoby przede wszystkim bodziec kosztowy do nadużywania umów cywilnoprawnych. Intensywne kontrolowanie firm nie byłoby już potrzebne.

    – Celowe byłoby ujednolicenie zasad oskładkowania. Ale nie tylko poprzez planowaną przez rząd likwidację ulg przy zbiegach tytułów do ubezpieczeń. To należałoby zrobić w ramach szerszej reformy, która wraz z ujednoliceniem zasad podlegania systemowi pozwalałaby na rzetelne i systemowe planowanie obniżenia kosztów zatrudnienia i uelastycznienia umów o pracę – przekonuje prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista Pracodawców RP, były minister finansów.

    Natomiast ekspert z Konfederacji Lewiatan podkreśla, że zmiany przepisów nie mogą doprowadzić do zwiększenia łącznych kosztów pracy w naszym kraju. Pogorszylibyśmy polską konkurencyjność w stosunku do prac wykonywanych w innych państwach europejskich. Jeżeli więc podnosimy np. składki na ubezpieczenia społeczne, emerytalne i rentowe w przypadku umowy zlecenia, to należy obniżyć koszty pracy na etacie. A to możemy zrobić np. przy pomocy podatków.

    Zmian dot. tych umów nie należy jednak przeprowadzać w czasie pandemii. Ludzie już mają sporo problemów, a będą jeszcze bardziej cierpieć. Jeśli ktoś chce dokonać reformy, to powinien przedstawić jej przyczyny. Bez podawania konkretów taki ruch może być odbierany jako szukanie dodatkowych przychodów przez rządmówi Zbigniew Żurek.

    Według Łukasza Kozłowskiego, ujednolicenie traktowania umów o pracę i umów zlecenia nie może być wprowadzone z dnia na dzień. Konieczny jest odpowiedni okres vacatio legis. W przypadku wejścia w życie przepisów na początku 2022 roku, kontekst pandemiczny byłby już zupełnie inny. Ponadto przedsiębiorcy mieliby dużo czasu na dostosowanie się do zmian. Z kolei Jeremi Mordasewicz uważa, że należy działać w sposób przewidywalny. W tym roku można wypracować rozwiązanie i przyjąć roczny okres vacatio legis. Przepisy zostałyby wdrożone w 2023 roku.

    – Ingerencja państwa w stosunek łączący pracodawcę z pracownikiem może być kłopotliwa. Dziś orzecznictwo dopuściło do zmiany przez ZUS umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę, choć tylko w zakresie ubezpieczeń społecznych. To budzi wiele kontrowersji. Oznacza to w praktyce kilka problemów. Dla przykładu, płatnik opłaca pełną składkę za „pracownika”, ale ten nie może nadal korzystać z prawa pracowniczego do urlopu. Rozbudowując władztwo ZUS, wcale nie poprawiliśmy zatem sytuacji ubezpieczonych, którym z drugiej strony organ rentowy pod byle pretekstem może np. wstrzymywać wypłatę zasiłku. System musi być stabilny ekonomicznie i przewidywalny, a nie zależny od bieżącej polityki organu  stwierdza prof. Paweł Wojciechowski.

    Rodzi się więc pytanie, czy radykalna zmiana przepisów nie przyniesie negatywnych skutków, bo np. pracodawcy będą rezygnować z pracowników. Zdaniem Marka Lewandowskiego z „Solidarności”, straszy się nas tym przy każdej możliwej okazji. Wystarczy wskazać wzrost płacy minimalnej, dzień wolny w Trzech Króli, ograniczenie handlu w niedzielę czy oskładkowanie umów cywilnoprawnych. Ekspert zaznacza, że nigdy nic takiego się nie stało. Nie ma co poważnie traktować takich obaw. To zwykły szantaż emocjonalny, mający wywołać poczucie strachu.

    – W Polsce rynek pracownika zmienił się w rynek pracodawcy. Dziś już mniej niż 20% firm sygnalizuje braki kadrowe. Każda nadmierna regulacja, zwłaszcza w trudnych czasach, może przynieść skutki zupełnie odwrotne do zamierzonych, np. zwolnienia czy ucieczkę w szarą strefędodaje prof. Wojciechowski.

    Z kolei ekspert z BCC nie ma wątpliwości, że skutkiem ewentualnej likwidacji umów cywilnoprawnych będzie rozszerzenie szarej strefy, zwłaszcza jeśli ludzie mieliby mniej zarabiać. Do tego Łukasz Kozłowski przekonuje, że wspomniane ujednolicenie traktowania umów nie odbije się negatywnie na rynku pracy. Problem musi być tylko rozwiązany w sposób systemowy, czyli poprzez uporządkowanie przepisów ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. A ponadto pracodawcy dostaną czas na dostosowanie się do zmian.

  • Indeks GIP60: Polscy producenci wracają do łask na GPW

    Indeks GIP60: Polscy producenci wracają do łask na GPW

    Nowy Ład ma wejść w życie, a polskie spółki produkcyjne nie otrząsnęły się jeszcze w pełni z Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (tzw. Planu Morawieckego) – ich wartość rynkowa to obecnie niecałe 90% wartości ze stycznia 2016 r. Jednak Luty 2021 r. był udanym miesiącem dla polskich spółek produkcyjnych notowanych na GPW. Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł o 3,20% do poziomu 898,31 punktów i powrócił tym samym na ścieżkę wzrostu po słabszym styczniu. Mimo wielu miesięcy wzrostowych GIP60 ciągle znajduje się znacznie poniżej poziomu ustalonego na początku 2016 roku, w momencie uruchomienia planu dla polskiego przemysłu.

    Od początku roku wartość Giełdowego Indeksu Produkcji wzrosła o 1,81%, z początkowych 882,34 pkt. do 898,31 pkt. osiągniętych na koniec lutego. Po słabszym styczniu (-1,35% m/m), ceny akcji polskich producentów ożywiły się i w samym lutym GIP60 wzrósł o 3,20% wracając nad kreskę w bieżącym roku.  W tym czasie kurs GIP60 dwa razy zbliżył się do wartości obserwowanych na GIP60 ostatnio w maju 2019 roku. Pierwszy raz 7 stycznia po mocnej sesji GIP60 osiągnął wartość 926,4 pkt, a 16 lutego poprawił się wynikiem 927,56 pkt. W obu przypadkach kolejne sesje następujące po rekordowych przyniosły powrót kursu poniżej granicy 900 pkt.

    Zmienne nastroje na GPW

    Aktywność GIP60 można powiązać z ogólnymi warunkami panującymi w tym czasie na GPW. Na wykresach głównych indeksów WIG można również zauważyć dwie fale ze szczytami wypadającymi mniej więcej w połowie stycznia i lutego. W pierwszej fali rósł praktycznie cały rynek, co widać zarówno na wykresie indeksu WIG, który przekroczył barierę 60000 pkt, WIG20, który wzrósł powyżej poziomu 2080 pkt, ale także na wykresach MWIG40 i SWIG80 zbliżających się w tym czasie odpowiednio do 430 i 17200 pkt.

    Po mocnym początku roku optymizm na rynku osłabł, co szczególnie widoczne było na akcjach największych spółek z rynku – wartość WIG20 do końca lutego stoczyła się w okolice poziomu 1900 pkt, notując po drodze krótkotrwałe wybicie w górę w połowie lutego, pozwalające na chwilę wrócić powyżej poziomu 2000 pkt. O wiele lepiej spadek nastroju inwestorów z drugiej połowy stycznia zniosły małe i średnie spółki, dla których korekta była płytsza,a powrót na ścieżkę wzrostu stosunkowo szybki. Pozwoliło to mniejszym spółkom z GPW wykorzystać drugą falę wzrostów do poprawienia tegorocznych maksimów – w połowie lutego indeks MWIG40 znajdował się już powyżej 4400 pkt, a SWIG80 powyżej 18000 pkt.

    Polscy producenci mimo wszystko rosną w siłę

    W takich warunkach dwie na trzy spółki z GIP60 wypracowały w lutym dodatnią stopę zwrotu, w co drugim przypadku zwrot ten przekroczył 5%, a w co czwartym był nawet dwucyfrowy. Największymi beneficjentami byli producenci z branży motoryzacyjnej, wśród których wartość rynkowa wzrosła średnio o ponad jedną czwartą, oraz producenci z branży spożywczej, którzy zyskali średnio 21,7%. Ale wzrosty dotknęły niemalże wszystkich branż: farmaceutycznej (średnio 10,1% m/m), elektromaszynowej (7,4%), projektantów i dystrybutorów odzieży (5,3%), metalurgicznej (4,1%), chemicznej (3,3%), producentów z przemysłu lekkiego (3,2%), materiałów budowlanych (3,0%), jak i tych z branży meblarskiej (2,8%). Ujemną średnią miesięczną stopę zwrotu zaobserwowano w minionym miesiącu jedynie w branży produkcji tworzyw sztucznych.

    Najwyższa miesięczna stopa zwrotu i pierwsze miejsce w klasyfikacji GIP60 w lutym przypadły firmie URSUS S.A., której kurs wzrósł z 69 gr do 1,118 zł (+62,03%). Ubiegły miesiąc dla kursu akcji tej spółki był bardzo burzliwy, a jego zmienność została wzmocniona przez dwie informacje o potencjalnych partnerstwach biznesowych. Pierwsza pojawiła się już na początku miesiąca i dotyczyła podpisania Memorandum of Understanding z chińskim Donfeng Motor Industry, co wywołało wzrost kursu akcji w krótkim okresie o około 50%. Niestety kilka dni później Donfeng Motor Industry wypowiedziało memorandum za przekazanie przez Ursus informacji o nawiązanej współpracy, do czego zobowiązują ich giełdowe obowiązki informacyjne. Zarząd Ursusa na początku utrzymywał, że będzie dążył do wyjaśnienia sprawy i wznowienia współpracy, ale w połowie miesiąca poinformował o zamianie partnera na koreański BLF Corporation, co po raz drugi w miesiącu zwiększyło popyt na akcje spółki, windując jej kurs z poziomu 80 gr do prawie 1,50 zł.

    Wzrost kursu akcji z 1,19 zł do 1,73 zł (+45,38%) pozwolił spółce Energoinstal S.A. uplasować się na drugim miejscu lutowej klasyfikacji GIP60. Co ciekawe spółka nie publikowała w tym czasie istotnych informacji, a mimo to wzbudziła spore zainteresowanie inwestorów szczególnie na początku miesiąca kiedy kurs akcji wzrósł z okolic 1,20 zł do 1,80 zł przy wysokim wolumenie.

    Na trzecim stopniu podium GIP60 znalazła się spółka Mabion S.A. za wzrost ceny akcji o 32,87%, z 21,75 zł do 28,90 zł. Pod koniec stycznia zarząd spółki informował, że w ramach nowej, długoterminowej strategii finansowania działalności, planuje pozyskać inwestora strategicznego i przeprowadzić dwie emisje akcji. W połowie lutego poinformowano, że środki z emisji serii V przeznaczone zostaną m.in. na badanie kliniczne pomostowe leku MabionCD20 oraz kontynuację badań pozwalających na rejestrację leku w skali komercyjnej. Czyli także na „rozwój projektów stanowiących odpowiedź na pandemię COVID-19, w tym między innymi projekty w obszarze rozwoju szczepionek”. Na początku marca do publicznej wiadomości trafiła wiadomość o nawiązaniu współpracy z Novavax w zakresie produkcji szczepionek oraz z Państwowym Funduszem Rozwoju zakresie finansowania rozbudowy mocy produkcyjnych spółki. Wszystkie powyższe informacje –  szczególnie ta związana z produkcją szczepionki – odpowiednio pobudzały popyt na akcje spółki, dzięki czemu wartość rynkowa spółki w tym roku się już potroiła.

    Otoczenie gospodarcze ciągle korzystne…

    Jak podaje GUS,  w styczniu wartość produkcji sprzedanej przemysłu była o 0,9% wyższa w porównaniu ze styczniem 2020 roku, ale jednocześnie o 5,1% niższa niż w grudniu. Jednak po odsezonowaniu tych danych otrzymujemy zgoła odmienny obraz sytuacji, dynamika produkcji przemysłowej w styczniu wyniosła 5,7% r/r i 1,7% m/m. Mimo wszystko można więc przyjąć, że otoczenie ciągle sprzyja polskim spółkom produkcyjnym, choć zauważalne jest nieznaczne spowolnienie dynamiki ich wzrostu.

