Tag: Ekonomia

  • Gorzki smak inflacji dopiero przed nami

    Gorzki smak inflacji dopiero przed nami

    Trzyletnia skumulowana inflacja, dotycząca lat 2022-2024 ma wynieść ok. 40%. Nawet jeżeli dynamika inflacji zacznie spadać po I kw. 2023 r., to ceny nadal będą dotkliwie rosnąć.

    Skumulowana inflacja to nie jest inflacja zsumowana z kliku lat. To także nie jest średnia dla lat 2022-2024 r. Sposób jej liczenia należy porównywać do wyliczenia procenta składanego,  czyli obliczania wkładu pieniężnego polegającego na tym, że odsetki za dany okres oprocentowania są doliczane do wkładu (podlegają kapitalizacji) i w ten sposób „składają się” na zysk wypracowywany w okresie następnym. I to właśnie skumulowana inflacja pokazuje jak dotkliwe będą straty tych, którzy mają oszczędności i dotyczy to także emerytów pomimo wypłacania im dodatkowych emerytur.

    – Projekcje NBP dotyczące skumulowanej inflacji są dość zbieżne z tym czego oczekuje rynek, że dynamika inflacji w 2023 r. będzie spadać, ale po wcześniejszym wzroście, gdy w lutym i marcu w wyniku zniesienia części tarczy antyinflacyjnej najprawdopodobniej przekroczy 20% mówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.Najbardziej uciążliwy problem wynika z tego, że wprawdzie będzie spadać, ale bardzo powoli i jest mało prawdopodobne, że szybko powrócimy do celu inflacyjnego 2,5% (+/- 1%). Z projekcji NBP wynika, że to będzie bardzo odległy termin.

    Możliwe, że stanie się to dopiero na początku 2026 r., a przecież przywykliśmy do komfortu stabilności cen, który jest bardzo ważny dla funkcjonowania gospodarki. Sytuacja bardzo się zmieniła, we wcześniejszym trzyletnim okresie skumulowana inflacja wynosiła 14%.

    Wiele osób myli wzrost inflacji ze wzrostem cen, a to ważne, bo gdy inflacja będzie spadać, to ceny nadal będą rosnąć. Problem będzie bardziej odczuwalny dla konsumentów, bo średnie wynagrodzenia wg. GUS rosły w listopadzie w tempie wolniejszym niż wzrost cen. W 2023 r. sytuacja pracodawców będzie trudniejsza ze względu na niski wzrost PKB, o podwyżki płac będzie trudniej.

    – Problem z polską inflacją jest taki, że nie bardzo widać powody, aby miała zacząć hamować komentuje ekspert XTB.Cykl podwyżek stóp procentowych był solidny, jednak po połowie roku zaczęły się dziwne decyzje, do takich należy „pakt z sopockiego molo”, gdy prezes NBP podczas prywatnej rozmowy zobowiązał się, że dalszych podwyżek już nie będzie bądź dojdzie do jednej podwyżki o 0,25 pkt. bazowych i tak właśnie się stało. Nie należało składać tak jednoznacznych deklaracji, gdy zmiany cen nadal są tak dynamiczne.

    Można wymienić decyzje rządowe, które przeciwdziałały walce z inflacją. Do takich należały wakacje kredytowe, a teraz nowym pomysłem dotyczącym rynku mieszkaniowego jest propozycja kredytu hipotecznego oprocentowanego przez 10 lat na 2% rocznie.

    – Największym plusem 2022 r. jest to, że banki centralne na serio wzięły się za walkę z inflacją dodaje P.Kwiecień z XTB.To działa jak system naczyń połączonych, bo jeżeli będzie spadał popyt to zmiana ta obejmie także polski eksport. Gdyby Fed i EBC lekceważyły inflację, to dla Polski byłoby jeszcze gorzej. Skorzystaliśmy na globalnych trendach.

    Do takich trendów należało osłabienie dolara, na którym skorzystały najbardziej europejskie waluty. To jednak tylko trend krótkoterminowy.

    Długoterminowo 2023 r. będzie dla nas trudniejszy, przy spowolnieniu gospodarczym będzie nas męczyć nadal bardzo wysoka inflacja.


    Źródło: MarketNews24

  • Dramat złotówki – czy uda się tego uniknąć?

    Dramat złotówki – czy uda się tego uniknąć?

    Gdy mamy rekordową inflację, a zakończony został cykl podwyżek stóp procentowych, złoty powinien się osłabiać. Teoretycznie tak to powinno wyglądać. A jednak tak się nie stało, gdy RPP nie zdecydowała się na kolejną podwyżkę.

    – Tak się nie stało i to nawet w najbardziej krytycznych momentach dla globalnych indeksów giełdowych, gdy apetyt na ryzyko był najmniejszy a przecież to w takich momentach inwestorzy zwykle wyrzucają ze swych portfeli najbardziej ryzykowne aktywa, a do takich należy złotymówi Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.Złoty się wzmocnił, pomimo wstrzymania podwyżek stóp procentowych, ponieważ zwiększyło się zaufanie dla całego koszyka walut europejskich.

    Dolar osłabiał się wobec złotego przez prawie trzy miesiące. Od 9 października 2022 r., gdy za dolara trzeba było płacić 5,02 zł. Minimum z ostatnich 52 tygodni to 3,92 zł, gdy natomiast maksimum to 5,03 zł (kurs z 29 września). Ro kończył się przy cenie dolara zbliżonej do 4,40 zł. Co stanie się z dolarem w 2023 r.

    – Dolar powinien pozostać w tych zakresach, w których ostatnio jesteśmyocenia ekspert CMC Markets.Co najmniej w I półroczu 2023 r. nie powinno dojść do zdecydowanego umocnienia złotego. Żadnej tragedii na złotym też nie będzie.

    Cały czas czekamy na rozstrzygnięcia dotyczące KPO, które dotąd nie były kluczowe i nie prowadziły do wyprzedaży złotego.

    Teoretycznie jesienią, ze względu na okres wyborczy, może dojść do pierwszych obniżek stóp procentowych, nie byłoby to dobre dla zwalczania inflacji, zwłaszcza że skumulowana inflacja dla lat 2022-2024 ma wynieść aż ok. 40%.

    Do osiągniecia celu inflacyjnego będzie nam nadal bardzo daleko, a jednocześnie istnieje ryzyko, że utkniemy na dłużej na relatywnie wysokich poziomach dynamiki inflacji.

    Przed nami także perspektywa „miękkiego lądowania” polskiej gospodarki, a więc przy bardzo niskim wzroście PKB, co może przyczynić się do utrwalenia stanu słabości warszawskiej giełdy. WIG 20 w ciągu 52 tygodni spadł o 20%.

    – Jednak wzrosty, które pojawiły się na GPW w drugiej części jesieni były bardzo dynamiczne i przy dużych obrotach, z łatwością przechodziliśmy kolejne poziomy oporukomentuje Ł.Wardyn z CMC Markets.Przyczynił się do tego zagraniczny kapitał, który osiągnął wysokie stopy zwrotu, także ze względu na umocnienie złotego. Można spekulować, że to co stało się w październiku i listopadzie jest początkiem nowego trendu wzrostowego, a teraz jesteśmy w korekcie, która może nas zanieść bardzo nisko. To nadal nie jest moment, aby komfortowo kupować aktywa na GPW.

    Dynamika inflacji musiałaby spaść do znacznie niższych poziomów, aby inwestowanie na GPW przed nią nas chroniło.


    Źródło: MarketNews24

  • Inflacja: najgorszy będzie początek roku

    Inflacja: najgorszy będzie początek roku

    Rekordu inflacyjnego nie unikniemy, to będzie luty lub marzec. O tym czy w Polsce uda się opanować dynamikę inflacji dowiemy się dopiero z końcem 2023 r. Podwyżki stóp procentowych w najbliższych miesiącach są jednak coraz mniej prawdopodobne.

    Dynamika inflacji spadła z 17,9% w październiku do 17,4% w listopadzie (wstępne dane GUS). Była znacząco poniżej konsensusu rynkowego (18,0%) i obniżyła się po raz pierwszy od lutego br. Głównym źródłem zaskoczenia był silniejszy od oczekiwań spadek dynamiki cen w kategorii „nośniki energii”. Spadek dynamiki związany jest też z kategorią „paliwa”, co nie było niespodzianką. Zwiększa się tym samym prawdopodobieństwo, że RPP powstrzyma się przed dalszymi podwyżkami stóp procentowych.

    – W grudniu inflacja prawdopodobnie będzie nieco niższa niż w listopadzie i dobrze, że już okazała się niższa od oczekiwań, jest jednak zbyt wcześnie, aby strzelać korkami z szampanamówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. Nie znamy jednak jeszcze danych o inflacji bazowej, a ta prawdopodobnie wzrosła ustanawiając kolejny i rekord i okaże się wyższa od oczekiwań analityków.

    Cena ropy brent na świecie obniżyła się do 86 USD za baryłkę, a dolar osłabił się wobec złotego do poziomu 4,50 zł. W ciągu 30 dni dolar potaniał o 4%, a nawet o 10% w okresie niecałych dwóch miesięcy. W związku z tym zmiany cenowe na stacjach paliw można uznawać za nawet zbyt małe.

    Natomiast powstrzymanie dynamiki wzrostu cen za opał i energię jest jednak chwilowe. Przed nami są podwyżki dla gospodarstw domowych. Gdyby gospodarstwa domowe płaciły ceny rynkowe już dziś inflacja byłaby dużo wyższa.

    Wyższe od oczekiwań obniżenie w listopadzie dynamiki cen w tych dwóch kategoriach oznacza, że prawdopodobnie wyższa od oczekiwań analityków okaże się inflacja bazowa. Tym samym kolejne wzrosty cen będą w coraz większym stopniu zależne od czynników wewnętrznych (krajowych).

    – To będzie oznaczać, że presja cenowa jest mocno rozlana po całej gospodarce i zakotwicza się coraz mocniej w kategoriach, które nie są tak bardzo zależne od cen surowców i cen energii na europejskim rynku komentuje ekspert XTB.Wyższa inflacja bazowa będzie oznaczać, że walka z inflacją okaże się jeszcze trudniejsza niż się spodziewano.

    Rekordowa inflacja dopiero przed nami, będą to odczyty za luty lub marzec. Inflacja może wówczas wzrosnąć do 20%.

    Od stycznia przed nami zaskoczenia. Ciekawe jest także w jaki sposób w lutym GUS zmieni swój koszyk inflacyjny, jakie kategorie będą miały w nim większy udział, a jakie – mniejszy.

    – Od tego czy inflacja przekroczy 20% na początku roku ważniejsze jest jaka będzie na koniec przyszłego roku, bo dopiero wtedy dowiemy się w jakim stopniu presje cenowe są stałe, tym bardziej, że przed nami rok wyborów parlamentarnych dodaje P.Kwiecień z XTB.


    Źródło: MarketNews24

  • Kiedy spadnie inflacja? Eksperci przewidują, kiedy nastąpi punkt zwrotny

    Kiedy spadnie inflacja? Eksperci przewidują, kiedy nastąpi punkt zwrotny

    Na światowych rynkach znów będzie zima. Szybko zbliżamy się do punktu krytycznego dla światowej gospodarki – takiego, do którego dojdziemy ze względu na „szczytową jastrzębia”* ze strony decydentów politycznych w ciągu najbliższego kwartału. Eksperci duńskiego banku inwestycyjnego Saxo Bank podkreślają, że od początku 2020 r. wskazywali na to, że inflacja będzie głęboko zakorzeniona i trwała. Według prognoz Saxo Banku na IV kwartał 2022 roku dla ryków globalnych, ten pogląd jest nadal aktualny, ale trzy czynniki doprowadzą do przełamania inflacji. Pytanie, przed którym stoi inwestor, tak naprawdę brzmi: jeśli jesteśmy nastawieni na szczyt jastrzębi w czwartym kwartale, co dalej?