    Wśród działów przemysłu, dla których wzrost produkcji w na początku roku był największy znalazły się m.in. produkcja urządzeń elektrycznych (31,3% r/r), gospodarka odpadami i odzysk surowców (12,5%), produkcja komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych (8,6%) i produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych (5,9%). Ogółem wzrost zaobserwowano w 15 działach, a spadek w 19, w tym m.in. w produkcji koksu i produktów rafinacji ropy naftowej (-20,4% r/r), napojów (-11,3%) i produkcji wyrobów farmaceutycznych (-6,1%).

    …a perspektywy obiecujące

    Dobrą koniunkturę w przemyśle potwierdzają badania ankietowe nastrojów wśród pracowników i kadry zarządzającej z tej branży. Wysokie odczyty wskaźników nastrojów w naszym kraju, oraz u największych partnerów zagranicznych potwierdzają, że przemysł okazał się stosunkowo odporny na zawirowania związane z globalną pandemią COVID-19 i można spodziewać się szybszego niż w innych sektorach powrotu do normalności gospodarczej, w czym niewątpliwie pomagają mniej dokuczliwe niż w innych branżach ograniczenia działalności gospodarczej. W najbliższych tygodniach pojawią się wyniki roczne większości spółek z GIP60, które powinny potwierdzić pozytywne informacje płynące z branży, oraz dodatkowo wzmocnić popyt na akcje polskich producentów. Warto pamiętać, że GIP60 znajduje się ciągle poniżej wartości 1000 punktów ustalonej na początku 2016 roku, co może wskazywać na ciągłe niedowartościowanie tej grupy spółek na GPW.

  • Akcje GameStop znów w górę. Czy mali inwestorzy wezmą odwet na gigantach z Wall Street?

    Ceny akcji GameStop urosły 24 lutego o 100%. Czy to zapowiedź kolejnej bitwy między małymi inwestorami i funduszami hedgingowymi?

    Od stycznia amerykańska spółka GameStop jest symbolem demokratyzacji w świecie inwestowania, gdzie mali inwestorzy, dzięki współpracy i technologii, mogą rzucić wyzwanie rekinom Wall Street, takim jak fundusze hedgingowe.

    Dla przypomnienia, w styczniu akcje Game Stop, które wcześniej były warte 20 USD, a firmę uważano za potencjalnego bankruta, przekroczyły wartość 500 USD. Później ich kurs zaczął szybko spadać, aby 24 lutego znów skoczyć do pułapu ponad 90 USD. Na zwyżkę kursu grali inwestorzy indywidualni skupieni wokół grupy WallStreetBets, aktywnej w serwisie internetowym Reddit, narażając na duże straty duże fundusze hedgingowe.

    – Spekulacje na akcjach GameStop były kompletnym oderwaniem od jakichkolwiek wartości fundamentalnych i można je wręcz porównać do tworzenia piramidy finansowej. Wygranymi w tej potyczce okazali się być nie mali inwestorzy, ani fundusze hedgingowe, ale po prostu ci inwestorzy, którzy weszli w GameStop i inne „szalone” spółki jako pierwsi i byli w stanie wyjść z tej inwestycji z zyskiemmówi Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

    Zamieszanie było duże, skoro spotkanie z regulatorami rynku organizowała Janet Yellen, Sekretarz Skarbu USA, a nieformalny przywódca inwestorów z WallStreet Bets Keith Gill był przesłuchiwany w amerykańskim Senacie. Zamieszanie to dotyczyło jednak przede wszystkim ryzyk związanych z sytuacją finansową funduszy hedgingowych. Gdy brakowało im kapitału, musiały zamykać swoje pozycje, co wywoływało zagrożenie dla stabilności całego systemu rynków finansowych.

    Czy w takiej sytuacji, gdy akcje GameStop w ciągu jednego dnia straciły na wartości 60 proc., powinno dojść do zawieszenia ich notowań? Czy potrzebne są nowe regulacje, które ograniczą aż tak ostrą spekulację?

    – Istniejące zabezpieczenia, także na warszawskiej giełdzie, są wystarczające komentuje ekspert CMC Markets.Natomiast skłonność do spekulacji, która jest już gigantyczna, nadal będzie rosnąć. Dotyczy to nie tylko bitcoina, ale też na przykład akcji Tesli, co tylko potwierdza beztroskę inwestorów, ich chciwość i pazerność. To są nastroje, które najlepiej określają „zalany przez gotówkę” rynek.

    Spekulacje giełdowe na niespotykaną dotąd skalę to efekt połączenia możliwość inwestowania drobnych środków przez aplikacje, takie jak RobinHood, z pompowaniem pieniędzy na rynki kapitałowe, związanym z bardzo niskimi stopami procentowymi i pakietami pomocowych dla gospodarki, takimi jak „czeki Bidena”. Taka sytuacja będzie utrzymywać się w najbliższych miesiącach, więc nie wykluczone, że znów będziemy świadkami „kosmicznych” wycen niektórych spółek i kolejnych bitew inwestorów indywidualnych z gigantami Wall Street.

  • Zerowe stopy procentowe? Może dojść do bardzo dużego osłabienia złotego

    Zerowe stopy procentowe? Może dojść do bardzo dużego osłabienia złotego

    Czy prezes NBP chce obniżyć stopy procentowe, aby osłabić polską walutę? A może chodzi o inne konsekwencje, takie jak wyższe wpływy do budżetu państwa? Stracą na tym nie tylko posiadający oszczędności.

    30 grudnia prezes NBP w wywiadzie dla portalu Obserwator Finansowy (związanego z bankiem centralnym) zapowiedział, że w I kw. 2021 r. „możliwe jest dalsze obniżenie stóp”. I ocenił także, że „narastająca ostatnio presja na wzrost wartości złotego jest bardzo niepokojąca i bardzo szkodliwa”.

    Będziemy mieli zerowe bądź ujemne stopy procentowe? Wiemy więc, że takie pomysły są, pozostaje jednak pytanie co miałoby to dać polskiej gospodarce.

    – To prowadziłoby do obniżenia kosztów finansowania deficytu budżetowego, pod warunkiem, że nie zostanie w ten sposób popełniony błąd, powodujący wzrost rentowności obligacji rządowychmówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

    Już przed kilkoma tygodniami NBP interweniował na rynku walutowym. Krótkotrwale wywołał osłabienie polskiej waluty, rynek szybko doprowadziła do korekty, złoty wobec najważniejszej waluty osłabł tylko o 5 gr. Dwóch członków RPP komentowało, że celem tych działań było polepszenie sytuacji polskich eksporterów.

    – To nie jest działanie, które pchnęłoby do przodu polską gospodarkę, a więc konsumpcję i inwestycje, bo dla konsumpcji ważne są dochody realne i inflacja, która jest wysoka, a ujemne stopy procentowe będą bardzo negatywnie oddziaływać na mechanizm alokacji kapitału, wywołując nieracjonalne decyzje komentuje ekspert XTB.Są przykłady krajów, które działając w taki sposób wpadły w pułapkę niskiego wzrostu gospodarczego.

    Dla NBP najistotniejszym dążeniem powinno pozostać osiągniecie cele inflacyjnego. To wyklucza politykę kontrolowania kursu walutowego. Na dodatek doświadczenia banków centralnych potwierdzają, że długoterminowo próby oddziaływania na kurs waluty są kosztowne i nieskuteczne. Jaki mogą mieć więc wpływ na finanse NBP, który zwykle w bardzo istotny zasila budżet państwa?

    Wpływ byłby pozytywny, ze względu na duże rezerwy walutowe NBP. Im zloty będzie słabszy, a obce waluty droższe, tym większy zysk wykaże bank centralny.

    – Mam nadzieję, że celem NBP nie stało się zwiększenie wpływów do budżetu państwa, bo byłby to bardzo zły precedensdodaje dr Przemysław Kwiecień.Natomiast gdy przesadny optymizm giełdowych inwestorów osłabnie i pęknie bańka spekulacyjna na rynkach finansowych, to może dojść do dużo większego osłabienia złotego niż życzyłby sobie NBP.

  • Nakładanie danin podczas kryzysu może okazać się gwoździem do trumny wielu firm

    Nakładanie danin podczas kryzysu może okazać się gwoździem do trumny wielu firm

    Od stycznia wchodzi w życie tzw. podatek cukrowy, nakładający na producentów napojów obowiązek odprowadzania opłaty za dosładzanie produktów, bez względu na to, czy jest dodawany cukier, czy jego zastępniki. Zdaniem Marka Moczulskiego, prezesa firmy Unitop, wprowadzanie kolejnej daniny w czasie, gdy branża gastronomiczna i jej dostawcy walczą o przetrwanie, jest niezrozumiałe. Przedstawia on pięć postulatów do rządu, które ułatwiłyby działanie firm, nie tylko branży spożywczej i gastronomicznej.

    – Podatek cukrowy jest kolejnym obciążeniem dla firm, chyba już 25. w ostatnich kilku latach. Jest niczym innym jak kosztem, który będą musieli ponieść zarówno producenci, jak i konsumenci, bo należy pamiętać, że od 1 stycznia ceny napojów, które zawierają cukier, wzrosną o 30–40 proc., jeśli nie więcejmówi Biznes Marek Moczulski, prezes Unitopu, producenta słodyczy, m.in. chałwy i sezamków. – Jest to bardzo niefortunny moment. Mamy do czynienia z sytuacją kryzysową, która będzie dla nas istotnym wyzwaniem. Kryzys dopiero się rozpoczyna, wprowadzenie kolejnego podatku teraz jest niepotrzebne i niezrozumiałe.

    1 stycznia producenci słodzonych napojów będą musieli uiszczać tzw. opłatę cukrową. Składać się ona będzie z dwóch części: stałej i zmiennej. Pierwsza wyniesie 0,50 zł na litr w przypadku, gdy zawartość substancji słodzącej nie przekracza 5 g na 100 ml napoju. Druga to 0,05 zł za każdy gram cukru lub słodzika powyżej tej granicy. Z pierwszej opłaty zwolnione będą napoje z zawartością soków owocowych i warzywnych powyżej 20 proc. Dodatkowo za napoje energetyzujące, zawierające na przykład kofeinę czy taurynę, producenci płacić będą dodatkowe 10 gr za litr. Opłacie nie będą podlegać izotoniki.

    Branża od niemal roku, gdy powstał pierwszy projekt ustawy, argumentuje, że tak sformułowane przepisy nie spowodują, że wybory Polaków staną się zdrowsze, czym jest on uzasadniany, bo konsumenci sięgną po napoje najtańsze, a te powstają ze sztucznych składników. Niezrozumiałe dla producentów wydaje się także obłożenie opłatą np. napojów słodzonych bezkalorycznymi słodzikami czy naturalną stewią.

    Podatek, nazywany przez rząd „opłatą”, dotknie nie tylko producentów napojów, ale też ich dostawców (sadowników), odbiorców (sklepy, hurtownie, gastronomię) i konsumentów. Dla wielu przedsiębiorców może to oznaczać konieczność zakończenia działalności.

    – Zamknięte restauracje i punkty gastronomiczne ponoszą konkretne straty, zwalniają ludzi, nie mają wystarczającego obrotu. Sprzedaż na wynos tego nie rekompensuje, być może pozwala na utrzymywanie się na powierzchni, ale to jest wegetacja – tłumaczy Marek Moczulski. Z kolei ci, którzy dostarczali do HoReCa, a więc wszyscy producenci mięsa, produktów mlecznych czy napojów, w początkowym okresie mieli potężny problem, latem była pewna odwilż i teraz znów borykają się z tym samym problemem. Statystyki są coraz gorsze, bo branża gastronomiczna wpada w długi. Około 10 proc. firm gastronomicznych wpadło w istotne pętle zadłużenia, według statystyk to jest już ponad 700 mln zł nieuregulowanych długów. Ci, którzy sprzedawali do branży gastronomicznej, też mają problemy.

    Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wskazują, że w drugi lockdown pod koniec października branża gastronomiczna wchodziła z prawie 700 mln zł zaległości. Przed wiosennym zamknięciem było to mniej niż 650 mln zł.

    Jak wynika z badania Instytutu Keralla Research dla BIG InfoMonitor, cokwartalnego badania wykonywanego wśród 500 mikroprzedsiębiorstw oraz małych i średnich firm, w ostatnim kwartale roku problem faktur przeterminowanych o co najmniej dwa miesiące zaczyna dotyczyć zdecydowanie większej grupy biznesów. Jeszcze w III kwartale odsetek firm skarżących się na takie zaległości topniał, np. w 2019 roku wynosił 50 proc., a w tym już tylko 33 proc., ale w IV kwartale wzrósł on do prawie 46 proc. Co trzecia firma mówi, że przyczyną tych kłopotów jest pandemia.

    Marek Moczulski proponuje swój zestaw postulatów, których wprowadzenie poprawiłoby sytuację przedsiębiorców.

    – Określę to „piątką Moczulskiego”. Po pierwsze, żadnych nowych podatków, żadnych nowych danin, bo część nazywa się dowcipnie opłatą: deszczową, cukrową czy innymi. Po drugie, jeśli jakakolwiek regulacja ma być wprowadzona dla biznesu, to dwie regulacje, które istnieją w tej chwili, muszą być wyrzucone z ustawodawstwa  przekonuje prezes Unitopu.Trzeci postulat jest taki, że jakakolwiek regulacja, która ogranicza swobodę działalności gospodarczej, musi mieć odpowiednio długi okres karencji, a jakiekolwiek skutki, jeśli są finansowe, muszą być właściwie policzone. Najlepszym przykładem jest słynna piątka antyhodowlana, dowcipnie nazywana piątką dla zwierząt, gdzie po prostu nic nie policzono i próbowano wręcz zabronić legalnie działającej działalności hodowli, plus ograniczyć hodowlę nie tylko tzw. futrzaków, ale też bydła czy innych zwierząt. W czasach kryzysu to jest niewybaczalne.

    Podobnie było z podatkiem cukrowym. Projekt został przedstawiony do konsultacji w piątek 20 grudnia 2019 roku, tuż przed świętami, Nowym Rokiem i świętem Trzech Króli, gdy wiele osób planowało wolne. Jako termin zgłaszania opinii wyznaczono 10 stycznia br., a podatek miał pierwotnie obowiązywać już od 1 kwietnia. Producenci przekonywali, że to zbyt krótki okres, by opracować nowe receptury produktów. Podawali też przykład Wielkiej Brytanii, gdzie branża dostała dwa lata na przygotowanie się do nowych przepisów. Ostatecznie ze względu na pandemię przesunięto datę na 1 lipca, a potem prace nad nowym prawem zawieszono. Latem zostały jednak wznowione i pod koniec sierpnia prezydent Andrzej Duda podpisał uchwaloną ustawę.

    – Kolejny element mojej piątki jest taki, żeby rząd łaskawie nie przeszkadzał w prowadzeniu działalności gospodarczej, tylko usprawnił sądownictwo. Wymiar prawa i liczba stanowionych praw jest po prostu zbyt duża. I piąty postulat – wróćmy do prostej ustawy o działalności gospodarczej, która uwolniła inicjatywę Polaków i dała im skrzydła w 1989 roku i przez kilka następnych lat – konkluduje Marek Moczulski.

    Ustawa z 23 grudnia 1988 roku o działalności gospodarczej, zwana „ustawą Wilczka” od nazwiska ówczesnego ministra przemysłu Mieczysława Wilczka, miała bardzo liberalny charakter i położyła podwaliny pod rozwój drobnej przedsiębiorczości Polaków. Liczyła sześć rozdziałów rozpisanych na zaledwie pięciu stronach.

  • Co zdrożało najbardziej w 2020 roku?

    Co zdrożało najbardziej w 2020 roku?

    Na światowym rynku surowców w kryzysowym roku to nie metale szlachetne drożały najbardziej. Rekordowe zyski dało inwestowanie w drewno.

    Na rynku kontraktów terminowych drewno zdrożało na giełdzie w Nowym Jorku o ponad 100 proc.

    – To efekt bardzo dużego wzrostu popytu związanego z rynkiem nieruchomości i jednocześnie ograniczenia podaży, w konsekwencji nałożenia ceł na drewno z Kanadymówi Michał Stajniak, ekspert XTB.

    Rynek drewna nie ani duży, ani zbyt płynny. Dużo większe zainteresowanie inwestorów dotyczy metali i zbóż.

    Wśród najbardziej popularnych surowców liderem wzrostu okazało się srebro. Jego cena wzrosła do 26 USD za uncję.

    – Był to wzrost bardzo solidny, bo przekraczający 40 proc. wyjaśnia ekspert XTB.Dla przypomnienia, rok wcześniej tym liderem był pallad, który w 2020 r. znalazł się w tyle tej stawki drożejących surowców.

    Wzrost cen srebra powiązany jest w 2020 r. ze wzrostem popytu na metale przemysłowe. Srebro i miedź to surowce, które wydobywane są razem. Miedź podrożała o 30 proc.

    Srebro drożało dwukrotnie szybciej niż złoto. Cena srebra wzrosła do 26 USD za uncję, a złota do 1 887 USD za uncję. Natomiast wzrost cen platyny nie był nawet dwucyfrowy.

    Duże straty na kontraktach terminowych ponieśli inwestorzy kupujący ropę naftową. Ropa brent potaniała o 21 proc.

    – Największym przegranym są produkty ropopochodne, benzyna i destylatywyjaśnia M.Stajniak.

    Bardzo straciły też rynki trzody chlewnej i bydła, ze względu na ograniczenie popytu zwłaszcza w Chinach.

    Indeks Bloomberga dla rynku surowców stracił w 2020 r. 6 pkt. proc.

    Mijający rok był więc dobry dla rynku metali, a także dla rynku zbóż. Od listopada bardzo drożała kawa, ale w skali całego roku jej cena spadła o 5 proc. i nie może się wybić z wieloletniego poziomu konsolidacji.

  • Polacy chcą mieć zdrowy dom – większość z nich nie wie, co to oznacza

    Polacy chcą mieć zdrowy dom – większość z nich nie wie, co to oznacza

    „Mój dom musi być przede wszystkim zdrowy” – pod tym zdaniem podpisalibyśmy się chyba wszyscy. Zależy nam na tym, by rodzinna przystań była idealnym miejscem relaksu, chcemy w niej spokojnie oddychać i spać.

    O tym, czy tak będzie, przesądzają decyzje podejmowane na samych początkach: bryła i projekt, orientacja budynku względem stron świata, wybór materiałów budowlanych czy technologii grzewczych. Czy Polacy wiedzą, co kryje się za ideą zdrowego domu? Firma Wienerberger sprawdziła to z agencją badawczą SW Research.

    Inwestorom zawsze zależało na tym, by budować z naturalnych materiałów, stosować technologie zapewniające jak najskuteczniejsze utrzymywanie ciepła i nie dopuszczać do sytuacji, w której w domu mogą pojawić się drobnoustroje, grzyby czy pleśnie.

    Zdrowie jest ważne – i ważniejsze niż pieniądze

    Gdy w grę wchodziło jednak dodatkowe obciążenie portfela inwestora, z rozwiązań budowlanych korzystnie wpływających na samopoczucie i zdrowie mieszkańców rezygnowano dość często. W 2016 roku niemal tyle samo osób wskazywało, że kwestia zdrowia jest dla nich obszarem najważniejszym bądź drugim w hierarchii, co tych opowiadających się za „ekonomią”, tj. kosztami budowy i eksploatacji[1].

    Badanie przeprowadzone przez SW Research w październiku br. wśród osób planujących w najbliższym czasie budowę domu pokazuje, że największą wagę przywiązujemy dziś do połączenia aspektów zdrowego domu z jego funkcjonalnością i wygodą. Nawet wtedy, kiedy wymaga to od nas zwiększenia kosztów całej inwestycji: wybrania nieco droższych materiałów budowlanych czy zainwestowania czasu w poszukiwanie rozwiązań, które pozytywnie wpłyną na nasze samopoczucie i uchronią przed syndromem chorego budynku. Ponad 75% osób stawia te wyzwania na pierwszym miejscu[2]. To o 11% więcej niż cztery lata temu.

    Deklaracje a stan wiedzy

    Zwiększenie świadomości Polaków w zakresie tego, czym powinien być zdrowy dom pozostaje jednak aktualnym i realnym wyzwaniem. Wciąż zdarza się, że inwestorzy nie są w stanie skonkretyzować, dlaczego zagadnienie zdrowego domu jest dla nich istotne Do najczęstszych odpowiedzi na pytanie o uzasadnienie znaczenia „zdrowia” zadane w badaniu przeprowadzonym przez SW Research pojawiały się odpowiedzi „bo to jest najważniejsze” (48%), „bez tego nie można funkcjonować” (17%). Chcemy, żeby dom był zbudowany z bezpiecznych i ekologicznych materiałów. Nie mamy jednak świadomości, jak właściwie podchodzić do projektowania domu oraz wyboru materiałów, które w dłuższej perspektywie najlepiej przysłużą się naszemu zdrowiu.

    Chcę mieć zdrowy dom – czyli jaki?

    „Zdrowy dom” zaczyna się już na pierwszym etapie realizacji planu: zaprojektowaniu bryły, orientacji budynku na działce, a następnie, m.in. przy wyborze materiałów budowlanych, okien czy źródeł pozyskiwania energii. Zdrowy dom należy postrzegać jako system elementów, których właściwe dopasowanie skutkuje najlepszymi parametrami budynku bezpośrednio przekładającymi się na nasze samopoczucie i komfort. Taką filozofię prezentuje koncepcja domu e4 firmy Wienerberger. Odzwierciedla ona filozofię dotyczącą budowania domów, które korzystnie wpływają na zdrowie, a także środowisko i portfel inwestora. Do jej czterech, istotnych filarów należą „emocje i zdrowie”, ekologia”, „energia” oraz „ekonomia.

    Stawiając na koncepcję e4 firmy Wienerberger, inwestor otrzymuje gwarancję, że jego wymarzony dom będzie nie tylko zdrowy i przyjazny dla środowiska, ale jednocześnie wydajny energetycznie oraz ekonomicznie. Naszym klientom oferujemy nowoczesne kompleksowe ceramiczne rozwiązania dostosowane do ich indywidualnych potrzeb, ułatwiające i usprawniające proces budowy. Na każdym etapie realizacji projektu jesteśmy też zaufanym doradcą, do którego klient może się zgłosić z jakimikolwiek wątpliwościami. Dzięki takiemu podejściu i dbałości o detale zapewniamy inwestorom komfort życia i bezpieczeństwo we własnym domu – mówi Monika Sikorska, PR Manager z firmy Wienerberger.

    Mówiąc „emocje i zdrowie”, myślimy: swobodny oddech, komfortowy sen, odpowiednia temperatura, duża ilość światła, wyciszenie po ciężkim dniu w pracy lub szkole. W domach wybudowanych w koncepcji e4 firmy Wienerberger panuje wyjątkowo korzystny mikroklimat, a to wszystko za sprawą wykorzystanych w trakcie wznoszenia ścian rozwiązań. Zastosowanie pustaków ceramicznych Porotherm, które dzięki wypalaniu w wysokich temperaturach pozbawione są wilgoci technologicznej i cechują się niską nasiąkliwością oraz bardzo dobrą paroprzepuszczalnością, sprawia, że wilgoć z wnętrza budynku swobodnie przedostaje się na zewnątrz. Zapobiega to pojawieniu się drobnoustrojów, grzybów czy pleśni odpowiedzialnych często za przemęczenie, alergie, częste bóle głowy, a nawet kłopoty ze swobodnym oddychaniem. Proponowane w ramach e4 rozwiązania odpowiadają zatem na potrzeby 62% ankietowanych inwestorów, dla których synonimem „zdrowego domu” są przede wszystkim suche ściany i brak pleśni.