    „Banki centralne wiedzą, że lepiej jest dla nich unikać nadmiernie jastrzębiej polityki, niż nadal utrzymywać narrację, że inflacja jest przejściowa i pozostanie zakotwiczona.”mówi Steen Jakobsen, Dyrektor Inwestycyjny, Grupa Saxo Bank.

    Po drugie, dolar amerykański jest niewiarygodnie silny i zmniejsza globalną płynność poprzez wzrost cen importu towarów, co ogranicza realny wzrost. Po trzecie, Fed w końcu osiągnie pełne tempo swojego programu QT, co spowoduje zmniejszenie jego rozdętego bilansu o 95 mld dolarów miesięcznie. Ten potrójny zestaw czynników powinien oznaczać, że w IV kwartale powinniśmy zaobserwować minimalny wzrost zmienności i potencjalnie silny wpływ na rynki obligacji i akcji.”

    „Co będzie dalej? Odpowiedź jest prawdopodobnie taka, że rynek zacznie wyceniać oczekiwanie na recesję, a nie tylko dostosowywać mnożniki wyceny wzwiązku zwyższymi rentownościami. Ten punkt zwrotny, w którym rynek zacznie wyceniać nadchodzącą recesję, może nastąpić w grudniu, kiedy ceny energii osiągną szczyt w postaci powyższego trio.”

    „Szacuje się, że całkowity udział energii w gospodarce światowej wzrósł z 6,5% do ponad 13%. Oznacza to stratę netto w wysokości 6,5% PKB. Strata ta musi zostać pokryta przez wzrost wydajności lub niższe stopy realne, a niższe stopy realne będą musiały być utrzymane, żeby nie dopuścić do załamania naszych przesiąkniętych długiem gospodarek.

    „Oznacza to, że w rzeczywistości istnieją dwa sposoby rozegrania tej sytuacji: wyższa inflacja utrzymująca się na poziomie znacznie przewyższającym oczekiwanie polityczne lub spadek stóp procentowych szybszy niż inflacja. Który z nich będzie lepszy? To będzie decydujące pytanie.

    Jasna strona: kryzysy napędzają innowacje

    Ten kryzys energetyczny przyspieszy zieloną transformację w Europie i wywoła potencjalny renesans dla Afryki, ale co najważniejsze, przyspieszy deglobalizację, ponieważ światowa gospodarka rozpada się na dwie części, z Indiami jako największym znakiem zapytania. Jeśli chodzi o globalny rynek akcji, jeszcze tej zimy pozostało sporo do zrobienia, zanim dotknie dna, ale najjaśniejsze dni jeszcze przed nami.

    Peter Garnry, Dyrektor ds. Strategii Rynków akcji w Saxo Banku twierdzi, że: „W naszych prognozach na pierwszy kwartał napisaliśmy, że światowy sektor energetyczny miał najlepszy oczekiwany zwrot z oczekiwanym zwrotem na poziomie 10 procent rocznie. Ze względu na rosnące ceny firm energetycznych ta oczekiwana roczna stopa zwrotu spadła teraz do 9 procent, ale nadal sprawia, że przemysł naftowy i gazowy jest atrakcyjny.

    „Globalny kryzys energetyczny trafia na pierwsze strony gazet, ale prawdziwa zima przed nami to prąd deglobalizacji, który się nasilił. Istnieje obraz, że świat dzieli się na dwa systemy wartości.  

    „Globalizacja była największą siłą napędową niskiej inflacji w ciągu ostatnich 30 lat i miała kluczowe znaczenie dla rynków wschodzących i ich rynków akcji. Odwrócona globalizacja spowoduje zamieszanie w krajach posiadających nadwyżkę handlową, wywrze presję na wzrost inflacji i zagrozi dolarowi jako walucie rezerwowej.  

    „Kryzys energetyczny sprawi, że Europa stanie się światowym liderem w dziedzinie technologii energetycznych, ale w międzyczasie dążenie na starym kontynencie do uniezależnienia się od surowców rosyjskich oznacza, że Afryka musi wypełnić lukę, stawiając Europę w bezpośredniej długoterminowej konkurencji z Chinami. Pośrodku tego wszystkiego są Indie: czy najludniejszy kraj świata może zająć prawdziwie neutralną pozycję, czy też będzie zmuszony do podejmowania trudnych wyborów? 

    „Szacowany na 6,5 punktu procentowego wzrost kosztów energii pierwotnej to podatek od wzrostu gospodarczego, co oznacza mniejsze dochody do dyspozycji i mniejsze zyski operacyjne. Akcje spółek konsumenckich zareagowały na tę presję osiągając gorsze wyniki niż na globalnym rynku akcji. Najbardziej wrażliwą częścią sektora konsumenckiego jest europejski sektor dóbr konsumpcyjnych, zdominowany przez francuskich producentów dóbr luksusowych i niemiecki producentów samochodów. Kraje takie jak Niemcy, Chiny i Korea Południowa są najbardziej narażone na znaczne spowolnienie konsumpcji, a ich rynki akcji w tym roku odzwierciedliły te wyzwania. 

    10 największych europejskich spółek konsumenckich:

    1. LVMH
    2. Hermes International
    3. Christian Dior
    4. Volkswagen
    5. Inditex
    6. EssilorLuxottica
    7. Richemont
    8. Kering
    9. Mercedes-Benz
    10. BMW

    „Naszą główną tezą jest to, że globalny rynek akcji stoi w obliczu potencjalnego spadku o maksymalnie 33%, zanim akcje osiągną dołek, ale bądźcie pewni, że wiosna zawsze powraca, a najjaśniejsze dni na globalnych akcjach wciąż przed nami”. – podsumowuje Peter Garnry.

    Czeka nas trudny i niestabilny kwartał

    Wiele niewiadomych będzie wciąż kreowało niestabilne środowisko dla większości towarów przed końcem roku. To mało prawdopodobne, aby sektor doznał poważnego uszczerbku, zanim ponownie nabierze tempa w 2023 roku. Prognoza stabilnych i potencjalnie jeszcze wyższych cen będzie napędzana przez mocne strony kluczowych towarów we wszystkich trzech sektorach: energetycznym, metalowym i rolniczym. Mając to na uwadze, widzimy, że Bloomberg Commodity Index, który obejmuje koszyk 24 głównych towarów, utrzyma swój ponad 10-procentowy wzrost od początku roku do końca roku.

    „Chociaż obserwujemy obawy dotyczące wzrostu i popytu, podaż kilku głównych towarów pozostaje równie trudna. W III kwartale sektor odzyskał swoją pozycję i chociaż widoczne są słabe punkty popytu, to widzimy, że strona podażowa jest równie zagrożona. Tp naszym zdaniem przyczynia się do długotrwałego cyklu wzrostu cen surowców, o którym po raz pierwszy pisaliśmy na początku 2021 r.” mówi Ole Hansen, Dyrektor ds. Strategii Towarowej w Saxo Banku.

    Przy stosunkowo stałym globalnym popycie na żywność strona podażowa będzie nadal dyktować ogólny kierunek cen. W sytuacji, gdy światowe zapasy kluczowych produktów żywnościowych, takich jak pszenica i ryż, soja i kukurydza, już są pod presją pogody i ograniczeń eksportowych, ryzyko dalszego wzrostu cen pozostaje wyraźnym i poważnym zagrożeniem.

    „Inwestorzy i traderzy metali szlachetnych będą nadal koncentrować się na kierunku rozwoju dolara i rentowności obligacji amerykańskich. Złoto znajduje się obecnie w szerokim przedziale, ale biorąc pod uwagę ryzyko recesji w USA w 2023 r. i dłuższego utrzymywania się inflacji na wyższym poziomie, widzimy, że w takim scenariuszu złoto radzi sobie dobrze. Te wydarzenia zaczną dodawać impetu inwestycjom w metale szlachetne w 2023 roku. Faworyzujemy srebro, biorąc pod uwagę obecne słabe zaangażowanie inwestorów i dodatkowe wsparcie ze strony odradzającego się sektora metali przemysłowych, w którym podaż, zwłaszcza aluminium i cynku, pozostaje po znakiem zapytania ze względu na dotkliwie wysokie ceny gazu i energii. Intensywna miedziana elektryfikacja świata będzie nadal nabierać rozpędu i już teraz widzimy, jak producenci tacy jak Chile, największy światowy dostawca miedzi, mają problemy z realizacją celów produkcyjnych.

    „Uważamy, że obecna słabość fundamentów ropy naftowej jest przejściowa, a w ostatnim kwartale ceny prawdopodobnie pozostaną pod znakiem zapytania, co doprowadzi do potencjalnego dolnego przedziału cenowego ropy Brent między 80 a 100 USD za baryłkę. Główne firmy naftowe przepełnione gotówką i inwestorzy ogólnie wykazujący niewielki apetyt na inwestowanie w nowe odkrycia sugerują, że koszt energii prawdopodobnie utrzyma się na wysokim poziomie przez najbliższe lata.”


    * Jastrzębia i gołębia polityka monetarna – określenia sposobu prowadzenia polityki monetarnej, gdzie jedna jest przeciwieństwem drugiej. Polityka jastrzębia charakteryzuje się strachem przed inflacją, objawiająca się podnoszeniem i utrzymywaniem stóp procentowych na wysokim poziomie, strachem przed recesja, mniejszą dbałością o wzrost gospodarczy. Polityka gołębia to utrzymywanie niskich stóp procentowych, zapewniających wyższy wzrost gospodarczy. Jest ona stosowana najczęściej w fazie rozkwitu i ożywienia w cyklu koniunkturalnym. Jastrzębi szczyt to określenie przełomu stosowania polityki jastrzębia, gdy zamiast podnoszenia stóp procentowych zaczyna się je utrzymywać na jednym poziomie.

  • „Wysoka inflacja jest też poważnym zagrożeniem dla koniunktury na świecie.” – Dawid Pachucki, główny ekonomista PZU

    „Wysoka inflacja jest też poważnym zagrożeniem dla koniunktury na świecie.” – Dawid Pachucki, główny ekonomista PZU

    W Polsce i na świecie obserwujemy obecnie rekordowo wysoką intensywność wyszukiwania hasła „inflacja”. Nie ma się co dziwić. Wzrost cen konsumpcyjnych jest obecnie najwyższy od dziesięcioleci. W coraz większym stopniu doskwiera to gospodarstwom domowym, wpływając na ich wybory zakupowe. Bardzo wysoka inflacja jest też poważnym zagrożeniem dla koniunktury na świecie. W dużej części podażowy obecnie charakter wzrostu cen wymaga podjęcia skoordynowanych działań po stronie polityki fiskalnej, regulacyjnej i monetarnej. Kryzysu energetycznego w Europie, którego skutkiem jest drastyczny wzrost cen prądu, nie da się, bez ogromnego kosztu dla gospodarki, rozwiązać tylko przez podnoszenie stóp procentowych.

    Zainteresowanie Polaków inflacją dawno nie było tak wysokie jak teraz. W dostępnej historii zapytań Google Trends, tj. od 2004 roku, wyszukiwanie hasła „inflacja” właśnie notuje szczyty popularności. Intensywność zapytań o inflację w Internecie zaczęła rosnąć mniej więcej od połowy 2021 (Wykres 1) i pokrywa się z okresem, w którym miesięczne tempa wzrostu poszczególnych składowych koszyka cen towarów i usług konsumpcyjnych odchyliły się w górę od swoich długookresowych średnich, co bezpośrednio przełożyło się na wzrost indeksu CPI (Wykres 2). Wyniki z Google Trends nie powinny dziwić. Według tzw. szybkiego szacunku GUS, we wrześniu inflacja CPI w Polsce sięgnęła już 17,2% r/r, co było najwyższym odczytem od 1997 r. Polska nie jest tutaj wyjątkiem. Wiele krajów notuje poziomy inflacji nie widziane od dziesięcioleci, co przekłada się na wzrost intensywności wyszukiwania hasła „inflation” może nawet większy niż w Polsce.

    (więcej…)

  • Biznes potrzebuje analityków danych z obszaru ekonomii

    Połączenie nauki, technologii i biznesu – tego mogą spodziewać się studenci, którzy wybiorą w tym roku studia na najnowszej specjalności Data Science w Ekonomii na warszawskiej Uczelni Łazarskiego. Program zajęć powstał we współpracy z międzynarodowym dostawcą danych makroekonomicznych ISI Emerging Markets Group, który dzięki swoim platformom EMIS i CEIC zapewni studentom możliwość nauki na unikalnych, aktualizowanych w czasie rzeczywistym danych z całego świata.

    Studenci, którzy podczas najbliższego semestru wybiorą specjalność Data Science w Ekonomii, po jej ukończeniu będą gotowi wykonywać jeden z najbardziej poszukiwanych zarówno w Polsce, jak i na świecie zawodów analityka danych (Data Analyst). Osoby na tym stanowisku są potrzebne już praktycznie we wszystkich branżach, a prognozuje się, że w nadchodzących latach popyt będzie tylko rósł. W czasach transformacji cyfrowej w każdej chwili wytwarzane są miliony danych. Ich poprawna selekcja i ocena stają się niezbędnymi kompetencjami przy pracy. Analitycy zajmują się nie tylko interpretacją danych, ale także przewidywaniem procesów zachodzących w gospodarce globalnej.

    Jak dane pomagają podejmować decyzje biznesowe

    Zrozumienie sposobów kształtowania trendów gospodarczych umożliwia tworzenie skuteczniejszych strategii biznesowych. Osoby zajmujące stanowisko Data Analyst pomagają firmom prowadzić analizę rynku i konkurencji w celu zidentyfikowania zmian, tendencji i możliwości w danej branży czy sektorze. Do kompetencji zatrudnionego w przedsiębiorstwie analityka może również należeć zarządzanie procesami decyzyjnymi. Na Data Science w Ekonomii, oprócz wykwalifikowanej kadry naukowej, prowadzącymi będą doświadczeni eksperci sektorowi. Organizacje, które zostały partnerami biznesowymi specjalności, mogą w przyszłości stać się miejscem pracy dla absolwentów.

    Chcąc monitorować efektywność działania różnych obszarów przedsiębiorstwa czy instytucji, konieczna jest umiejętność prezentacji uzyskanych informacji. Profesjonalny raport jest pierwszym krokiem do znalezienia odpowiedzi na pytania o kondycję i przyszłość organizacji. Ważne jest zaprezentowanie danych i wniosków w taki sposób, aby były zrozumiałe i przejrzyste także dla osób, które nie posiadają specjalistycznej wiedzy z zakresu ekonomii, a są zaangażowane w proces decyzyjny. Nie bez przyczyny to właśnie „Analiza i wizualizacja danych” będzie jednym z głównych przedmiotów na startującej w najbliższym semestrze specjalności Data Science w Ekonomii.

    Kompetencje analityka danych ekonomicznych

    Celem specjalności opracowanej przez kadrę naukową Uczelni Łazarskiego i ekspertów z ISI Emerging Markets Group jest nauka sprawnego i logicznego zarządzania danymi.

    – Samo agregowanie danych nie zapewnia korzyści, trzeba je jeszcze umiejętnie przetwarzać. W dzisiejszej gospodarce cyfrowej dane stanowią rodzaj kapitału, który należy zabezpieczyć. Sukces biznesowy i możliwość uzyskania przewagi konkurencyjnej na rynku w coraz większym stopniu zależą od dostępu do danych, ich dobrej analizy i trafnego wykorzystaniamówi Daria Rybińska, manager regionu CEE z ISI Emerging Markets Group.

    Zapewnienie biznesowi bezpieczeństwa w obszarze cyberprzestrzeni, włączając w to jego zasoby cyfrowe w postaci danych, to jedna z kluczowych kompetencji specjalisty na stanowisku Data Analyst, którą zdobędą absolwenci Data Science w Ekonomii. Aż 31 proc. cyberataków kończy się ujawnieniem lub modyfikacją cennych firmowych danych, a prawie 3/4 incydentów jest skutkiem niebezpiecznych działań samych pracowników. Podczas zajęć na nowej specjalności studenci poznają nowoczesne metody zarządzania obszarem ryzyka cybernetycznego oraz zapobiegania różnorodnym zagrożeniom czyhającym w tym obszarze.

    Platformy EMIS i CEIC pozwolą studentom poznać tajniki danych mikro- i makroekonomicznych

    Specjalność Data Science w Ekonomii na Wydziale Ekonomii i Zarządzania to czas na rozwinięcie umiejętności pracy zespołowej, przede wszystkim poprzez przygotowywanie kompleksowych projektów, liczne wystąpienia i prezentacje. Korzystanie podczas zajęć z udostępnianych przez ISI Emerging Markets Group serwisów ekonomicznych EMIS i CEIC, w których dostępne są dane zarówno mikro-, jak i makroekonomiczne, przygotuje studentów do płynnego wejścia na dalszą drogę kariery Data Analyst. Możliwość pracy z danymi dostarczanymi przez analityków z lokalnych rynków pozwoli poznać przykłady zagadnień, z którymi na co dzień podczas swojej pracy spotykają się eksperci sektorowi. Dyplom ukończenia specjalności Data Science w Ekonomii stanowi krok w stronę przyszłości w jednym z najbardziej poszukiwanych zawodów świata.

    – Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym w erze danych, których wolumen podwaja się co trzy lata. Trwająca transformacja cyfrowa wymaga zmiany procesów organizacyjnych i opracowania nowych modeli biznesowych. Specjalność Data Science w Ekonomii odpowiada bezpośrednio na te potrzeby, a dzięki współpracy z ISI Emerging Markets Group z pewnością wykształcimy licznych profesjonalistów przygotowanych do wejścia na rynek pracyzapewnia dr Anita Zarzycka, Pełnomocniczka Dziekana ds. Dydaktyki (Wydział Ekonomii i Zarządzania) z Uczelni Łazarskiego.

  • Polska gospodarka ma problem poważniejszy niż podwyżki stóp procentowych

    Polska gospodarka ma problem poważniejszy niż podwyżki stóp procentowych

    Pogarszają się nastroje konsumenckie i wskaźniki koniunktury. Obawy związane z rekordową inflacją mieszają się z obawami dotyczącymi ograniczania produkcji przez firmy i recesji.

    Wskaźnik wyprzedzający koniunktury PMI dla przemysłu w Polsce wypadł wyraźnie poniżej szacunków i wyniósł 40,9 pkt, przy prognozach zakładających 41,8 pkt. Indeks ten od maja utrzymuje się poniżej granicy 50 pkt i z każdym kolejnym odczytem wypada słabiej.

    Nastroje przedsiębiorców są w Polsce wyjątkowo kiepskie. Dla porównania indeks PMI dla przemysłu w strefie euro wyniósł 49,6 pkt, przy oczekiwaniach zakładających 49,7 pkt. Dla największej gospodarki regionu, czyli Niemiec było do 49,1 pkt, przy spodziewanych 49,8 pkt. Wydaje się, że jest to kolejna negatywna informacja dla euro.

    Dynamika konsumpcji w Polsce uległa nieznacznemu obniżeniu pomiędzy I i II kw. (z 6,6% r/r do 6,4%) w związku z pogorszeniem nastrojów gospodarstw domowych i spadkiem realnych wynagrodzeń. Kwartalna dynamika PKB oczyszczona z wpływu czynników sezonowych zmniejszyła się w II kw. do -2,1% wobec +2,5% w I kw.

    – Negatywne trendy ogólnoświatowe, które są widoczne zwłaszcza w europejskiej gospodarce, nie są dla nas obojętne, rekordowa inflacja wymusiła podwyżki stóp, których skutki są szczególnie widoczne na rynku nieruchomościmówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. Co bardzo istotne, tak wysoka inflacja ogranicza rozporządzalne dochody gospodarstw domowych, które z kolei ograniczają swój popyt, a wszyscy żyjemy obawami związanymi z dalszym wzrostem cen surowców energetycznych i z firm napływają sygnały, że z powodu cen energii będą ograniczać produkcję, która staje się dla nich nieopłacalna.

    Jak wynika ze wstępnych danych dynamika inflacji w sierpniu w ujęciu r/r wyniosła aż 16,1%, podczas gdy oczekiwania zakładały spadek z 15,6% do 15,4%! Jeśli chodzi natomiast o ujęcie miesięczne, także wygląda to kiepsko, wskaźnik wyniósł 0,8% m/m, przy oczekiwaniach zakładających 0,2% (poprzednio 0,5%). Pomimo oczekiwań zakładających spadek tempa wzrostu cen, wczorajszy odczyt inflacji pokazał kolejny wyraźny wzrost.

    Mamy więc problem z recesją, która może nie ograniczyć się do tzw. recesji technicznej, a więc dotyczącej dwóch kolejnych kwartałów.

    – To czy będzie jedna czy dwie podwyżki stóp procentowych i o 25 czy 50 pkt. bazowych nie ma już tak dużego znaczenia dla gospodarki. Sytuacja jest bardzo trudna, bo gdy gospodarka spowalnia naturalną reakcją byłoby obniżanie stóp procentowych, a ponieważ polityka pieniężna działa z opóźnieniem to bank centralny powinien zareagować jak najszybciej komentuje ekspert XTB. Przed nami sytuacja coraz bardziej stagflacyjna. Prawdopodobnie zapłacimy wysoka cenę za rozrzutność szczególnie w ubiegłym roku, gdy było już jasne, że gospodarka dobrze poradziła sobie z odbiciem pocovidowym i należało wycofywać się z polityki stymulacyjnej, ale tego nie zrobiono.

    Banki centralne popełniły bardzo poważny błąd, choć skala tego błędu jest różna w różnych krajach. Wzrost inflacji okazał się zbyt wysoki, aby z tej błędniej polityki można było się wycofać przy niskim koszcie.

    – Teraz stoimy przed problemem ochrony gospodarstw domowych przed skutkami podwyżek cen energii i będą to działania prowadzące do uśmierzania bólu, a dla gospodarki oznaczać będą stymulowanie popytudodaje P.Kwiecień.Jeżeli rząd zablokuje podwyżki cen energii, to w gospodarstwach domowych pozostanie więcej pieniędzy, a to znów będzie zwiększać popyt.

    Popyt mogłaby ograniczyć zwiększona skłonność do oszczędzania, poprzez atrakcyjne oprocentowanie obligacji skarbowych. Rzecznik Praw Obywatelskich skierował pismo do Ministerstwa Finansów dotyczące oprocentowania obligacji skarbu państwa i różnego traktowania obywateli i inwestorów instytucjonalnych. Ekspert XTB zwraca jednak uwagę na nową ofertę, na 3-letnie obligacje stałoprocentowe (oprocentowanie 6,50%). Oferta dla inwestorów indywidualnych została w ostatnim okresie znacząco poprawiona.

  • Ekonomista: Stopy procentowe już w Polsce nie wzrosną

    Siódmego września Rada Polityki Pieniężnej zbierze się na kolejnym decyzyjnym posiedzeniu (23 sierpnia jest posiedzenie niedecyzyjne). Zgodnie z sugestiami prezesa Narodowego Banku Polskiego i przewodniczącego RPP, prof. Adama Glapińskiego, stopy mają wówczas wzrosnąć o 25 punktów bazowych, co zakończyłoby cykl podwyżek. Zdaniem Andrzeja Stefaniaka, ekonomisty i dealera walutowego z DMK, obecny poziom stóp procentowych jest optymalny. Natomiast w przyszłym roku zobaczymy na całym świecie obniżki stóp, także w Polsce.