    Z kolei w kontekście „ekologii”, oczekujemy korzystania z odnawialnych i czystych źródeł energii oraz ekologicznych, naturalnych materiałów budowlanych. Do najbardziej naturalnych należą pustaki ceramiczne wśród materiałów murowych (49% wskazań), z których budowane są domy w koncepcji e4 firmy Wienerberger oraz wełna mineralna bądź skalna wśród materiałów dociepleniowych (59% ankietowanych).

    W pozostałych 2 elementach: „energia” oraz „ekonomia”. Wienerberger stawia na nowoczesne technologie i systemy umożliwiające produkcję energii cieplnej przez budynek i redukcję jej strat przy wyważonych kosztach budowy, utrzymania i ewentualnej konserwacji.

    [1] „Dom na lata – Polacy o budowie i zakupie domu”, Kantar MilwardBrown dla Wienerberger, 2016 rok
    [2] „Badanie opinii budowy energooszczędnego, komfortowego, zdrowego domu”, SW Research dla Wienerberger, październik 2020
  • Indeks GIP60: Wysoki wzrost GIP60 w listopadzie

    Indeks GIP60: Wysoki wzrost GIP60 w listopadzie

    Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) w listopadzie wzrósł o 16,52% do 811,65 pkt. Napływ świeżego kapitału do warszawskiej GPW nie ominął polskich producentów, którzy odbudowali część utraconej wartości rynkowej. Odmrożenie gospodarki i poprawiająca się od stosunkowo szybko koniunktura w przemyśle daje nadzieję na kontynuację wzrostu wartości polskich producentów.

    Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc listopad. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

    „Sprawdziły się nasze ostatnie prognozy i przedostatni miesiąc roku był dla akcji polskich producentów bardzo korzystny. Ponad połowa spółek z GIP60 zanotowała dwucyfrowy wzrost cen, a akcjom 10 spółek udało się wzrosnąć nawet o 30% i więcej. Na przeciwległym biegunie jedynie pięć spółek, które kończą listopad z niższą ceną niż go zaczynali, w tym kolejny gwałtowny spadek na akcjach spółki Biomed-Lublin (-30,57%).
    W przekroju branżowym średnie miesięczne stopy zwrotu na dwucyfrowym poziomie zaobserwowano w listopadzie we wszystkich branżach z wyjątkiem producentów mebli i wyrobów drewnianych (średnio wzrost o 1,66% m/m) oraz producentów z branży farmaceutycznej (średnio spadek o 5,2% m/m), którzy zmagają się z solidnymi spadkami już drugi miesiąc z rzędu. Najwyższe stopy zwrotu zaobserwowano wśród projektantów, czyli producentów odzieży, którzy rośli w listopadzie średnio o 37,75%, głównie za sprawą 61% wzrostu na akcjach polkowickiej CCC, ale również dzięki LPP (+31,11% m/m) i Vistuli (+21,12% m/m). Również wśród producentów z branży motoryzacyjnej nie zabrakło przypadków gwałtownego odbicia cen akcji – o 68,3% wzrosła wartość wieluńskiego Wieltonu, a spółki Sanok o 35,83%.

    Pozostałe branże także obfitowały w niesamowite okazje inwestycyjne, akcje producentów z branży metalurgicznej zyskiwały średnio 24,47%, producentów z przemysłu lekkiego 20,70%, elektromaszynowego 16,56%, materiałów budowlanych 15,27%, spożywczej 13,14%, chemicznej 12,17% a producenci z branży tworzyw sztucznych zyskiwali średnio 11,82%.

    Duże polskie marki produkcyjne docenione przez inwestorów

    Pierwsze miejsce w listopadowej klasyfikacji GIP60 dla grupy Wielton za miesięczny wzrost ceny akcji o 68,30%. Po licznych akwizycjach Grupa Wielton zwiększyła dywersyfikację portfela produktowego oraz rynków zbytu, dzięki czemu stosunkowo dobrze broni się przed konsekwencjami problemu epidemiologicznego, czego do tej pory nie odzwierciedlał kurs akcji. Otwarcie nowego zakładu produkcji specjalistycznych naczep niskopodłogowych w głównej siedzibie spółki w październiku pokazuje, że przejęcia były przemyślane i wpisują się w długofalową strategię spółki, która jest konsekwentnie realizowana. Akcje spółki mają ciągle jeszcze duży potencjał do wzrostów, gdyż obecnie wartość rynkowa grupy znajduje się mniej więcej na poziomie kwartalnych przychodów, a przecież mówimy tu o jednym z europejskich liderów branży i firmie z globalnego Top 10.

    Drugie miejsce listopadowego rankingu przypadło spółce CCC za miesięczny wzrost o 61,03%. Akcje producenta i dystrybutora obuwia w listopadzie odrobiły niemalże całość spadków kumulowanych od początku czerwca. W najtrudniejszym okresie spółka aktywnie ograniczała ryzyko utraty płynności, a obecnie odpracowuje zaległości notując solidne odbicie sprzedaży – w październiku przychody wzrosły o 16% r/r. Informacja o otwarciu galerii handlowych na kilka tygodni przed świętami dodatkowo pobudziła apetyt inwestorów na akcje tej spółki. Na uwagę zasługuje też rosnąca w siłę w strukturze spółki gałąź sprzedaży e-Commerce, co do której pojawiły się ambitne plany dalszego rozwoju.
    Podium klasyfikacji GIP60 w listopadzie zamyka Rafako w restrukturyzacji za wzrost ceny akcji o 58,80%. Akcjom spółki pomogła informacja o oddaniu do eksploatacji nowego bloku energetycznego w Jaworznie. Również upubliczniony w trakcie miesiąca Plan Restrukturyzacyjny został dobrze odebrany przez rynek. Wyniki spółki za III kw. ujawniły niewielki wzrost przychodów w porównaniu z III kw. ubiegłego roku, ale także wzrost straty netto o ponad połowę, na co kurs akcji zareagował niewielkimi, ale systematycznymi spadkami w kolejnych dniach po ogłoszeniu wyników.

    Pozytywne sygnały na najbliższe miesiące

    Do końca listopada wiele spółek opublikowało swoje wyniki z III kwartału 2020 roku. Stało się to niezłą okazją do weryfikacji przez inwestorów tego jak emitenci radzili sobie w kolejnym kwartale niełatwego 2020 roku. Wyniki polskich spółek przemysłowych potwierdziły względnie wysoką odporność na zawirowania rynkowe wywołane przez pandemię koronawirusa. W III kwartale zaobserwowano wzrost przychodów względem analogicznego okresu poprzedniego roku, a wynik netto był w branży średnio aż o 70% wyższy niż w ubiegłym roku (sic!). Polskie spółki produkcyjne wyróżniają się nie tylko na tle innych dużych i średnich spółek notowanych na GPW, ale również wypadają korzystnie na tle innych krajów Unii Europejskiej, gdzie wzrost produkcji był wolniejszy niż u nas.
    Poprawę koniunktury przemysłowej widać również w badaniach nastrojów panujących wśród kadry menedżerskiej spółek z tej branży. Korzystny wynik wskaźnika PMI® utrzymuje się już trzeci miesiąc w Polsce (50,8), a u naszych najważniejszych partnerów handlowych osiągnął w listopadzie rekordowe wartości (Niemcy 57,8, Czechy 53,9, Holandia 52,2, USA 56,7, Chiny 54,9). Znaczny wzrost zaobserwowano również na globalnym agregacie wskaźnika PMI®, współtworzony przez J.P.Morgan, którego wartość w listopadzie wyniosła 53,7 – najwyżej od końca 2017 roku.

    Rada Polityki Pieniężnej utrzymała podstawowe stopy procentowe na niezmienionym poziomie bliskim zera, co powinno przełożyć się na utrzymanie stosunkowo niskiego kursu złotówki, co ma bezpośredni wpływ na konkurencyjność polskich eksporterów, a więc również polskich spółek produkcyjnych.

    Równolegle sytuacja epidemiologiczna wydaje się poprawiać, a przynajmniej rozpoczęto proces luzowania obostrzeń ekonomicznych. Przy dobrych wiatrach powinno to pobudzić gospodarkę w ostatnim miesiącu roku, a także przyciągnąć kapitał inwestorów do polskich spółek produkcyjnych, które radzą sobie podczas tego kryzysu bardzo dobrze. Mimo sporego odbicia w ostatnim miesiącu wyceny polskich spółek produkcyjnych są ciągle relatywnie niskie dlatego można oczekiwać dalszych wzrostów w kolejnych miesiącach. O ile znowu nie zaskoczy nas kolejna zmiana sytuacji epidemiologicznej.”

  • W pogoni za kompetencjami – o trendzie na rynku pracy IT

    W pogoni za kompetencjami – o trendzie na rynku pracy IT

    Najczęstszym problemem wśród specjalistów zajmujących się bezpieczeństwem informacji jest brak kompetencji cyfrowych. Niedobór specjalistów wysokiej klasy w tym obszarze jest identyfikowany z zagrożeniem dla cyberbezpieczeństwa, a dalej dla przychodów, bezpieczeństwa i stabilności gospodarczej. To prawda – jednak tylko do pewnego stopnia. W taki sposób problem jest definiowany w większości przypadków – jedynie jako brak wykwalifikowanych kandydatów na podobne stanowiska. Z naszych doświadczeń wynika, że nie do końca tak jest.

    Ile kompetencji cyberbezpieczeństwa można kupić za 10 tys. PLN?
    Niektóre problemy związane z zatrudnianiem pracowników bezpieczeństwa odzwierciedlają szersze kwestie kadrowe: każdy chce mieć „gotowego do potrzeb człowieka” – specjalistę, ale niekoniecznie za stawkę rynkową. Często słyszymy argumenty odnoszące się do „braku czasu na szkolenia kogoś” z jednoczesną deklaracją „potrzeby natychmiastowego złagodzenia zagrożeń”.

    Czym w ogóle jest cyberbezpieczeństwo?

    Wiele organizacji wydaje się budować wymagania kadrowe w zakresie cyberbezpieczeństwa wokół tytułu zawodowego w dziedzinie informatyki. Dawniej była to dobra strategia, ale obecnie tytuły zawodowe związane z informatyką i cyberbezpieczeństwem nieco się rozbiegają – z kilku powodów.

    Oczywiście cyberbezpieczeństwo jest bezpośrednio skorelowane z informatyką, zarówno pod kątem zasobu wiedzy, jak i codziennych czynności. Jednak większość osób zajmujących się informatyką chce tworzyć oprogramowanie. Ponadto większość programów edukacyjnych z zakresu informatyki oferuje niewielki zakres wiedzy w obszarze bezpieczeństwa. Częściowo wynika to z faktu, że jest ogrom innych materiałów do omówienia, a częściowo dlatego, że samo bezpieczeństwo nie jest jeszcze odrębną dziedziną. Dla złagodzenia braków kadrowych obiecujące są dziś metodologie DevSecOps. Dzięki nim programiści mogą z czasem poznawać dziedzinę i zacząć dbać o bezpieczeństwo, jednak w tej chwili nie są to jeszcze bardzo popularne metodologie.

    O którym cyberbezpieczeństwie mówimy?

    Póki co, sama problematyka bezpieczeństwa jest niedokładnie zdefiniowana.  Obejmuje tak wiele różnych zestawów umiejętności, że nawet doświadczeni eksperci ds. bezpieczeństwa często nie wiedzą jaki dokładnie powinien być zakres ich odpowiedzialności. Ta specjalizacja obejmuje takie elementy, jak analiza złośliwego oprogramowania, testy penetracyjne, przegląd kodu, analiza kryminalistyczna, analiza zagrożeń, ocena ryzyka, ocena zgodności, kryptografia – szyfrowanie, monitorowanie sieci i reagowanie na incydenty. Wymaga także zrozumienia innych dziedzin, w tym tworzenia oprogramowania, architektury aplikacji, architektury informacji, wizualizacji danych, prawa, podstawowych zasad biznesowych i skutecznej komunikacji. Czasami wymaga wiedzy z dziedzin takich jak geopolityka, ekonomia globalna, przeciwdziałanie terroryzmowi, psychologia behawioralna i metody statystyczne.