    − Uważam, że stopy procentowe w Polsce już nie pójdą więcej w górę. Poziom 6,5 proc. jest optymalny, to jest takie wyważenie między tym, żeby inflacja nie kontynuowała tendencji wzrostowych, ale także żeby wzrost gospodarczy w Polsce utrzymać nad kreską mówi Andrzej Stefaniak, dealer walutowy i ekonomista DMK. − Bank centralny musi teraz wyważyć te dwie siły, tak żeby rzeczywiste stopy procentowe, które otrzymuje klient detaliczny czy przedsiębiorstwo, nie przekroczyły 10 proc., ponieważ to jest bariera psychologiczna i ma duże znaczenie dla całej gospodarki. Rynek już wycenia, że w przyszłym roku, za rok dokładnie, zacznie się cykl obniżek stóp procentowych w zależności od tego, jaka będzie trajektoria inflacji w naszym kraju.

    Rada Polityki Pieniężnej rozpoczęła cykl podwyżek stóp procentowych w październiku 2021 roku, niespodziewanie podnosząc je o 40 punktów bazowych, dzięki czemu stopa referencyjna wzrosła z rekordowo niskiego poziomu 0,10 proc. do 0,50 proc. W kolejnych miesiącach na wszystkich posiedzeniach stopy były podnoszone, aż w lipcu referencyjna doszła do 6,50 proc. To i tak dużo niżej, niż wynosi inflacja, która w lipcu sięgnęła 15,6 proc., ale też po raz pierwszy od miesięcy prognozy na sierpień mówią o niewielkim wyhamowaniu wzrostu cen do 15,4 proc. Natomiast odczyt PKB (na razie wstępny) za II kwartał okazał się słabszy od oczekiwań. W ujęciu kwartalnym mieliśmy do czynienia ze spadkiem o 2,3 proc., podczas gdy oczekiwano spadku o zaledwie 0,8 proc.

    − Jesteśmy teraz w fazie recesji, spowolnienia gospodarczego, globalny popyt maleje. Spadną także oczekiwania inflacyjne. Jeżeli wpływ cen administrowanych, które są teraz największym problemem w kontekście perspektywy inflacyjnej w Polsce, nie doprowadzi do bardzo skokowego wzrostu inflacji, to spodziewam się, że na przełomie tego i 2023 roku inflacja w Polsce zacznie dynamicznie spadać i to jest scenariusz bazowy – mówi Andrzej Stefaniak. − W takiej sytuacji stopy procentowe już prawdopodobnie nie będą dalej rosły. W Polsce stopy procentowe osiągają swoje apogeum, w strefie euro, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych jesteśmy bardzo blisko tych poziomów, które zostały już przez rynek wcześniej wycenione, czyli te informacje są już w cenach.

    Banki centralne na całym niemal świecie (z wyjątkiem Chin, które obniżają stopy procentowe, ale Pekin ani nie stymulował gospodarki w covidzie, jak robiły to banki centralne w Europie i USA, ani nie ma problemu z inflacją) od miesięcy najpierw zapowiadały zacieśnianie polityki monetarnej, a potem wcieliły ten plan w życie. Amerykańska Rezerwa Federalna rozpoczęła podwyżki stóp w marcu od 25 punktów bazowych, by w maju zwiększyć koszt pieniądza o 50 punktów, a w czerwcu i lipcu każdorazowo po 75 punktów. W efekcie stopa funduszy federalnych znajduje się już w przedziale 2,25–2,50 proc., a to poziom z poprzedniego szczytu z przełomu 2018 i 2019 roku. Fed ogranicza również sumę bilansową, co jest przeciwieństwem skupu obligacji, prowadzonego podczas lockdownów. W Stanach ostatni odczyt inflacyjny był już niższy niż wcześniejszy (8,5 proc. w lipcu wobec 9,1 proc. w czerwcu).

    Nawet Europejski Bank Centralny rozpoczął podwyżki od razu o 50 punktów bazowych, mimo że wyższe stopy w strefie euro oznaczają kłopoty z obsługą długu państw południa kontynentu, szczególnie Włoch. Na razie, o ile konflikt za naszą wschodnią granicą nie będzie eskalował, a surowce energetyczne znów nie podrożeją, inflacja nie powinna już przyspieszać.

    − Gdyby doszło do scenariusza eskalacji konfliktu zbrojnego, a równolegle do wzrostu cen węglowodorów, ropy naftowej, gazu ziemnego, gdyby także ceny produktów rolnych zaczęły mocno rosnąć, to oczywiście presja inflacyjna znowu by się pojawiła. To  znowu wywoływałoby presję na to, żeby stopy procentowe podnoszono mocniej, niż zakładają prognozy. W takiej sytuacji problem inflacji stałby się znowu palący, ale jest to na chwilę obecną zdecydowanie mniej prawdopodobny scenariusz, to nie jest scenariusz bazowyocenia ekonomista DMK.Scenariusz bazowy zakłada, że szczyt inflacji jest już teraz tworzony, a stopy procentowe są bardzo blisko poziomów ekstremalnych w Stanach Zjednoczonych, Europie, również w Polsce. Na przestrzeni następnych miesięcy i kwartałów inflacja będzie spadać. W 2023 roku również stopy procentowe zaczną spadać od Stanów Zjednoczonych, przez Europę, Polskę, aż nawet w Azji i Oceanii.

  • Złoto wraca do świata finansów

    Złoto wraca do świata finansów

    W świecie niestabilnej i coraz mniej przewidywalnej gospodarki coraz częściej sięgamy po sprawdzone na rynku wymiany towarowo-pieniężnej instrumenty. Jednym z takich instrumentów jest złoto. W ciągu ostatnich dziesięcioleci „władcy pieniądza” zrobili wiele, aby wyrzucić złoto ze świata finansów i zastąpić je dolarem.

    Ten metal szlachetny został zdegradowany z ogólnego ekwiwalentu finansowego do towaru/surowca giełdowego, a cena złota była sztucznie zaniżana. Jednak żadne tego typu działania nie pomogły – złoto pozostało konkurentem dolara, a teraz ma okazję się odegrać: 28 czerwca 2021 roku, przyjęte zostały nowe przepisy Banku Rozrachunków Międzynarodowych w Bazylei[1], znane jako Bazylea III, zgodnie z którymi cena złota już nie będzie manipulowana przez USA i Wielką Brytanię. Dodatkowo na te „zachodnie” regulacje na rynku złota, nakładają się „wschodnie” plany dokonania zmian w światowym systemie finansowym, w których złoto odgrywa nie poślednią rolę. Czy wywyższenie złota oznacza koniec dolara? Wielu ekspertów uważa, że trudno będzie go uratować. Inni twierdzą, że dolara nie ma czym zastąpić, i tu pretendentem nie jest nawet złoto.

    Złoto na finansowej banicji

    To, co w świecie finansów do niedawna stanowiło wielką tajemnicę jest dziś wiedzą powszechną. Mianowicie od dziesięcioleci złoto było energicznie wypierane ze świata pieniądza, a jego cena sztucznie zaniżana. Polityka deprecjacji złota jako środka płatniczego została przyjęta przez tych, którzy narzucili swoje decyzje Jamajskiej Konferencji Monetarnej i Finansowej w 1976 roku[2], konferencji, która zdecydowała o zastąpieniu standardu złotego dolara, dolarem papierowym. Złotu nakazano opuścić świat pieniądza. Zostało arbitralnie zdegradowane do poziomu towaru/surowca. Jednak w rzeczywistości finansowej pozostało konkurentem dolara.

    Wtedy postanowiono „stłumić” cenę złota. W świecie finansów istniała cyniczna formuła: „Im niższa cena złota, tym silniejszy dolar” (i odwrotnie: „im wyższa cena złota, tym słabszy dolar”). Przez cztery kolejne dekady „władcy pieniądza” (główni akcjonariusze Rezerwy Federalnej USA) prowadzili dyskretną wojnę ze złotem. Wojna ta prowadzona była wyrafinowanymi metodami:

    • Na rynku złota – realizowane były oficjalne interwencje w złoto dokonywane kosztem rezerw Skarbu USA i MFW (prowadzone głównie pod koniec lat 70.);
    • Założono tajny kartel złota, obejmujący Bank Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, Bank Anglii, kilka banków z Wall Street i City of London, które obniżały cenę złota. Kartel wykorzystywał metal z oficjalnych rezerw złota USA i prawdopodobnie Anglii. W rzeczywistości miała miejsce kradzież złota z oficjalnych rezerw, przykryta fałszywymi umowami dotyczącymi pożyczek i leasingu złota.
    • Na przełomie XX-XXI wieku zawarto tak zwane Porozumienie Waszyngtońskie[3], w którym uczestniczyło ponad dwadzieścia państw zachodnich. Porozumienie wymagało od władz monetarnych kontrolowanej wyprzedaży złota z oficjalnych rezerw. Umowa działała skutecznie (sprzedaż złota przez banki centralne Szwajcarii, Anglii, Francji, Niemiec itd.) do 2010 roku;

    Równolegle stosowano takie środki „tłumienia” cen złota jak pochodne instrumenty finansowe powiązane z tym metalem szlachetnym. Były to różne kontrakty terminowe (futures) i opcje[4], należności (i zobowiązania) denominowane w złocie. W 90-99% przypadkach w operacjach tych nie było rzeczywistej podaży fizycznego metalu.

    Powstało pojęcie tzw. „papierowego złota”[5]. Gigantyczna skala handlu „papierowym złotem” obniżała cenę fizycznego metalu. Giełdy, o których mówiono, że są „złote”, faktycznie handlowały (i nadal handlują) wirtualnym („papierowym”) złotem. Największa na świecie platforma handlu złotem znajduje się w Londynie, gdzie działa London Bullion Market Association (LBMA). Tutaj złoto jest wymieniane średnio na 20 miliardów dolarów dziennie, czyli ponad 5 bilionów dolarów rocznie. I prawie cały handel sprowadza się do kupna i sprzedaży „papierowego złota”. Drugą co do wielkości platformą handlu metalami szlachetnymi na świecie jest nowojorski COMEX. Znany analityk finansowy Patrick Heller wypowiadał się o roli tej giełdy w obniżaniu ceny złota i wspieraniu dolara amerykańskiego, w sposób następujący: „handel kontraktami terminowymi i opcjami na COMEX rozpoczął się w połowie lat siedemdziesiątych XX w. po to, aby rząd amerykański i główni partnerzy Rezerwy Federalnej mogli manipulować ceną złota”.

    Głównymi uczestnikami handlu „papierowym złotem” są banki. Pracują z dwoma rodzajami złota. Pierwszym z nich jest tzw. złoto alokowane, będące własnością klientów banku. Jest to fizyczny metal, zidentyfikowany (sztabki o określonym standardzie, ponumerowane), przechowywany w specjalnie wyposażonych pomieszczeniach. Złoto to nie jest wykazywane w bilansie banku, jest aktywem pozabilansowym. Drugi rodzaj – to złoto niealokowane. Złoto to jest własnością banku, odzwierciedloną w jego bilansie. Bank przeprowadza różne transakcje takim złotem, które znajdują odzwierciedlenie w aktywach i pasywach banku. Klient banku może na przykład otworzyć depozyt na 1000 uncji niealokowanego złota, a obowiązkiem banku jest spłata wierzytelności w walucie lub w formie metalu. Większość transakcji „metalowych” nie kończy się dostawą fizycznego złota. Dlatego banki mają minimalny (a czasami zerowy) zapas fizycznego złota. Tu pojawia się analogia z gotówką. W kasie banku komercyjnego gotówka jest czasem tysiące razy mniejsza niż sumaryczne wymagania wszystkich klientów, którzy założyli w tym banku rachunki depozytowe. W odniesieniu do złota można powiedzieć, że banki pracujące ze złotem niealokowanym mają niepełne (częściowe) pokrycie swoich zobowiązań z tytułu transakcji z tym metalem szlachetnym. Oczywiście ten czynnik zwiększa niestabilność banku. Niektóre banki, które specjalizują się w pracy z niealokowanym złotem, mogą upaść podczas kryzysów bankowych, gwałtownych wahań cen na rynku złota itp. W rzeczywistości niealokowane złoto banków jest jedną z odmian „papierowego złota”. Oczywistym jest, że w celu zwiększenia stabilności banków zajmujących się złotem, konieczna jest zmiana proporcji złota fizycznego i „papierowego” na korzyść tego pierwszego. A jeśli bank nie chce (lub nie może) zmienić tej proporcji i jest skłonny pracować z „papierowym” złotem, musi zwiększyć kapitał własny, który mógłby pokryć ryzyko pracy ze złotem niealokowanym.

    Bitwa za Bazyleę III

    Problemy związane ze złotem od dawna są przedmiotem troski Banku Rozrachunków Międzynarodowych (ang. Bank for International Settlements – BIS) w Bazylei. Wiadomo, że bank ten opracowuje standardy adekwatności kapitałowej dla banków w celu zwiększenia stabilności instytucji kredytowych. Pierwsza generacja takich standardów nosiła nazwę Bazylea I. Następnie zostały one zastąpione przez standardy Bazylea II. Ale kiedy wybuchł światowy kryzys finansowy lat 2008-2009, okazało się, że standardy Bazylea II są niewystarczające, i że konieczne jest zaostrzenie wymagań co do wielkości i jakości kapitału banków komercyjnych. Rozpoczęto opracowywanie i stopniowe wdrażanie standardów Bazylea III, ale nie zostały one jeszcze w pełni wprowadzone. Szczególnie wrażliwa dla wielu państw i banków jest kwestia złota w nowych regulacjach bazylejskich.

    Na początku 2019 roku pojawiła się plotka, że 29 marca tego samego roku weszła w życie nowa zasada rozliczania złota, jako części kapitałów własnych banków, dzięki czemu ten metal szlachetny stał się bardziej atrakcyjnym dla banków. Stymulowało to banki do pozyskiwania kapitału w oparciu o złoto. Jednak ku rozczarowaniu wielu ekspertów nowe zasady finansowe nie zostały wdrożone. Pojawiła się wersja, że: „władcom pieniądza” udało się wywrzeć presję na BIS i uniemożliwić wprowadzenie zasad, osłabiających pozycję amerykańskiego dolara. W 2021 r. BIS wznowił wysiłki na rzecz postępu w zakresie zasad Bazylei III. Nowe reguły mają zapobiec powtórce z czasów kryzysu finansowego 2008- 2009, kiedy upadające banki były ratowane na koszt podatnika. W tym celu nadzorcy bankowi z Bazylei dążą do podniesienia limitów minimalnego kapitału własnego, dźwigni finansowej, minimalnych wskaźników płynności oraz do ograniczenia ryzyka podejmowanego przez banki na rynkach finansowych.

    Jednak to kwestia złota spowodowała, że temat nowych Reguł Bazylejskich, który rzadko kiedy wychodzi poza hermetyczne środowisko bankowe i akademickie, tym razem od dłuższego już czasu rozgrzewa wyobraźnię analityków i inwestorów z rynku złota. Powodem jest to, że nowe regulacje przynoszą istotny zmianę w mechanizmach funkcjonowania rynków metali szlachetnych, a w szczególności złota, a w tym między innymi:

    • Po pierwsze, złoto wraca do systemu bankowego. Bazylea III mocno zmienia się sposób traktowania złota w bilansach banków. Metal alokowany będzie miał zerową wagę ryzyka na potrzeby obliczania kapitału regulacyjnego. Stanie się tak zwanym Tier1 asset, podczas gdy wcześniej traktowany był jak każdy inny surowiec przemysłowy (Tier3 asset). W ten sposób złoto leżące w bankowym skarbcu i będące własnością banku zrówna się swym statusem z gotówką czy obligacjami skarbowymi.
    • Po drugie zmieni się podejście do złota w bankowej rachunkowości. W ramach Bazylea III złoto będzie traktowane jak waluta obca, a nie jako pozycja na rynku surowcowym, jak to było do tej pory. Zdaniem części analityków zwiększy to popyt na fizyczne złoto ze strony banków komercyjnych, ale także banków centralnych[6].
    • Po trzecie, banki będą musiały spełnić minimalne wymogi wskaźnika o nazwie Net Stable Funding Ratio (NSFR – Wskaźnik Stabilnych Funduszy Netto). NFSR nakłada na banki obowiązek posiadania zabezpieczenia na wszystkie transakcje finansowania i rozliczania pozycji na rynkach metali szlachetnych. W przypadku złota wskaźnik ten został ustalony na minimum 85%. Oznacza to, że złoto niealokowane będzie traktowane jako znacznie bardziej ryzykowne, niż złoto fizycznie znajdujące się w skarbcu, czyli złoto alokowane. Do tej pory oba rodzaje złota były traktowane jednakowo.

    Zaostrzenie przepisów Bazylei ostatecznie przestało być tajemnicą, gdy 4 maja 2021 roku, LBMA i Światowa Rada Złota (WGC)[7] wysłały do brytyjskiego Urzędu Regulacji Prudential (Prudential Regulation Authority) wniosek o niewprowadzanie standardów Bazylei III dla handlu niealokowanymi metalami szlachetnymi (nie tylko złotem, ale także srebrem). Istniały bowiem obawy, że nowe przepisy doprowadzą do likwidacji londyńskiego rynku „papierowego złota”. Co zaskakujące, do apelu LBMA przyłączył się WGC. Ta ostatnia instytucja przez wiele lat podawała się za organizację chroniącą interesy tych, którzy pracują z fizycznym złotem (górnicy złota, przemysł jubilerski). Najwyraźniej WGC już dawno przeszedł na stronę tych, którzy pracują z „papierowym złotem” i chronią dolara amerykańskiego.

    Z pewnością BIS jest pod presją sił, które bronią słabnącego dolara. Tak więc, pomimo że 28 czerwca 2021 roku w Unii Europejskiej ogłoszono regulacje Bazylei III, to już 27 października tegoż roku, Komisja Europejska ujawniła projekt dyrektywy, w której proponuje odroczenie wprowadzenie reform do 2025 roku. Wcześniej, na mocy globalnego porozumienia ustalono, że datą, od której banki Unii Europejskiej miały rozpocząć przejście do nowej wersji Bazylei, miał być wspomniany 28 czerwca 2021 r., a nowe wskaźniki adekwatności kapitałowej miały obowiązywać w od 1 stycznia 2023 (w Stanach Zjednoczonych – od 1 lipca 2021, a w Wielkiej Brytanii od 1 stycznia 2022 r.). Zaistniałe opóźnienie KE tłumaczy pandemią, chociaż niektórzy eksperci mówią, że w ostatniej chwili BIS i regulatorzy finansowi UE, Anglii i innych krajów mogli się wycofać i próbują przynajmniej opóźnić wprowadzanie nowych przepisów.

    Na innowacje związane z handlem złotem w ramach nowych uregulowań Bazylea III zareagował jeden z bardziej znanych uczestników rynku metali szlachetnych, meksykański miliarder Hugo Salinas Price. Price od dawna twierdzi, że na światowym rynku ceny złota i srebra są sztucznie obniżane. 31 maja 2021 roku, biznesman ten opublikował artykuł pt. „June 28: Bank for International Settlements Caves into Russia and China” („28 czerwca – Bank for International Settlements poddaje się Rosji i Chinom”). Warto przytoczyć najważniejsze stwierdzenia tego artykułu: „To operacje z niealokowanym, czyli z raczej mitycznym złotem, pozwoliły najważniejszym bankom w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych kontrolować i obniżać rynkową cenę złota. Zgodnie z nowymi przepisami, które zostały zaprezentowane 28 czerwca 2021 roku, cena złota nie będzie już manipulowana przez USA i Wielką Brytanię, ponieważ najważniejsze banki tych państw nie będą już mogły korzystać z niealokowanego, czyli nieistniejącego złota, jako narzędzia w ich zmowie, mającej na celu kontrolowanie ceny tego kruszcu”.

    Zachodzi pytanie, dlaczego Hugo Salinas Price twierdzi w tytule swego artykułu, że „BIS poddaje się Rosji i Chinom”? Należy wątpić, aby Moskwa lub Pekin miały jakakolwiek możliwość wywierania presji na Bank Rozrachunków Międzynarodowych w Bazylei (stworzony przez USA i państwa Europy Zachodniej), aby ten zmienił swoją politykę i wprowadził nowe przepisy dotyczące złota. W rzeczywistości BIS długo prowadził politykę pro-dolarową, ale dziś sytuacja na rynkach finansowych jest taka, że stawianie na dolara obarczone jest dużym ryzykiem. Jego dalsze wsparcie poprzez obniżanie ceny złota, może doprowadzić do sytuacji, wobec której kryzys finansowy lat 2008-2009 wyglądać będzie jak dziecinna zabawka. BIS to rozumie i wie, że jego priorytetowym zadaniem nie jest ratowanie dolara, ale ratowanie światowego systemu kapitalistycznego.

    Jednak rzeczywiście trzeba przyznać, że jeśli nowe zasady BIS ostatecznie wejdą w życie, to będą one korzystne dla Rosji i Chin. Zapotrzebowanie na fizyczne złoto zacznie bowiem gwałtownie rosnąć, a Chiny i Rosja są wiodącymi, światowymi producentami tego kruszcu. Poza tym, w dalekosiężnych planach tych krajów złoto ma odegrać ważną rolę w tworzeniu nowego światowego ładu finansowego.

    Złoto w zmaganiach Rosji i Chin z Zachodem

    Przez pewien czas wydawało się, że złoto – uniwersalna miara wartości – pozostaje na marginesie trwających obecnie rozgrywek ekonomicznych na świecie. Tymczasem po pewnym okresie neutralności staje się ono obecnie jednym z instrumentów wojny sankcyjnej między Rosją a Zachodem, a szerzej między Zachodem a Wschodem. Pieniądz od dawna jest bronią, a złoto – jako wieczny pieniądz – nie jest tu wyjątkiem. O tym, że złoto może być doskonałym instrumentem wojen ekonomiczno-finansowych świadczyć mogą chociażby trzyinformacje ze złotem we wspólnym mianowniku, które jedna po drugiej pojawiły się w końcu czerwca bieżącego 2022 roku:

    • 21 czerwca Reuters poinformował, że Unia Europejska rozważa możliwość nałożenia ograniczeń na rosyjskie złoto w ramach siódmej rundy sankcji. Wcześniej, decyzję o sankcjach na rosyjskie złoto podjęły USA;
    • 22 czerwca państwowa rosyjska korporacja VEB.RF przedstawiła ideę emisji „złotego krypto-rubla” nastawionego na rozliczenia międzynarodowe;
    • Tego samego dnia prezydent Rosji Władimir Putin w swoim powitalnym przemówieniu do uczestników Forum Biznesu BRICS[8] zapowiedział badanie kwestii stworzenia międzynarodowej waluty rezerwowej, opartej na „koszyku” walut krajów BRICS.

    Sytuacja gospodarcza i finansowa na świecie powoduje, że coraz wyraźniej rysują się perspektywy powrotu – chociaż w zmienionej, unowocześnionej formie – do standardu złota. W nowych realiach możemy mówić o dwóch rozwiązaniach: „towarowym standardzie” – pieniądzu wspieranym przez kluczowe zasoby złota i quasi-pieniądzu z punktu widzenia gospodarki krajów rozwijających się. Pieniądze fiat[9] wydrukowane na kolosalną skalę, głównie dolar amerykański, stają się coraz bardziej toksycznym instrumentem rozliczeń międzynarodowych. A po zablokowaniu rezerw walutowych Banku Rosji, z perspektywą ich wywłaszczenia dolar i euro stają się dla wielu państw ryzykownym narzędziem oszczędzania i akumulacji[10].