    Żadna instytucja, póki co, nie jest w stanie skutecznie tego wszystkiego ująć w jednym programie. Ponadto potrzeby poszczególnych organizacji będą również zdeterminowane różniącymi się od siebie strategiami, architekturami bezpieczeństwa oraz perspektywą osób odpowiedzialnych za zatrudnianie. Oznacza to, że nawet doświadczeni specjaliści po prostu muszą stale zdobywać nowe umiejętności.

    Dlatego właśnie zawodowe stopnie zdobyte na uczelniach, nie przystają do rzeczywistości, a sama dziedzina jest tak odporna na kategoryzację. Obecnie tylko osoby nieustająco uzupełniające wiedzę w tym obszarze mogą czuć się prawdziwymi specjalistami. Z naszego doświadczenia wynika, że jest to kluczowa cecha eksperta cyberbezpieczeństwa: nieustanne zainteresowanie dziedziną, ideą bezpieczeństwa, czy doniesieniami w tym obszarze.  Taki specjalista po prostu nauczy się wszystkiego, czego będzie od niego wymagała sytuacja – często taka, do której trudno będzie znaleźć eksperta z doświadczeniem w tym obszarze, bo cyberzagrożenia nieustannie się zmieniają i stale napotykamy na jakieś zupełnie nowe.

    Skuteczniej: wyszkolić własnych ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa

    Inwestowanie w niewykwalifikowanych, ale zmotywowanych kandydatów może wydawać się ryzykowne. Byłoby wspaniale, gdyby można po prostu stworzyć eksperta bezpieczeństwa ze studenta, ale zarówno historia, jak i rozwój dziedziny cyberochrony wskazują na potrzebę budowania kompetencji, a nie „kupowania” ich w ten sposób. Kluczem do pozyskania odpowiedniego specjalisty jest przetestowanie jego pasji. Dla ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa ciągłe uczenie się jest częścią pracy.
    Jeśli już znajdujemy kogoś, kogo ciągnie do tematu cyberbezpieczeństwa z tytułu zainteresowań, to postawienie na szkolenie takiej osoby jest celowe. Z naszych doświadczeń wynika, że pasjonaci są bardziej efektywni, zaś ich szkolenie nie winduje kosztów tak, jak zatrudnianie ekspertów „na miarę”. Musimy również podkreślić, co także wynika z naszego doświadczenia, że ​​wielu najlepszych kandydatów będzie pochodzić z innych środowisk, niż tradycyjnie – informatyka. Samouki, pasjonaci, hobbyści i kandydaci do nauki programowania są chętni i zdolni do uczenia się, a w związku z tym do osiągania sukcesów w tej coraz istotniejszej dla życia i gospodarki dziedzinie.

  • Ceny ropy naftowej zmieniają się jeszcze szybciej

    Ceny ropy naftowej zmieniają się jeszcze szybciej

    Informacje o szczepionkach na koronawirusa wpływają bardzo na zmienność cen ropy naftowej. Popyt może odrobić straty szybciej niż niedawno jeszcze oczekiwano.

    W ciągu zaledwie jednego tygodnia listopada ropa naftowa zdrożała o 8 proc. Przez pierwsze trzy tygodnie listopada cena ropy brent wahała się pomiędzy 39-44 USD za baryłkę.

    Zmienność cen ropy naftowej na światowych giełdach będzie wysoka, także ze względu na konsekwencje wyborów prezydenckich w USA.

    – Długoterminowo wybór Joe Bidena będzie niekorzystny dla rynku ropy naftowej, natomiast krótkoterminowa reakcja będzie odwrotnamówi Michał Stajniak, ekspert XTB.Wynika to z tego, że J.Biden jest zwolennikiem dużego wsparcia finansowego dla amerykańskiej gospodarki, a dodatkowa ilość pieniędzy na rynku doprowadzi do odbicia popytu, co najmniej w krótkim terminie.

    Jeżeli optymistyczne informacje o szczepionkach na koronawirusa nadal będą się potwierdzać wówczas także wzrastać będzie popyt, ale to już dotyczy perspektywy kilkunastu miesięcy.

    Podaż może bardzo łatwo dostosować się do popytu, gdy ten będzie rosnąć. Libia, która nie należy do OPEC zwiększa wydobycie. Jeżeli Joe Biden doprowadzi do odnowienia porozumienia Iran-USA, to Iran może zwiększyć produkcję o 2 mln baryłek dziennie.

    – Zanim dojdzie do odbudowy popytu, do końca tego roku ceny ropy brent mogą spaść do poziomu 40 USD za baryłkęocenia ekspert XTB.

  • Stopy procentowe – czym są i jakie mają znaczenie?

    Stopy procentowe – czym są i jakie mają znaczenie?

    Zmiany stóp procentowych wpływają nie tylko na wysokość rat kredytów czy oprocentowanie lokat, ale oddziałują na całą gospodarkę. Czym właściwie są stopy procentowe, kto i w jaki sposób ustala ich wysokość oraz jak to wpływa na konsumentów i gospodarkę?

    Pandemia Covid-19 to wyzwanie nie tylko dla medycyny i systemu opieki zdrowotnej, lecz również dla gospodarki. Wprowadzane przez rząd ograniczenia, mające na celu przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się koronawirusa, negatywnie odbijają się na handlu i usługach, powodując spadek dochodów wielu firm. To wszystko sprawia, że przedsiębiorcy stają przed widmem braku płynności, a to może oznaczać reakcję łańcuchową – trudności kolejnych przedsiębiorstw i zwolnienia. Dlatego w obliczu kryzysu bank centralny podejmuje działania, których celem jest zapewnienie odpowiedniej ilości gotówki w obrocie gospodarczym. Jednym z narzędzi, jakimi dysponuje Narodowy Bank Polski, jest obniżanie stóp procentowych.

    Czym są stopy procentowe?

    Stopa procentowa to najprościej rzecz ujmując cena pieniądza, czyli stawka, jaką kredytobiorca płaci za pozyskanie pieniądza (a z drugiej strony – stawka, którą uzyskuje kredytodawca za udostępnienie środków pieniężnych).

    Narodowy Bank Polski ustala pięć stóp procentowych, dotyczących różnych sposobów uzyskiwania płynności przez banki komercyjne. Są to: stopa referencyjna, stopa lombardowa, stopa depozytowa, stopa redyskontowa i stopa dyskontowa.

    Stopa referencyjna określa poziom rentowności bonów pieniężnych emitowanych przez NBP a kupowanych bądź sprzedawanych przez banki komercyjne. Wysokość stopy referencyjnej wpływa na wysokość oprocentowania pożyczek na krajowym rynku międzybankowym (WIBOR), dlatego ten rodzaj stóp procentowych oddziałuje na koszt kredytów udzielanych przez banki komercyjne. Im niższy poziom stopy referencyjnej, tym niższy koszt kredytu.

    Stopa lombardowa to wysokość oprocentowania pożyczki udzielanej przez NBP bankowi komercyjnemu pod zastaw papierów wartościowych. Jej obniżanie redukuje koszt pieniądza pozyskiwanego przez banki.

    Stopa depozytowa to z kolei wysokość oprocentowania jednodniowych depozytów składanych przez banki komercyjne w banku centralnym. Im wyższy jest poziom stopy depozytowej, tym wyższa jest rentowność depozytów w bankach komercyjnych.

    Stopa redyskontowa określa cenę, po jakiej bank centralny skupuje weksle od banków komercyjnych; weksle te zostały wcześniej nabyte przez banki komercyjne od ich klientów po cenie niższej od nominalnej (dyskontowej). Bank komercyjny korzysta z tego narzędzia, gdy chce mieć dostęp do gotówki szybciej niż to wynika z terminu zapadalności weksla.

    Natomiast stopa dyskontowa jest to cena, którą płaci bank komercyjny Narodowemu Bankowi Polskiemu za kredyt udzielony pod zastaw weksli własnych przedsiębiorstw wystawionych jako zabezpieczenie kredytów obrotowych.

    Jak ustalane są stopy procentowe?

    Zgodnie z ustawą o NBP bezpośrednio decyzję o wysokości stóp procentowych podejmuje Rada Polityki Pieniężnej w oparciu o analizę wielu wskaźników makroekonomicznych i czynników gospodarczych.

    Jednym z kluczowych dokumentów, który wskazuje, jakie elementy są dla RPP istotne w polityce pieniężnej, są założenia polityki pieniężnej na kolejny rok. Dokument określa uwarunkowania, ale też cel i instrumenty polityki pieniężnej banku centralnego. Założenia przyjmowane są zwykle we wrześniu i trafiają do Sejmu razem z projektem ustawy budżetowej na kolejny rok.

    Natomiast świadectwo bieżącej działalności RPP stanowią zasadniczo dwa dokumenty: informacja po posiedzeniach RPP oraz tzw. minutes, czyli publikowane blisko miesiąc po posiedzeniu RPP sprawozdania z ich przebiegu.

    Oba dokumenty pokazują, jakie były uwarunkowania decyzji o stopach procentowych na określonym posiedzeniu rady.

    Informacja po posiedzeniu zaczyna się zwykle od części mówiącej o sytuacji w gospodarce światowej (uwaga jest skupiona zwykle na gospodarce amerykańskiej oraz w strefie euro). Później jest ocena realnej sfery gospodarki (tempo wzrostu gospodarczego, koniunktura, sytuacja w przemyśle, rynek pracy: zatrudnienie i wzrost płac), omówienie sytuacji na rynku kredytowym (dynamika kredytów zarówno dla przedsiębiorstw, jak i dla klientów indywidualnych), a także wyjaśnienie kształtowania się poziomu inflacji i jej perspektyw.

    Istotnymi czynnikami, na które zwraca uwagę RPP, są także sytuacja finansów publicznych (luźna polityka budżetowa może skutkować wzrostem presji inflacyjnej), a także kurs walutowy (osłabienie waluty zwiększa ceny towarów importowanych, co przyczynia się do wzrostu inflacji; aprecjacja waluty działa w odwrotnym kierunku).

    W wielu bankach centralnych moment ogłoszenia decyzji o stopach jest znany co do minuty i z niecierpliwością wyczekiwany przede wszystkim przez inwestorów na rynkach finansowych. W Polsce wiadomo, że decyzja o stopach procentowych będzie ogłoszona po południu drugiego dnia posiedzenia rady (z góry znana jest godzina konferencji prasowej po posiedzeniu RPP).

    Część banków centralnych już w komunikacie na temat ewentualnej zmiany stóp procentowych publikuje wyniki głosowania w tej sprawie (przykładem jest amerykański Fed). W Polsce – jak wspomniano – są one prezentowane najwcześniej sześć tygodni po posiedzeniu (takie ograniczenie wprowadza ustawa o NBP).

    Jak stopy procentowe wpływają na gospodarkę?

    Niskie stopy procentowe powodują zwiększenie kapitału na rynku. Dlaczego tak się dzieje? Obniżka stóp procentowych przekłada się wprost na niższe raty kredytów, a tańszy kredyt poprawia nastroje konsumpcyjne klientów i napędza sprzedaż produktów i usług, co z kolei przekłada się na wzrost produkcji i na całą gospodarkę.

    Należy jednak pamiętać, że obniżenie podstawowej stopy procentowej wpływa też na wysokość oprocentowania lokat, których rentowność spada. W efekcie oszczędzający nie zarabiają na nich tyle, ile mogliby przy wyższych poziomach stóp procentowych. Można więc powiedzieć, że obniżka stóp procentowych jest korzystna dla kredytobiorców, ale zdecydowanie niekorzystna dla oszczędzających. Z kolei wysokie stopy procentowe mogą mieć negatywny wpływ m.in. na nowe inwestycje. Rosnące raty, a więc droższy pieniądz powoduje, że firmy i konsumenci wstrzymują się z wydatkami i więcej oszczędzają. W efekcie na rynku jest mniej pieniądza. Należy jednak pamiętać, że wyższe stopy procentowe hamują inflację.

    Zatem regulując wysokość stóp procentowych, bank centralny istotnie oddziałuje na całą gospodarkę. Może ją np. wspierać w trudnych okresach. Taki też był cel wiosennej serii trzech obniżek stóp procentowych, w tym stopy referencyjnej NBP – łącznie o 1,4 punktu procentowego.