    Proces porzucania dolara ze zrozumiałych względów postępuje w miarę szybko głównie w Rosji, ale także w Chinach, gdzie tempo wyprzedaży amerykańskiego długu rządowego sięgnęło ostatnio miliarda dolarów dziennie. Jednak powszechna de-dolaryzacja na świecie poza USA, UE i krajami satelickimi jest ograniczona. Ograniczenia te wynikają przede wszystkim z braku instrumentów, które mogłyby zastąpić dolara. Proces tworzenia alternatyw dla amerykańskiej waluty jest również ograniczony szeregiem parametrów finansowych i politycznych:

    • Po pierwsze, liczba krajów, które są na tyle zainteresowane de-dolaryzacją, aby zająć proaktywną postawę i działać na rzecz wprowadzenia innej waluty, jest ograniczona. Trzeba mieć świadomość, że dla zdecydowanej większości państw rozliczenia międzynarodowe w dolarach są obecnie dobrze znane i wygodne. Dlatego, z punktu widzenia państw dążących do osłabienia pozycji dolara, uzasadnienie mają działania, wykorzystujące w tym celu potencjał BRICS. Łatwiej jest uzgodnić utworzenie nowego narzędzia rozliczeniowego w ramach wpływowej „piątki” państw BRICS, niż prowadzić dyskusję z nieograniczoną liczbą krajów;
    • Po drugie, kluczowym dla zmian w światowych walutach rozliczeniowych są szczegółowe rozwiązania techniczne. Na przykład powiązanie instrumentu rozliczeniowego ze złotem upraszcza proces rozliczeń, ale jednocześnie ma swoje wady, w tym przede wszystkim niewystarczający fizyczny wolumen złota. Co prawda trzy z pięciu krajów BRICS – Chiny, Rosja i Republika Południowej Afryki – należą do dziesięciu największych producentów złota i mają wystarczające możliwości, aby je wyemitować na poparcie powiązanej z nim waluty. Jednak ta ilość złota nie wystarczy, aby zapewnić rozliczenia międzynarodowe dla szerokiego grona krajów. W tym kontekście – z punktu widzenia Zachodu i jego walki z nowymi instrumentami rozliczeniowymi opartymi o złoto – uzasadnione jest uderzenie sankcyjne w rosyjski złoty kruszec. Cel takiego uderzenia jest jasny. Dotowane rosyjskie złoto, będące „nieetycznym” towarem dla świata zachodniego, będzie sprzedawane z dyskontem na rynkach wschodnich, podobnie jak z dyskontem sprzedawana jest rosyjska ropa Urals. W tym sensie negatywny wpływ na potencjalny krypto-rubel – nową walutę surowcową – jest realizowany poprzez nakładanie sankcji na rosyjskie surowcowe towary eksportowe, w tym metale szlachetne (a jest to nie tylko złoto, ale także diamenty, platyna itp.). Osłabia to pozycję negocjacyjną Rosji w rozmowach dotyczących koszyka walutowego BRICS. Oparty na wartości sankcjonowanego złota krypto-rubel, znalazłby się w takim koszyku z rabatem
    • Po trzecie, kryptowaluty z definicji nie są kontrolowane przez rządy krajowe. A jeśli chodzi o stworzenie międzynarodowego centrum emisyjnego takiej waluty, kwestie utrzymania kontroli nad takim centrum, mnożą się. Z tego powodu na przykład Rosyjski Bank Centralny z dystansem podchodzi do legalizacji kryptowalut jako środka płatniczego.

    Tak czy inaczej wojna o kontrolę nad nowym systemem globalnych rozliczeń finansowych już się toczy. A zachodnie sankcje wobec złota, jako potencjalnej, uniwersalnej miary wartości i jednego z istotnych składników koszyka walut, zorganizowanego:

    • czy to w oparciu o walutę BRICS,
    • czy w oparciu o chińskiego juana,
    • czy nawet w oparciu o rubla, funkcjonującego w ramach Unii Euro-Azjatyckiej,
      odgrywają znaczącą rolę w walce o utrzymanie dominującej roli dolara. Z kolei w Rosji podejmowane są działania, skierowane na wsparcie państwa dla przemysłu wydobywczego złota. Przy czym inwestycje w wydobycie złota ze względu na jego potencjał jubilerski i przemysłowy mają drugorzędne znaczenie. Władze na Kremlu ciągle mają nadzieję, że złoto już wkrótce wyznaczać będzie miejsce Rosji w zaktualizowanym systemie rozliczeń międzynarodowych.

    Autorzy: Robert Nogacki – Twórca Kancelarii Prawnej Skarbiec, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

    Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców


    Literatura:

    Глеб Простаков, Русское золото как звено новой системы международных расчетов, https://vz.ru/opinions/2022/6/24/1164516.html
    King World News, Multi-Billionaire Hugo Salinas Price – Gold Is Back! As BIS Caves Under Pressure From Putin And China, May 31, 2021, https://kingworldnews.com/multi-billionaire-hugo-salinas-price-gold-is-back-as-bis-caves-under-pressure-from-russia-and-china/
    Krzysztof Kolany, Złoto, banki i Bazylea III, 2021-06-30, https://www.bankier.pl/wiadomosc/Zloto-banki-i-Bazylea-III-8142582.html
    Paweł Kowalewski, Komisja Europejska proponuje: Bazylea III od 2025 roku, 25.10.2021, https://alebank.pl/komisja-europejska-proponuje-bazylea-iii-od-2025 roku/?id=387624&catid=32532&cat2id=32534&cat3id=25926


    [1] Bank Rozrachunków Międzynarodowych (ang. Bank for International Settlements (BIS)) – najstarszy bank międzynarodowy, utworzony 17 maja 1930 roku na konferencji w Hadze, jako efekt realizacji Planu Younga. Pierwotnie jego głównym celem było zarządzanie środkami wynikającymi z reparacji wojennych Niemiec po I wojnie światowej. Obecnie misją banku jest pomoc bankom centralnym i instytucjom uprawnionym do prowadzenia polityki pieniężnej w zapewnieniu monetarnej i finansowej stabilności, pełnienie funkcji banku dla tych instytucji oraz wspieranie ich międzynarodowej współpracy. Bank przyjął formę spółki akcyjnej, w której udziałowcami są banki centralne. Łącznie jest ich 60 (w tym Narodowy Bank Polski) plus dodatkowo Europejski Bank Centralny. Siedziba organizacji znajduje się w Bazylei.

    [2] Jamajski System Walutowy to współczesny system wzajemnych rozliczeń i relacji walutowych oparty na swobodnie płynnym kursie walutowym. Nazwany na cześć konferencji Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Kingston na Jamajce w styczniu 1976 r. Zastąpił tak zwany system monetarny z Bretton Woods.

    [3] Washington Gold Agreement został podpisany 26 września 1999 r. w Waszyngtonie podczas dorocznego spotkania Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) w obecności sekretarza skarbu USA Lawrence’a Summersa i prezesa Rezerwy Federalnej Alana Greenspana. Druga wersja umowy została podpisana w 2004 roku, a następnie przedłużona w 2009 i 2014 roku. Zniechęcone niskimi cenami złota, niektóre banki centralne zaczęły wyprzedawać swoje rezerwy. Czyniły to w sposób zupełnie nieskoordynowany i aby zapobiec dalszym spadkom, we wrześniu 1999 r. podpisano tzw. pierwsze porozumienie waszyngtońskie regulujące i precyzujące ilość dopuszczanego do sprzedaży złota. Wielu uznaje je za przełomowe. Porozumienie było odpowiedzią na obawy na rynku złota po tym, jak brytyjskie Ministerstwo Skarbu ogłosiło, że oferuje sprzedaż 58% brytyjskich rezerw złota na aukcjach Banku Anglii, a także perspektywę dużej sprzedaży przez Szwajcarski Bank Narodowy oraz możliwość bieżącej sprzedaży z Austrii i Holandii, a także oferty sprzedaży z MFW.

    [4] Kontrakty terminowe (futures) oraz opcje należą do grupy instrumentów finansowych, których wartość uzależniona jest od zachowania się innych aktywów, tzw. instrumentów bazowych. Z uwagi na tę zależność nazywa się je instrumentami pochodnymi lub z angielskiego derywatami. Instrumentami bazowymi mogą być akcje, obligacje, stopy procentowe, indeksy, różnego rodzaju towary oraz surowce, waluty a także różnego rodzaju wskaźniki czy mierniki.

    [5] Złotem „papierowym” przyjęto nazywać wszelakie instrumenty finansowe dające inwestorowi ekspozycję na cenę złota. W zdecydowanej większości tego typu produktów złota nawet nie zobaczymy, ale będziemy mogli zarobić na wzroście jego wartości (lub stracić w przypadku spadku cen). Cała transakcja zostanie rozliczona w fiducjarnym (tj. opartym o zaufanie) pieniądzu, bez dostawy fizycznego metalu. Warto pamiętać, że nawet najlepszy „papier” zawsze pozostaje tylko papierem i nie stanowi substytutu dla prawdziwego kawałka złota.

    [6] Trzeba dodać, że informacja o zmianie reguł bazylejskich nie jest niczym nowym. O tym, jak będą wyglądać nowe regulacje, wiadomo już od jesieni 2010 roku

    [7] Misją Światowej Rady Złota (ang. World Gold Council) jest tworzenie warunków dla rozwoju rynku złota, działanie na rzecz odpowiedzialnego biznesu i popularyzowanie wiedzy o inwestowaniu w złoto. Członkami Światowej Rady Złota jest 19 kopalń złota, które prowadzą działalność w 47 krajach. Główna siedziba tej organizacji znajduje się w Londynie a odziały w Nowym Jorku, Szanghaju, Hong Kongu, Singapurze, Tokio, Bombaju, Madrasie oraz Pekinie. Rada wspiera swych członków poprzez stymulowanie popytu na istniejących i dopiero rozwijających się rynkach złota. Prowadzi badania analityczne i współpracę partnerską z producentami, inwestorami, jubilerami oraz uczelniami.

    [8] BRICS – określenie grupy państw rozwijających się – Brazylii, Rosji, Indii, Chin oraz od 2011 Republiki Południowej Afryki (ang. South Africa). Nazwa pochodzi od pierwszych liter nazw tych państw. Kraje BRICS nie tworzą sojuszu politycznego (jak np. Unia Europejska) ani formalnego stowarzyszenia handlu. Cele krajów BRICS to m.in.: stworzenie nowego systemu walutowego, zwiększenie roli państw rozwijających się w światowych instytucjach walutowych, reformowanie ONZ.

    [9] Waluta fiat, inaczej pieniądz fiducjarny, swoją nazwę wzięła od łacińskiego słowa fides, oznaczającego wiarę. Wartość takiego pieniądza nie opiera się bowiem na zabezpieczeniu kruszcem, czy innym dobrem, a po prostu na zaufaniu do emitenta. Definicja waluty fiat mówi, że jest to legalny środek płatniczy na określonym terenie, czyli np. na obszarze danego państwa. Waluty fiducjarne zastąpiły m.in. złoto i inne systemy towarowe, które kiedyś były ogólnie obowiązującymi środkami płatniczymi.

    [10] Nawiązanie do sprawy zamrożenia rosyjskich rezerw walutowych zamrożonych w zachodnich bankach, w ramach sankcji nałożonych na Moskwę w 2022 roku (około 300 mld USD).

  • Wakacje kredytowe – konieczność czy zagrożenie?

    Ustawa, która ma wprowadzić wakacje kredytowe na lata 2022–2023, czeka tylko na podpis prezydenta Andrzej Dudy. Pojawiają się jednak głosy, że może on zawetować ustawę i skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego. W tej sprawie interweniował Narodowy Bank Polski, zgłaszając, że zawieszenie w czasie rat kredytów hipotecznych dla wszystkich kredytobiorców może skutkować bardzo dużym spadkiem zyskowności banków. To zaś może oznaczać większe koszty dla zadłużających się przedsiębiorstw i przyszłych kredytobiorców. Z drugiej strony brak wsparcia dla kredytobiorców i pogorszenie spłacalności rat również oznaczałyby problemy dla banków.

    – Narodowy Bank Polski zauważył, że wprowadzenie wakacji kredytowych znacznie pogorszy sytuację finansową banków komercyjnych, bo będzie oznaczało duży spadek zysków. W dodatku, co podkreślają ekonomiści, w przypadku banków komercyjnych czeka nas pogorszenie ich własnej sytuacji finansowej z racji tego, że zakupiły dużą liczbę państwowych bonów skarbowych, a wysoka inflacja powoduje, że wszyscy właściciele tych bonów tracą w tej chwili. Więc możemy mieć w przypadku wprowadzenia w życie wakacji kredytowych bardzo duży spadek zyskowności finansowej banków, więc z tego powodu kierownictwo NBP wystosowało list w tej sprawie do premiera, zwracając uwagę na ryzyka związane z wprowadzeniem tego projektu w życiemówi prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, minister finansów Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC.Ta interwencja wydaje się być zasadna, bo rzeczywiście jest to ryzyko znacznego pogorszenia sytuacji banków i nawet możliwości bankructw niektórych z nich.

    Na te ryzyka zwracał również uwagę Związek Banków Polskich w trakcie prac nad ustawą o pomocy kredytobiorcom. Powszechne wakacje kredytowe, według wyliczeń związku, będą kosztować instytucje finansowe 20 mld zł, co może znacznie pogorszyć kondycję niektórych banków,  a całemu  sektorowi uniemożliwi finansowanie firm i konsumentów. Dlatego banki w toku prac postulowały wprowadzenie kryterium dochodowego i ograniczenie pomocy do kredytobiorców w trudnej sytuacji finansowej.

    – Gdyby doszło do znacznego pogorszenia sytuacji finansowej banków, a ta sytuacja nie jest w tej chwili zła, to wtedy możliwości kredytowania czegokolwiek przez banki znacznie się kurczą. I to się odbije na tzw. stopach rynkowych kredytów, tzn. stopa referencyjna plus marża. Banki mogą być zmuszone do znacznego podwyższenia marż, a to by się odbiło na kosztach kredytów, zarówno dla gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorstw, więc to jest to ryzykowyjaśnia główny ekonomista BCC.Ale wakacje kredytowe na niewielką skalę i dobrze nakierowane, które nie dotyczą wszystkich kredytów, ale niektórych, mogłyby być rozwiązaniem dobrym. Tu chodzi o wyważenie różnych ryzyk, korzyści i kosztów.

    Ryzykiem związanym z brakiem wakacji kredytowych jest z kolei niewypłacalność kredytobiorców. Wzrost rat kredytów hipotecznych nawet o 100 proc. postawił bowiem wiele gospodarstw domowych pod ścianą.

    – Tutaj jest oczywiście też możliwość, że będą bankructwa gospodarstw domowych, niektórych, tych średnio zamożnych, nie bardzo biednych, bo one pewnie nie były w stanie wziąć kredytów dużych, nawet wtedy, kiedy stopy procentowe były niskie. Liczba kredytów bardzo wzrosła w ostatnich kilku latach i w związku z tym jest ryzyko, że pewna część z nich przestanie być obsługiwana przez gospodarstwa domowe, co oczywiście też pogorszy sytuację bankówmówi prof. Stanisław Gomułka.

    ZBP podkreśla jednak, że banki mają rozwiązania wspierające kredytobiorców w trudnej sytuacji. Jednym z nich jest Fundusz Wsparcia Kredytobiorców prowadzony przez BGK, na który zrzucają się kredytodawcy. Banki deklarują, że są gotowe do usprawniania tego instrumentu. Innymi rozwiązaniami są np. renegocjacje umów kredytowych, zmiana oprocentowania na stałe, wydłużenia terminów, a także bankowe wakacje kredytowe.

    – Jeżeli powstaną nowe obciążenia dla banków, to zmniejszą się ich możliwości pomocy dla gospodarstw domowych. Więc to jest kolejny czynnik, który powinien być zauważony przez posłów i senatorów i przez rząd, żeby nie doprowadzić niby w dobrym celu do pogorszenia sytuacjimówi ekspert BCC.

    Z punktu widzenia kredytobiorcy rządowe wakacje kredytowe to korzystne rozwiązanie, niewiążące się z żadnym ryzykiem. Z założenia osiem rat kredytu, które będzie można zawiesić w tym i przyszłym roku (dwie w tym kwartale, dwie w przyszłym, a w 2023 roku po jednej w każdym kwartale), zostaną przesunięte w czasie.

    – Tylko jest pytanie, kto za to zapłaci, bo oprócz kredytobiorców mamy jeszcze miliony innych osób, które nie brały kredytów i które nie skorzystają z tych możliwości. Mamy przedsiębiorstwa, które też są zapożyczone. Więc gdyby doszło do problemów w systemie bankowym, do bankructw czy też dużego podwyższenia rynkowych stóp procentowych dla wszystkich, to oczywiście obciąży to już miliony, chociaż pomoże setkom tysięcymówi prof. Stanisław Gomułka.

    Jak podaje BIK, Indeks Jakości portfela kredytów mieszkaniowych wyniósł w maju 0,65 proc., po wzroście 0,04 proc. w ujęciu rocznym. Nie widać więc na razie znacznego pogorszenia spłacalności rat. Według analityków BIK może to być widoczne najwcześniej we wrześniu lub październiku br., choć wakacje kredytowe mogą to zjawisko odłożyć w czasie.

    Ekonomiści i banki zwracają uwagę także na czynnik inflacjogenny wakacji kredytowych. Odsunie bowiem w czasie proces schodzenia do celu inflacyjnego, który i tak będzie długotrwały (cel wynosi 2,5 proc. +/- 1 proc.). NBP w nowej projekcji inflacji zakłada, że nastąpi to najwcześniej w 2024 roku, chociaż widełki na ten rok, określane z 50-proc. prawdopodobieństwem, są bardzo szerokie: 2,2–6 proc.

    Wakacje kredytowe, zgodnie z ustawą, będą dostępne dla osób, które mają kredyty hipoteczne w złotych, a nieruchomość objęta kredytem musi być przeznaczona na zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych.

  • Czy już wiemy kiedy będą obniżone stopy procentowe i w co wierzy rynek?

    Mamy za sobą dziesięć podwyżek stóp procentowych. Jeżeli przekroczyliśmy połowę tej drogi to przed nami jeszcze jedna podwyżka lub dziewięć.

    Prezes NBP po lipcowych podwyżkach stóp procentowych zadeklarował, że jeśli inflacja po wakacjach będzie słabnąć, to rozpocznie się koniec cyklu ich podwyższania. To wersja optymistyczna, niezbyt precyzyjnie określona warunkami, które musiałyby zostać spełnione. Rynek nie bardzo w nią wierzy.

    RPP zdecydowała o podniesieniu stopy referencyjnej o 50 pb do poziomu 6,50%. Konsensus rynkowy zakładał podwyżkę o 75 pb, czyli do 6,75%. Stopa lombardowa wynosi obecnie 7,00%, depozytowa 6,00%, redyskonta weksli 6,55% oraz dyskontowa 6,60%. W odpowiedzi na decyzję RPP polski złoty osłabił się o 0,6% w stosunku do euro. “Gołębie” nastawienie RPP można tłumaczyć obawami o wystąpienie recesji, jednak stale rosnąca inflacja przekraczająca już 15% z dodatnią dynamiką wzrostu nie może być już traktowana jako “zjawisko przejściowe” – zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych i startu kampanii wyborczej.

    – Jeżeli popatrzymy na decyzje RPP z ostatnich miesięcy, to są one niezbyt niezrozumiałe, ponieważ trudno znaleźć jakąś logiczną formułę, dlaczego podwyżki stóp wynoszą 50 pkt., gdy innym razem 100 pkt., albo 75 pkt. bazowych mówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.Brakuje spójności, bo choć mieliśmy ostatnio słabsze dane z gospodarki, to jednak mamy cały czas bardzo mocną inflację i presję na osłabienie złotego.

    Decyzję RPP można uznać za zaskakującą także z tego względu, że sierpniowe posiedzenie Rady będzie „techniczne”, a więc teoretycznie bez decyzji dotyczącej stóp procentowych. Stąd przypuszczenia niektórych analityków, że lipcowa podwyżka mogła być wyższa i powinna wynieść 100 pb.

    Warto też przypomnieć niedawną, bo czerwcową prognozę Komisji Europejskiej, z której wynika, że e 2023 r. w Europie najwyższa inflacja będzie właśnie w Polsce, Wyniesie średniorocznie 7,3%, gdy w strefie euro obniży się do 2,7%. Nie jest pewne czy KE uwzględniła potencjalne skutki obietnic składanych podczas kampanii wyborczych, bo przed nami wybory parlamentarne i samorządowe.

    – Ja spodziewam się, ze inflacja w przyszłym roku spowolni w okolice 9% średniorocznie, ponieważ procentowy wzrost cen będzie w kolejnych miesiącach liczony od bardzo wysokiej bazy czyli z okresu, gdy ceny były już znacząco wyższedodaje P.Kwiecień.To jest poziom, który RPP nie da komfortu, bo każda jej decyzja będzie miała wielu przeciwników.

    Już obecnie Polska ma duże problemy z policy mix czyli z rozbieżnościami pomiędzy polityką pieniężną i fiskalną. Bo ile RPP podnosząc stopy chce zmniejszyć inflację, to rząd realizując dodatkowe wydatki i obiecując kolejne zwiększa ilość pieniądza na rynku. Przykładem tzw. czternasta emerytura, która będzie wypłacana pod koniec sierpnia, gdy tymczasem „podatek inflacyjny” będzie kosztował wielu więcej niż wynosi jedna emerytura.

    – Rynek wycenia, że podwyżki stóp procentowych powinny dojść do poziomu 8%, dlatego jeszcze kilka podwyżek przed namikomentuje ekspert XTB.

    Dla konsumentów, którzy mają oszczędności nie pojawiają się dobre wiadomości. Realna stopa procentowa pozostanie ujemna, oczekiwania inflacyjne będą wysokie co oznacza godzenie się z rosnącymi cenami. Spirala wzrost cen-wzrost kosztów-wzrost wynagrodzeń-wzrost cen będzie się nakręcać.

  • Wyższe stopy procentowe nie mają sensu, gdy rząd nie przestaje rozdawać pieniędzy

    Wyższe stopy procentowe nie mają sensu, gdy rząd nie przestaje rozdawać pieniędzy

    Mamy bardzo wysoki wzrost gospodarczy 8,5% i bardzo wysoką inflację przekraczającą 12%. Czy warto obniżyć wzrost PKB o połowę, aby wzrost cen była zgodny z celem inflacyjnym NBP wynoszącym 2,5%? Aby o tym marzyć rząd musiałby ograniczyć rozdawanie pieniędzy.

    – Gdyby była taka możliwość, że będziemy mieli 4% wzrostu gospodarczego i inflację w celu, to nawet przez sekundę nie powinniśmy się zastanawiać czy skorzystać z takiej szansymówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.Niestety, jest to nierealne bo wzrost PKB o 8,5% w I kwartale wynikał z efektów przejściowych. Był to efekt niskiej bazy statystycznej czyli porównania do sytuacji sprzed roku, gdy gospodarka była objęta ograniczeniami pandemicznymi, a po drugie, z powodu wojny w Ukrainie mamy w Polsce dodatkowo 3 mln obywateli, którzy w Polsce musieli dokonać wielu zakupów podbijając popyt konsumpcyjny i dokładając się do wzrostu polskiego PKB.

    Jeżeli przeliczymy wzrost gospodarczy przypadający na zwiększoną liczbę mieszkańców to nasza gospodarka już nie wygląda statystycznie tak dobrze. Chwalenie się przez rząd bardzo wysokim wzrostem gospodarczym nie oznacza wcale, że nasza gospodarka rośnie w sposób organiczny.

    – Za chwilę ten bardzo wysoki wzrost gospodarczy zacznie mocno spadać pomimo nadal bardzo wysokiej inflacjidodaje ekspert XTB.Aby zmniejszyć inflację nie ma innej drogi niż schładzanie popytu.