    Jak wyjaśnił w Sejmie prezes NBP Adam Glapiński, obniżka przełożyła się na istotne oszczędności dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, w związku z obniżeniem rat od zaciągniętych kredytów, co poprawiło zdolność kredytobiorców do obsługi zobowiązań wobec banków.

    Prezes NBP podkreślił, że dzięki obniżce stóp procentowych rata przeciętnego kredytu mieszkaniowego spadła o około 120 zł. „Z tytułu niższych rat kredytów mieszkaniowych i konsumpcyjnych oraz kredytu dla przedsiębiorstw, w budżetach gospodarstw domowych i firm zostanie rocznie prawie 7 mld zł” – zaznaczył prof. Glapiński.

    Stopa referencyjna wynosi obecnie 0,10 proc. w skali rocznej, stopa lombardowa 0,50 proc. w skali rocznej, stopa depozytowa 0,00 proc. w skali rocznej, stopa redyskonta weksli 0,11 proc. w skali rocznej, zaś stopa dyskontowa weksli 0,12 proc. w skali rocznej.

  • Przedsiębiorstwo – wybrane wskaźniki analizy finansowej

    Przedsiębiorstwo – wybrane wskaźniki analizy finansowej

    Ochrona przedsiębiorstw przed skutkami epidemii jest obecnie jednym z najważniejszych zadań polityki gospodarczej w wielu krajach, gdzie pojawił się wirus SARS CoV-2. W tym kontekście warto przypomnieć podstawowe pojęcia ekonomiczne związane z przedsiębiorstwem oraz mierniki oceny jego kondycji finansowej. Analiza finansowa oparta na wskaźnikach umożliwia bowiem przedsiębiorstwom oraz zewnętrznym instytucjom dokonanie zarówno aktualnej oceny sytuacji finansowej przedsiębiorstw, jak i prognoz, dzięki którym możliwe jest badanie koniunktury gospodarczej danego kraju.

    Wskaźniki płynności

    Płynność finansowa może być rozumiana m.in. jako zdolność przedsiębiorstwa do regulowania bieżących zobowiązań, zdolność zamiany aktywów na pieniądz lub terminowego regulowania zobowiązań. Ostatecznie płynność finansowa sprowadza się do relacji aktywów obrotowych lub ich wydzielonych składników w relacji do bieżących zobowiązań.

    Pierwszy z prezentowanych wskaźników nosi nazwę wskaźnika płynności bieżącej, który informuje, ile razy aktywa obrotowe pokrywają zobowiązania bieżące. Innymi słowy, czy zobowiązania przedsiębiorstwa mogłyby zostać spłacone przez upłynnienie aktywów obrotowych.

    Wskaźniki

    W przypadku wskaźnika płynności bieżącej ujmuje się aktywa obrotowe, czyli teoretycznie łatwiejsze do upłynnienia aktywa obrotowe, w relacji do ogółu zobowiązań bieżących. Uznaje się, że optymalnie wskaźnik powinien oscylować w granicach 1,2-2. Zbyt niska wartość może oznaczać problemy z płynnością, a w efekcie regulowaniem zobowiązań. Zbyt wysoka może być natomiast sygnałem o nieefektywnym wykorzystaniu środków pieniężnych lub wysokim stanie zapasów lub materiałów.

    Kolejnym miernikiem jest wskaźnik płynności szybkiej. Konstrukcja wskaźnika różni się od poprzedniego o wielkość zapasów i krótkoterminowych rozliczeń międzyokresowych. Uważa się, że są to najmniej płynne składniki aktywów obrotowych. Oznacza to, że zamiana zapasów i rozliczeń międzyokresowych na środki pieniężne jest relatywnie najtrudniejsza do osiągnięcia.

    Wskaźniki

    Za prawidłową wysokość wskaźnika uważa się wynik w granicach jedności. Wartość wynosząca 1 oznacza, że najbardziej płynne aktywa powinny równać się całości zobowiązań bieżących. Taka relacja wielkości bilansowych pozwala na szybką spłatę zobowiązań i oznacza, że spółka jest wypłacalna.

    Wskaźnik przyspieszony płynności uwzględnia inwestycje krótkoterminowe w relacji do zobowiązań bieżących, co zostało zobrazowane poniższym wzorem.

    Wskaźniki

    Powyższy wskaźnik obrazuje, w jakim stopniu spłata zobowiązań krótkoterminowych znajduje odbicie w upłynnieniu inwestycji krótkoterminowych. W przypadku tego wskaźnika, podobnie jak w poprzednim dotyczącym płynności finansowej, względnie wysoka wartość świadczy o pozytywnej sytuacji, jednakże jest to również uzależnione od branży oraz strategii firmy. Normy liczbowe dla wskaźnika znajdują się w przedziale od 0,2 do 0,35.

    Wskaźniki rentowności

    Rozpoczęcie działalności gospodarczej wymaga zaangażowania kapitału. Rezygnując z bieżących korzyści ekonomicznych właściciele kapitału liczą na zwrot z zainwestowanego kapitału w przyszłości, co tłumaczy, dlaczego do głównych celów przedsiębiorstwa należy maksymalizacja korzyści właścicieli.

    Rentowność definiuje się jako stan finansowy przedsiębiorstwa odzwierciedlony przez wynik finansowy. Z racji dwojakiej natury wyniku finansowego również w rentowności należy wyróżnić dwa jej stany – zyskowności i deficytowości. Zyskowność ma miejsce, gdy przychody przewyższają koszty jednostki, deficytowość z kolei opisuje ujemny wynik, a więc odnotowanie straty. Wskaźniki rentowności opisują relację wartości wyniku finansowego do wybranych wielkości mających wpływ na wynik finansowy. W ogólnej formule przyjmują one następującą formę: .

    Wskaźniki

    Powyższy wskaźnik pozwala wyliczyć stopień pokrycia wyniku finansowego wielkością generującą zyski/straty. Poziom rentowności zależy w dużej mierze od stadium rozwoju przedsiębiorstwa, sektora oraz zakresu działalności inwestycyjnej. W ogólnym rozumieniu można stwierdzić, iż większe wartości wskaźników rentowności świadczą zazwyczaj o pozytywnej sytuacji i efektywności działania. W przypadku obszarów przynoszących zyski wskaźniki przyjmują wartość dodatnią. Wskaźniki rentowności można najogólniej podzielić na trzy grupy: wskaźniki rentowności majątku, wskaźniki rentowności sprzedaży oraz wskaźniki rentowności kapitałów.

    Aktywa są to niezbędne do funkcjonowania jednostki zasoby materialne. Powinny być one wykorzystane jak najlepiej, dlatego stworzono grupę wskaźników opisującą efektywność tej grupy.

    Wskaźniki efektywności majątku oraz aktywów badają, czy wielkość i struktura majątku są adekwatne do przeznaczonych dla niego zadań. Stanowią one relację osiągniętego w danym okresie zysku lub poniesionej straty do zaangażowanych w działalność przedsiębiorstwa zasobów majątkowych. Ich analiza umożliwia wyznaczenie optymalnej wielkości majątku w zależności od rozmiarów i charakteru prowadzonej działalności, stwarzają podstawę do wykrywania i eliminacji zjawisk niepożądanych, identyfikację możliwości inwestycyjnych oraz kontrolę kosztów wynikających z utrzymania majątku. Ogólna postać wskaźnika rentowności majątku przyjmuje postać wyrażoną wzorem  zamieszczonym poniżej.

    Wskaźniki

    Powyższy wskaźnik, opisując relację zysku/straty do majątku, wskazuje efektywność wykorzystania majątku. Nazywany jest także stopą zwrotu z majątku, ponieważ informuje, jaką kwotę wyniku finansowego wygenerowała jedna złotówka majątku.

    Wskaźnik rentowności majątku, określany jako ROA (ang. Return on Assets), informuje o stopniu efektywności wykorzystania aktywów. W formie ogólnej występuje jako stosunek wyniku finansowego netto do zaangażowanych aktywów ogółem. Może być także przedstawiany w formie iloczynu wskaźnika obrotu aktywami i rentowności sprzedaży, co przedstawia wzór 6.

    Wskaźniki

    Powyższy wskaźnik można interpretować jako kwotę wygenerowaną przez złotówkę aktywów ogółem, co pozwala na ocenę działalności przedsiębiorstwa. Informuje o możliwości przedsiębiorstwa do generowania zysku i oceny efektywności gospodarowania majątkiem. Wskaźnik ten używany jest często w instytucjach finansowych przy ocenie zdolności kredytowej jako miernik pozwalający określić zdolność spółki do stałego generowania dodatnich przepływów pieniężnych, będących w stanie pokryć przyszłe, potencjalne zobowiązania finansowe. Na wartość wskaźnika wpływa wielkość wygospodarowanego zysku i aktywów, niezbędnych do jego wygospodarowania.

    Analiza rentowności sprzedaży pozwala na weryfikację opłacalności sprzedaży produktów, towarów i usług oraz ustalenie odpowiedniej polityki cenowej i wielkości produkcji. Narzędziami służącymi do badania rentowności sprzedaży są wskaźniki rentowności sprzedaży, opisujące relację zrealizowanego wyniku finansowego do osiągniętych przez przedsiębiorstwo przychodów, co przedstawia poniższy wzór.

    Wskaźniki

    Powyższy wskaźnik opisuje część przychodów pozostałą po zredukowaniu o koszty. Wyższa wartość wskaźnika świadczy o opłacalności sprzedaży.

    Wskaźnik efektywności sprzedaży, określany jako ROS (ang. Return on Sales), konfrontuje zrealizowany przez przedsiębiorstwo wynik finansowy netto wypracowany z całej działalności w relacji do przychodów ze sprzedaży, co obrazuje poniższy wzór.

    Wskaźniki

    Wskaźnik rentowności netto sprzedaży informuje o udziale wyniku finansowego netto w wartości sprzedaży. Wykorzystuje się go do prezentacji efektów finansowych uzyskanych ze sprzedaży. Niższa wartość wskaźnika implikuje większą wartość sprzedaży w celu zachowania efektywności i osiągnięcia planowanego zysku. Korzystna sytuacja finansowa firmy znajduje odzwierciedlenie w wysokiej wartości wskaźnika ROS.

    Kapitały stanowią źródła finansowania przedsiębiorstwa, dlatego też oceną ich rentowności są zainteresowani zarówno aktualni, jak i potencjalni inwestorzy. Analizę rentowności kapitałów przeprowadza się przy użyciu wskaźników rentowności kapitałów, które można zapisać jako relację wyniku finansowego netto do przeciętnego stanu zaangażowania kapitału. W zależności od przyjętego licznika i mianownika zmienia się obszar badanej działalności jednostki. Ogólną konstrukcję wskaźnika rentowności kapitału przedstawia poniższy wzór.

    Wskaźniki

    Wskaźniki rentowności kapitału określają, jaka część zysku przypada na jednostkę zaangażowanego kapitału oraz opłacalność zaangażowania tego kapitału. Wyższa wartość wskaźnika, a więc wyższa rentowność kapitału świadczy o korzystnej sytuacji przedsiębiorstwa, jego możliwościach rozwojowych oraz zdolności generowania zysków w przyszłości.

    Jednym z istotnych wskaźników określających kondycję finansowo-majątkową przedsiębiorstwa jest wskaźnik rentowności kapitałów własnych, zwany również ROE (ang. Return on Equity), wyrażony poniższym wzorem.

    Wskaźniki

    Powyższy wskaźnik informuje, jaka część wyniku finansowego netto przypada na jednostkę zaangażowanego kapitału własnego. Stanowi on miarę korzyści szczególnie dla właścicieli kapitału z tytułu jego zaangażowania w podmiot gospodarczy. Wyższy poziom wskaźnika świadczy o pozytywnej sytuacji finansowej przedsiębiorstwa oraz wysokości stóp zwrotu, a więc i możliwości wypłaty dywidend.

    Wskaźniki zadłużenia

    Wskaźniki z tej grupy pozwalają na ocenę przedsiębiorstw pod kątem zdolności do obsługi zadłużenia. W przypadku instytucji udzielających kredytów, to najczęściej kapitał własny staje się zabezpieczeniem dla udzielonego finansowania dłużnego. Gdy poziom finansowania obcego staje się relatywnie wysoki w relacji do kapitału własnego, przedsiębiorstwo może mieć kłopoty z obsługą takiego zadłużenia. Do analizy sytuacji finansowej przedsiębiorstwa wykorzystuje się wskaźniki zadłużenia, wśród których wyróżnia się m.in.: wskaźnik ogólnego zadłużenia, wskaźnik pokrycia aktywów kapitałami własnymi, wskaźnik zadłużenia długoterminowego, wskaźnik zadłużenia kapitałów własnych, wskaźnik obsługi długu.

    Pierwszym z prezentowanych wskaźników jest wskaźnik ogólnego zadłużenia (ang. debt ratio), który jest najbardziej syntetycznym wskaźnikiem zadłużenia przedsiębiorstwa. Służy do oceny globalnego zadłużenia przedsiębiorstwa na podstawie relacji zobowiązań firmy do jej majątku, co przedstawia poniższy wzór.

    Wskaźniki

    Powyższy wskaźnik informuje o udziale zobowiązań w finansowaniu działalności przedsiębiorstwa. Wzrost wartości wskaźnika wynika ze zwiększonego udziału kapitałów obcych, a więc korzyści wynikających z efektu dźwigni finansowej. Niska wartość wskaźnika informuje o zmniejszeniu zadłużenia, a więc zwiększonej samodzielności finansowej. Istotnym aspektem przy interpretacji wskaźnika ogólnego zadłużenia jest struktura zadłużenia oraz struktura majątku. Przykładowo, przeważający udział zobowiązań z tytułu dostaw i usług może świadczyć o pozytywnej sytuacji finansowej przedsiębiorstwa wynikającej z korzystania finansowania nieoprocentowanego. W podobny sposób należy analizować strukturę majątku przedsiębiorstwa. Przeważające aktywa stosunkowo łatwe do upłynnienia jak środki pieniężne, należności czy zapasy, świadczą o korzystnej strukturze. Z kolei wysoki udział środków trwałych stanowi zagrożenie w sytuacji nagłej potrzeby środków finansowych.

    Wskaźnik pokrycia aktywów kapitałami własnymi stanowi uzupełnienie wyżej opisanego wskaźnika ogólnego zadłużenia, przedstawiając relację między kapitałem własnym a majątkiem przedsiębiorstwa, co wynika z poniższego wzoru.

    Wskaźniki

    Powyższy wskaźnik obrazuje, jaka część aktywów ogółem zostaje sfinansowana kapitałami własnymi. Razem ze wskaźnikiem ogólnego zadłużenia powinny dawać razem wynik 1. Przyjmuje się, że norma dla wskaźnika pokrycia aktywów kapitałami własnymi wynosi 0,33-0,43, co oznacza, iż przedsiębiorstwo winno finansować się głównie kapitałami obcymi.

    Wskaźnik zadłużenia długoterminowego przedstawia relację między zobowiązaniami długoterminowymi a aktywami ogółem, przedstawioną wzorem poniżej.

    Wskaźniki

    Wskaźnik ten informuje o części majątku finansowanej zobowiązaniami długoterminowymi. Przyjmuje się, ze wartości wzorcowe powinny być zbliżone do wartości wskaźnika ogólnego zadłużenia. Świadczy to wówczas o wysokim udziale zobowiązań długoterminowych w ogólnej strukturze kapitałów obcych, a więc o stabilnej sytuacji finansowej.

    Wysoki udział zobowiązań długoterminowych jest oznaką z pewnością bardziej korzystną niż podobny udział zobowiązań krótkoterminowych, jednakże warto pamiętać o prawidłowej relacji długoterminowych kapitałów do kapitałów własnych. Relację tę przedstawia poniższy wskaźnik

    Wskaźniki

    Wskaźnik zadłużenia kapitałów własnych określany jest również wskaźnikiem przekładni kapitałowej (ang. Capital Gearing). Opisuje on stopień zaangażowania kapitałów obcych w stosunku do kapitałów własnych. Służy on jako miara zadłużenia przedsiębiorstwa. Wzorcowe wartości podaje się w wariantach w zależności od wielkości przedsiębiorstwa. W przypadku małych przedsiębiorstw dopuszcza się stosunek kapitałów obcych do kapitałów własnych w stosunku 3:1. Dla średnich i dużych przedsiębiorstw dopuszcza się proporcje 1:1.

    Uzupełnieniem powyższego miernika jest wskaźnik długoterminowego zadłużenia kapitałów własnych. Opisuje on relację między zobowiązaniami długoterminowymi a kapitałami własnymi, co przedstawia poniższa formuła.

    Wskaźniki

    Wskaźnik ten, nazywany również wskaźnikiem ryzyka, wskazuje jaka kwota zobowiązań długoterminowych przypada na jednostkę kapitałów własnych. W literaturze wskazuje się wartości wzorcowe w przedziale domkniętym 0,5-1. Wartości poniżej 1 opisują sytuację, w której kapitały obce długoterminowe stanowią mniejszą część niż kapitały własne. Z kolei wartości powyżej 1 wskazują na silne zadłużenie jednostki gospodarczej.

    Źródło informacji: Serwis Samorządowy PAP

  • Opłaty i podatki będą rosły. To konsekwencja zwiększonych wydatków publicznych i zadłużania państwa

    Opłaty i podatki będą rosły. To konsekwencja zwiększonych wydatków publicznych i zadłużania państwa

    Mimo zapewnień, że podwyżki podatków nie będzie, już wiadomo o nowych opłatach, które w ramach „uszczelniania” systemu w przyszłym roku obciążą niektóre grupy podatników. Wśród nich jest tzw. opłata cukrowa nałożona na producentów i dostawców napojów słodzonych. Zapewne wejdzie w życie także podatek od sprzedaży detalicznej zapowiedziany już kilka lat temu. Zdaniem Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha nowe obciążenia są nieuniknione, skoro rząd wydaje i zadłuża się na taką skalę.

    – Czeka nas fala nowych podatków, które dla zmyłki nie będą nazywane podatkami. Zresztą to nic nowego, bo od lat państwo udaje, że nas nie opodatkowuje. Przykładowo składka na ubezpieczenia emerytalne to nic innego jak podatek celowy na emeryturę. I to nie dla tych, którzy płacą ten podatek, tylko dla tych, którzy dzisiaj pobierają te świadczenia mówi dr hab. Robert Gwiazdowski, prof. Uczelni Łazarskiego, przewodniczący Rady Programowej Centrum im. Adama Smitha. Będziemy więc mieli różnego rodzaju opłaty, ostatnio bardzo popularne, tudzież inne daniny publiczne. Państwo wydaje, więc musi mieć skądś na to pieniądze.

    Według danych Ministerstwa Finansów po wrześniu br. deficyt budżetu państwa wyniósł 13,8 mld zł, ale znowelizowana w sierpniu ustawa zakłada niedobór na poziomie niemal 109,4 mld zł. Na środowej konferencji premier Mateusz Morawiecki podkreślił, że na koniec roku deficyt będzie zapewne niższy niż założony w ustawie, a nadwyżka trafi na ratowanie przedsiębiorstw i miejsc pracy z najbardziej zagrożonych branż. Niewiele lepiej zapowiada się przyszły rok, gdy wydatki mają przekroczyć wpływy o 82,3 mld zł. Dlatego też rząd szuka pieniędzy, które pozwoliłyby mu zwiększyć dochody budżetu i pokryć wszystkie zobowiązania socjalne. Już uchwalono opłatę cukrową, którą to ustawę mimo apeli producentów napojów na bazie soków z owoców oraz branży sadowniczej podpisał prezydent Andrzej Duda.

    Ważą się również losy podatku handlowego, konkretnie to, czy odwołanie Komisji Europejskiej od wyroku akceptującego wprowadzenie tego podatku w kształcie przyjętym przez rząd zostanie przyjęte, czy odrzucone. Rzecznik generalna TSUE uznała w połowie października, że polski podatek od sprzedaży detalicznej nie narusza unijnego prawa w dziedzinie pomocy państwa. Tę opinię mogą, ale nie muszą, brać pod uwagę sędziowie trybunału. Nowa danina pierwotnie miała obowiązywać od września 2016 roku, ale została zawieszona do końca tego roku.

    – Po trzecie, będziemy mieć poza opłatą tzw. solidarnościową nowe podatki, które wymierzone będą w tych, którzy mają coś więcej, np. w posiadaczy nieruchomości – wylicza Robert Gwiazdowski.Ci, którzy mają większą nieruchomość, zapłacą większy podatek od tzw. deszczówki. Na każdym kroku będzie coś, co spowoduje, że zapłacimy więcej. Generalnie wydaje mi się, że podwyżki różnych danin publicznych albo wprowadzanie nowych to jest tylko kwestia czasu.

    Kolejny pomysł to podatek od deszczu – limit powierzchni, od której trzeba będzie odprowadzić daninę za zabudowanie więcej niż połowy działki, spadnie z 3,5 tys. mkw. do 600 mkw. (do tej pory podatek obowiązywał od zabudowania 70 proc. gruntu). A to oznacza obciążenia i dla właścicieli domów, i dla mieszkańców budynków wielorodzinnych.

    Eksperci Pracodawców RP wskazują na jeszcze inne obciążenia, które dotkną przedsiębiorców i konsumentów – nowy podatek od alkoholu w małych butelkach oraz opodatkowanie spółek komandytowych, a także podwyżkę podatku od nieruchomości, ograniczenie ulgi abolicyjnej, z której korzystają polscy podatnicy zarabiający za granicą, oraz utrzymanie wyższych stawek VAT. Przedstawiciele przedsiębiorców apelują, by odłożyć w czasie wprowadzanie nowych obostrzeń.

    – W naszej ocenie czas kryzysu to nie jest odpowiedni moment na zwiększanie obciążeń. Przeciwnie, potrzebne są działania proinwestycyjne, które pozwolą zminimalizować negatywne skutki recesjioceniają reprezentanci Pracodawców RP.

  • Dlaczego nie spadają ceny na stacjach paliw?

    Dlaczego nie spadają ceny na stacjach paliw?

    W ciągu miesiąca cena ropy naftowej brent spadła o ponad 8 proc. Jednak benzyna na stacjach nie tanieje ponieważ osłabia się polska waluta.

    Z początkiem listopada cena ropy brent utrzymywała się na poziomie 37 USD za baryłkę. Po wcześniejszym spadku o 6 proc. w ciągu zaledwie tygodnia.

    – Ta duża korekta to efekt przede wszystkim informacji podażowych o zwiększaniu w kolejnych tygodniach wydobycia w Libii, po ogłoszeniu kolejnego porozumienia o zawieszeniu broni w wojnie domowejmówi Michał Stajniak, ekspert XTB.Całkiem niedawno produkowano tam zaledwie 100 tys. baryłek dziennie, teraz jest to 500 tys. baryłek, a za trzy tygodnie to może być nawet milion baryłek.

    Jednocześnie na świecie mamy osłabienie popytu wywołane drugą fala pandemii. To powinno prowadzić do dalszego spadku ceny ropy, zwłaszcza od stycznia, bo wówczas cięcia w wydobyciu ma ograniczyć OPEC. A to oznacza dodatkowe 2 mln baryłek dziennie. Czy to zrobi? Rosja, jako kraj stowarzyszony z OPEC, sugeruje już żeby ograniczenia utrzymać na obecnym poziomie.

    – Niestety, na polskich stacjach paliw ceny rosną, a to jest związane z osłabieniem złotego komentuje ekspert.Złoty niebezpiecznie zbliża się do poziomu 4 zł za dolara.

    Ten rok powinien zakończyć się przy cenach ropy 40-45 USD za baryłkę.

    Istotny może okazać się wynik wyborów prezydenckich w USA. Jeżeli wygra J.Biden może dojść do jeszcze większego wzrostu podaży i spadku cen, a to ze względu na powrót do porozumienia nuklearnego USA-Iran.

  • Inflacja – skąd się bierze i jak ją mierzyć?

    Inflacja – skąd się bierze i jak ją mierzyć?

    O tym, że inflacja to wzrost przeciętnego poziomu cen dóbr i usług konsumpcyjnych w gospodarce, wie większość osób, które choć trochę interesują się gospodarką i ekonomią. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z tego, że nawet z pozoru nieduże wahania tego wskaźnika mogą wpływać na wartość portfela gospodarstw domowych.

    Co to jest inflacja, a jak definiuje się deflację?

    Inflacja to w uproszczeniu wzrost przeciętnego poziomu cen dóbr i usług konsumpcyjnych w gospodarce. Taki wzrost oznacza, że gospodarstwa domowe (konsumenci) więcej wydają na swoje zakupy, a ich oszczędności topnieją.

    Jak zaznacza ekonomista SGH dr Piotr Maszczyk, zjawisko niewielkiej inflacji samo w sobie nie powinno mieć większych negatywnych konsekwencji, jeśli wzrostowi cen towarzyszy natychmiastowa podwyżka płac nominalnych.

    „Jeśli tak się dzieje, to wzrost cen np. chleba nie ma żadnych negatywnych konsekwencji. Podwyżka cen chleba o 5 proc. i analogiczny wzrost wynagrodzeń nie zmieni liczby bochenków chleba, które przeciętny konsument może kupić. Ekonomiści powiedzą w takiej sytuacji, że realne wynagrodzenia się nie zmieniają”tłumaczy dr Maszczyk.

    Ekonomista zaznacza jednak, że jeśli wzrostowi cen nie towarzyszy analogiczny wzrost wynagrodzeń, to konsekwencją takiej sytuacji będzie spadek wynagrodzeń realnych i tym samym mniejsza ilość dóbr i usług, którą gospodarstwa domowe mogą nabyć za tą samą ilość pieniędzy.

    Z kolei pojawienie się deflacji oznacza, że przeciętny poziom cen dóbr i usług konsumpcyjnych spada. W tej sytuacji wynagrodzenia realne rosną nawet wtedy, gdy ich nominalny poziom się nie zmienia. Zjawiska deflacji nie należy jednak mylić z dezinflacją, która oznacza spadek wskaźnika inflacji. Na przykład ze 105% rdr do 102%. Zauważmy, że inflacja jest wyższa od zera. Deflacja to obniżanie się przeciętnego poziomu cen, co oznacza, że stopa inflacji staje się ujemna, a wskaźnik inflacji spada poniżej 100. Z deflacją w polskiej gospodarce mieliśmy do czynienia od lipca 2014 aż do października 2016 r. włącznie. Przy czym największy spadek cen (-1,6%) odnotowano w lutym 2015 r.

    Wyjaśniając zjawisko deflacji, dr Piotr Maszczyk wskazuje, że „jeśli przeciętny konsument otrzymuje stałe wynagrodzenie, ale chleb tanieje o 5 proc., to liczba bochenków chleba, które za to wynagrodzenie można nabyć, rośnie. Co więcej, trudno sobie wyobrazić, żeby deflacja pociągała za sobą spadek wynagrodzeń nominalnych. Oznacza to, że deflacja powoduje wzrost siły nabywczej wynagrodzeń i poprawę sytuacji gospodarstw domowych”.

    Ekspert dodaje przy tym, że nie ma żadnego powodu, dla którego ceny wszystkich towarów miałyby zmieniać się w jednakowy sposób. Stąd zarówno pojęcie inflacji, jak i deflacji odnosi się do średniego poziomu cen.

    „Dokładniej, jest to średnia ważona liczona udziałem wydatków na dane produkty w całości wydatków przeciętnego konsumenta”wskazuje ekonomista, dodając zarazem, że warto o tym pamiętać, gdyż percepcja inflacji ze strony poszczególnych gospodarstw domowych może się znacznie różnić od jej oficjalnego odczytu ogłaszanego przez GUS.

    „Jeśli ceny artykułów dla niemowląt gwałtownie wzrosną (np. na skutek podwyżki podatku VAT na te produkty), to będzie to zmiana silnie odczuwana przez gospodarstwa domowe posiadające małe dzieci, jednak wpływ tej podwyżki na ogólny wskaźnik inflacji będzie znacznie mniejszy. Odczuwalna inflacja dla tych gospodarstw domowych będzie znacznie wyższa niż ta, która jest charakterystyczna dla całej gospodarki, w związku z czym, nawet jeżeli wzrost nominalnych wynagrodzeń będzie rekompensował wzrost cen zgodny ze wskaźnikiem inflacji, to gospodarstwa domowe z niemowlętami odczują spadek dochodów realnych”tłumaczy dr Maszczyk.

    Skąd się bierze inflacja?

    Na poziom cen wpływa wiele różnorodnych czynników. We współczesnej gospodarce rynkowej ceny, jakie za produkty i usługi płacą klienci, ustalane są przez producentów oraz handlowców doliczających swoje marże. Naturalnym hamulcem ograniczającym wzrost cen jest konkurencja.

    Na poziom cen wpływ mają ceny na rynkach międzynarodowych, zarówno ceny importu, głównie surowców niezbędnych do funkcjonowania gospodarki, jak i ceny uzyskiwane w eksporcie. Wzrost cen ma uzasadnienie w potrzebie podwyższania płac, otrzymywania rekompensaty za nakłady poniesione na badania nad nowymi technologiami i lepszymi wyrobami.

    Na zmiany cen wpływają także zjawiska atmosferyczne prowadzące do nadmiaru produktów rolnych na rynku w przypadku urodzaju, powodując spadki cen, a w przypadku niedoborów w sytuacji nieurodzaju i w rezultacie – wzrost cen.

    Przyczynami inflacji są także czynniki makroekonomiczne, leżące po stronie zarządzania gospodarką państwową, jak niezrównoważony budżet, zaburzona struktura gospodarki, czy też nadmiar inwestycji finansowanych przez państwo.

    Ekonomiści są zgodni, że dla gospodarki i konsumentów najbardziej korzystny jest stabilny poziom cen, gdyż pozwala utrzymać osiągnięty poziom życia. Ma on także znaczenie psychologiczne, umożliwiając uzyskanie trwałego poczucia bezpieczeństwa, co ma niebagatelne znaczenie przy planowaniu wszelkich działań. Jest on korzystny również dla przedsiębiorców i strategii gospodarczej rządu, bowiem umożliwia podejmowanie efektywnych i długofalowych decyzji.

    W Polsce utrzymaniem stabilnego poziomu cen zajmuje się Rada Polityki Pieniężnej (RPP), organ Narodowego Banku Polskiego (NBP). Instrumentem realizacji tego zadania przez RPP jest polityka pieniężna, w której dąży się do utrzymania wzrostu cen w przedziale od 1,5 do 3,5 procent w skali roku, przy tzw. celu inflacyjnym 2,5 procent. Szczegółowe dane o inflacji stanowią dla RPP jedno z najważniejszych źródeł informacji.

    Jak w Polsce mierzy się inflację?

    Najczęściej wykorzystywaną miarą inflacji jest zmiana wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych, tak zwanego wskaźnika CPI (Consumer Price Index). Jego popularność wynika przede wszystkim z tego, że dotyczy on cen towarów i usług konsumpcyjnych, a więc kategorii stanowiącej największą część PKB. Ponadto, jest on publikowany z dużą częstotliwością (zazwyczaj co miesiąc) i relatywnie szybko (w Polsce ok. 15 dni po zakończeniu każdego miesiąca).

    W Polsce pomiarem wskaźnika inflacji zajmuje się Główny Urząd Statystyczny, który robi to w oparciu o wyniki badania cen towarów i usług konsumpcyjnych na rynku detalicznym oraz o wyniki badania budżetów gospodarstw domowych, dostarczającego danych o przeciętnych wydatkach na towary i usługi konsumpcyjne.

    Aby policzyć ten wskaźnik, co miesiąc zbierane są ceny ok. 1400 towarów (takich jak pieczywo, mięso, owoce, gazety, środki do prania, meble, sprzęt komputerowy) i usług (internetowych, transportowych, turystycznych) z ok. 35 tysięcy punktów handlowych i usługowych. Lista tych towarów i usług jest corocznie weryfikowana, a jej zmiany odzwierciedlają zmiany w strukturze konsumpcji gospodarstw domowych.

    Aby policzyć zmianę przeciętnego poziomu cen – oprócz znajomości cen poszczególnych kategorii towarów i usług – konieczna jest także znajomość udziału tych kategorii w wydatkach konsumentów. Zmiana cen produktów, które mają znaczny udział w wydatkach w większym stopniu wpływa na ogólny poziom cen, niż zmiana cen produktów o niskim udziale. Wspomniane udziały służą jako wagi przy wyliczaniu ogólnego poziomu cen.

    Inflacja bazowa banku centralnego

    Pomiaru zmian cen towarów i usług konsumpcyjnych w gospodarce dokonuje także bank centralny, który stosuje w tym celu tzw. inflację bazową. Jest ona tworzona poprzez wyłączenie cen określonych towarów i usług z koszyka.

    Od 2009 r. NBP stosuje cztery miary inflacji bazowej:

    – inflację po wyłączeniu cen administrowanych,

    – inflację po wyłączeniu cen najbardziej zmiennych,

    – inflację po wyłączeniu cen żywności i energii,

    – 15% średnią obciętą.

    Inflacja bazowa służy przede wszystkim do wyznaczania kierunku zmian cen towarów i usług konsumpcyjnych w średnim i długim terminie. Może służyć także jako podstawa oceny realizacji polityki pieniężnej banku centralnego w średnim okresie (uwzględniając w szczególności czynniki, na które bank centralny miał pośredni wpływ i te wynikające z przyjętych regulacji prawnych oraz wystąpienia różnego rodzaju szoków gospodarczych, szczególnie zewnętrznych).

  • Ratingi państw zostały zarażone wirusem drukowania pieniędzy

    Ratingi państw zostały zarażone wirusem drukowania pieniędzy

    Agencja S&P nie obniżyła ratingu Polski, podobnie kilka dni wcześniej postąpiła Fitch, choć mamy rekordowy deficyt budżetowy i nie wiadomo jak będziemy wychodzić z długów. W ten sposób powstaje wrażenie, że długi można robić bezkarnie.

    Sytuacja zmieniła się niemal wszędzie na niekorzyść i to skokowo. Skokowo wzrosły zwłaszcza deficyty budżetowe państw w relacji do ich PKB. Jednak agencje nie obniżają wiarygodności kredytowej państw. Akceptują, że mamy wyjątkową sytuację związana z pandemią i traktują, że przejściowo interwencjonizm państwowy jest lepszy od wolnego rynku.

    – Moim zdaniem agencje są w trudnej sytuacji, mają problem natury dyplomatycznejmówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.Nie chcą być krytykowane, że potępiają to, co było konieczne do zrobienia. Jednak będą oceniać czy rządy powrócą do przywracania równowagi budżetowej.

    Czy nie byłoby jednak trafniejsze takie zachowanie, że niemal wszystkie państwa dostają obniżone ratingi? Żadne nie byłoby pokrzywdzone, a ocena byłaby bardziej wiarygodna. Czy któraś z trzech wiodących agencji wyłamie się z tej solidarności w braku korekt ratingu?

    Agencje mogłyby co najmniej formułować bardziej zdecydowane zalecenia i wnioski, podkreślając co musi być zrobione, aby rating nie został obniżony komentuje ekspert XTB.I jest to ważne, ponieważ istnieje ryzyko, że rządy będą zwlekać z przywróceniem dyscypliny fiskalnej. Zwłaszcza, że polityka banków centralnych zachęca do tego.

    Jeszcze przed kilkoma laty byłoby niewyobrażalne, że rząd pożyczy tak wielkie ilości pieniędzy, a Polska tak bardzo zwiększy swój deficyt budżetowy bez konsekwencji w postaci podwyższenia rentowności obligacji skarbowych.

    – Agencje ratingowe ryzykują, że staną się niewiarygodne, jednak obecnie nie widać, aby któraś z tych trzech agencji miała zmienić swoją wewnętrzną politykędodaje P.Kwiecień.