    NBP obniża popyt podnosząc stopy procentowe. Jednak jednocześnie rząd podwyższa popyt przez rozdawnictwo pieniędzy. Przykładem takiej niespójności jest wypłacanie trzynastej i czternastej emerytury. Teoretycznie emeryci dostają więcej, ale przecież inflacja „zjada” im rocznie ponad jedną wypłatę emerytury.

    – Niestety, nie mamy w Polsce dobrej koordynacji pomiędzy polityka fiskalną i pieniężną, gdyby polityka fiskalna była bardziej powściągliwa, to polityka, którą prowadzi RPP stałaby się łatwiejsza komentuje P.Kwiecień. Przykładem złej polityki fiskalnej rządu jest teraz rozdawanie wakacji kredytowych każdemu, a nie jedynie tym, dla których jest to potrzebne.

  • Polska waluta będzie słaba a inflacja wysoka. Przed nami rok z kłopotami

    Od kilku lat złoty pozostaje w trendzie spadkowym. Ostatnio jedynie skorygował słabość, która miała miejsce po wybuchu wojny w Ukrainie.

    To tylko ruch korekcyjny. Przez najbliższe miesiące sytuacja złotego się nie zmieni.

    – Złotego nie czeka nic szczególnie dobrego, a powodów jest kilka. Takim powodem są silnie ujemne stopy procentowemówi Damian Rosiński, główny ekonomista Domu Maklerskiego AFS. 

    NBP próbuje ratować sytuacje agresywnie podnosząc stopy procentowe, natomiast inflacja rośnie dużo szybciej. Rząd zwiększa wydatki, a wiec jest do działanie dające przeciwny efekt niż podwyższanie stóp procentowych przez RPP.

    Dodatkowe koszty związane z napływem uchodźców z Ukrainy i wzrostem wydatków na zbrojenia spowodują wzrost deficytu budżetowego.

    Złotego nie wzmacnia tez sytuacja na rachunku obrotów bieżących. Jest to długofalowy czynnik, który będzie osłabiał polską walutę.

    Natomiast wśród zjawisk globalnych mamy do czynienia z bardzo silnym dolarem. Dla takich walut rynków wschodzących jak złoty, podwyżki stóp procentowych w wykonaniu Fed też nie są dobra informacją.

    Mało realne jest, aby zloty w najbliższych miesiącach wzmocnił się do poziomów sprzed pandemii, gdy za dolara trzeba było płacić w okolicach 3,70 zł (obecnie kurs oscyluje wokół poziomu 4,30 zł).

    Ta sytuacja jest też problemem dla frankowiczów, bo frank jest mocną walutą. Za franka płacimy w okolicach 4,50 zł, gdy minimum z 52 tygodni wynosiło 4,07 zł.

    – Perspektywy, że złoty w tym roku wejdzie w trend aprecjacji są znikomekomentuje ekspert Domu Maklerskiego AFS.

  • Polskie firmy wniosą do gospodarki 235 mld zł

    Polskie firmy wniosą do gospodarki 235 mld zł

    Najnowsze badanie opublikowane przez Adyen pokazuje, że polscy detaliści są optymistycznie nastawieni na wzrost w 2022 roku. Ich działalność może potencjalnie wnieść 235 miliardów złotych do polskiej gospodarki. Analiza uwydatniła także, w jaki sposób skupienie się na transformacji cyfrowej pomaga przyspieszyć rozwój sprzedawców detalicznych i zwiększyć lojalność ich klientów.

    Badanie pokazuje również, że to technologia odgrywa kluczową rolę w pokonywaniu barier w zmieniającym się środowisku. Przedsiębiorstwa wprowadzające ją w całym ekosystemie swojego biznesu wykazały znaczące sukcesy – aż 80 proc. sprzedawców, którzy połączyli płatności z innymi operacjami, odnotowało w ostatnim roku co najmniej 20 proc. wzrost sprzedaży. Odsetek ten spadł do 63% w sytuacji, gdy systemy przedsiębiorstw nie były połączone. Co więcej, model ekonomiczny Cebr wykazał, że dalsze przyspieszenie transformacji cyfrowej zwiększyłoby tempo wzrostu polskiego sektora detalicznego o dodatkowe 4 punkty procentowe w ciągu najbliższych pięciu lat.

    Technologia umożliwiająca usprawnienie operacji i poprawę doświadczeń klientów jest więc istotna dla sprzedawców detalicznych, co dodatkowo podkreślają wymagania konsumentów. Większość Polaków (61proc.) deklaruje, że chętniej robi zakupy u sprzedawców, którzy wykorzystują technologie w celu poprawy doświadczeń klientów. 66 proc. kupujących byłoby z kolei bardziej lojalnych wobec sprzedawców, którzy pozwalają im kupować rzeczy w Internecie i zwracać je w sklepie.

    Dane pokazują jednak, że polskie firmy nie są w pełni gotowe, aby wykorzystać tę szansę. Tylko 22 proc. polskich sprzedawców twierdzi, że ich klienci mogą z łatwością zwracać produkty zakupione w Internecie w sklepach fizycznych, a jedynie 18 proc. przyznaje, że ich systemy płatności są połączone z innymi obszarami działalności, takimi jak obsługa klienta, łańcuch dostaw czy zarządzanie zapasami. 

    „Dla wielu to dopiero początek drogi. Technologia musi znaleźć swoją drogę wewnątrz firm i stać się ich integralną częścią. Tylko wtedy silosy zostaną przełamane, a zarówno operacje, jak i doświadczenia klientów usprawnione. Kiedy wszystkie elementy działalności przedsiębiorstwa są spójne, właściciele mogą wykorzystywać rzetelne dane, które pomogą im usprawnić doświadczenia klientów. Spostrzeżenia z całego procesu obsługi pozwalają poprawić sposób prowadzenia działalności. A to jest kluczowym czynnikiem budującym przewagę konkurencyjną w nowoczesnym handlu” – komentuje Jakub Czerwiński, VP CEE w Adyen. 

    Badanie na zlecenie Adyen na grupie 2000 konsumentów przeprowadziła agencja badawcza Opinium LPP, natomiast za analizę grupy 500 przedsiębiorstw z Polski odpowiada Censuswide. Model ekonomiczny powstał z kolei przy udziale Centre for Economic Business Research.

  • Sankcje, wojna i branża chemiczna – Jak polskie firmy odpowiadają na wyzwanie

    Sankcje, wojna i branża chemiczna – Jak polskie firmy odpowiadają na wyzwanie

    Konflikt zbrojny na Ukrainie wywołuje fale zmian na mapie globalnych rynków surowców i zbytu produktów, wpływając znacząco na działalność polskich firm. Związane z tym perturbacje widoczne są szczególnie w branży chemicznej, która musi adaptować się do przemodelowania systemu rynków. Efektem są zauważalne trudności w ciągłości łańcuchów dostaw i odbiorów, na które wpływają sankcje nałożone na Rosję i zniszczenia infrastruktury na Ukrainie. Jak podkreśla Tomasz Zieliński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego (PIPC), polskie firmy muszą zatem poszukiwać nowych kierunków dostaw i zbytu produktów.

    Rosyjski rynek dla polskich przedsiębiorstw jest dużo większym partnerem handlowym niż ukraiński, zwraca uwagę Zieliński. Obecnie sankcje nałożone na Rosję powodują ograniczenia w dostawach pewnych komponentów, z drugiej strony – jak zauważa prezes – sama Rosja nie eksportuje, co wpływa na równowagę na rynku. Według danych PIPC, w 2021 roku import chemikaliów z Ukrainy do Polski wyniósł 297 mln euro, a eksport na Ukrainę z Polski – prawie 1,4 mld euro. Import produktów chemicznych z Rosji do Polski natomiast w tym czasie to ponad 1,6 mld euro, a eksport polskich chemikaliów do Rosji przekroczył 1,8 mld euro.

    Prezes PIPC zapewnia, że wielu przedsiębiorców radzi sobie w tej nowej, niełatwej sytuacji, ale nie brakuje też firm, które borykają się z trudnościami. Często z długoterminowych stają się krótkoterminowymi relacjami handlowymi. Niemniej jednak, firmom udaje się nawiązać nowe partnerstwa biznesowe, które mogą skutkować korzyściami, takimi jak realizowanie wspólnych zamówień i obniżanie kosztów jednostkowych.

    Równocześnie trwająca sytuacja wojenna zaczęła wymuszać kontakty handlowe polskich firm chemicznych z firmami z innych państw niż dotychczas. „Wpływa to na wzrost cen produktów. Widzimy, jak te najbardziej potrzebne chemikalia stają się trudno dostępne, a ich ceny osiągają zdecydowanie wyższe poziomy, niż to było przed inwazją Rosji na Ukrainę” – zauważył Tomasz Zieliński.

    Problemem jest również zastój w łańcuchach dostaw. Branża chemiczna, jako jedna z podstawowych gałęzi przemysłu, zasila wiele innych sektorów gospodarki, które bez tych produktów mogą mieć trudności lub będą musiały importować pewne komponenty z odległych części świata. W przeciwnym razie możliwe jest powolne zapadanie się niektórych gałęzi gospodarki.

    Prezes PIPC, Tomasz Zieliński, podkreśla, że czasami mniejsze firmy z Polski są w stanie znaleźć atrakcyjny kontrakt w dalekiej Azji na lepszych warunkach, niż bogatsze firmy o podobnej wielkości z Niemiec, Francji czy Holandii. Czynnikami decydującymi są tutaj szybkość reakcji, wypracowane wcześniej kontakty, możliwości logistyczne oraz zdolności do podjęcia ryzyka.

    Sytuacja na Ukrainie wpływa także na rynek pracy. Polska branża chemiczna zaczyna odczuwać niedobór pracowników, gdyż duża część Ukraińców opuściła Polskę, by walczyć o swój kraj. Szczególnie brakuje ich w transporcie, dystrybucji oraz budownictwie.

    Unijne sankcje na dostawy ropy i gazu z Rosji stanowią kolejne wyzwanie dla kraju. Zieliński podkreśla, że kraje UE muszą się dobrze przygotować do tego typu działań i proces musi nastąpić sukcesywnie. „W chemii nie można wyłączyć wszystkiego nagle. Nie wyobrażamy sobie braku dostaw farmaceutyków bazujących na produktach chemicznych” – podkreślił Zieliński.

    Kwestia zmiany źródła dostaw ropy i gazu nie dotyczy jedynie Polski. Każde z krajów UE będzie musiało walczyć o surowce na innych rynkach niż rosyjski. Zieliński zauważa, że konkurencja będzie duża, ale wszyscy będą zmuszeni do takich samych działań.

    Co ciekawe, udział europejskiej chemii w rynku globalnym spada. Na skutek restrykcyjnej unijnej polityki klimatycznej rynek azjatycki, głównie chiński, przejmuje coraz większy udział. Polska także cierpi na deficyt w handlu zagranicznym chemikaliami.

    Na pytanie, czy tańsze, rosyjskie surowce, takie jak ropa i gaz, które mogą być zakupione przez Chiny i Indie, zagrożą europejskiej branży chemicznej, jeśli będzie musiała kupować je drożej od innych dostawców, Zieliński odpowiedział, że może temu zapobiec Carbon Border Adjustment Mechanism (CBAM). CBAM ma na celu ochronę przed wpływem na europejski rynek produktów bazujących na wysokim śladzie węglowym, a także wyrównanie warunków konkurencji na rynku wspólnotowym. „Komisja Europejska może wprowadzić także mechanizmy sankcji pośrednich na towary z rejonów objętych sankcjami” – dodał Zieliński.

    Polska Izba Przemysłu Chemicznego (PIPC), która zrzesza 146 największych firm sektora chemicznego oraz instytuty badawcze, stoi na straży interesów branży w tych trudnych czasach. Na podstawie danych Eurostatu, opracowanych przez PIPC, łączna wartość eksportu polskiego sektora chemicznego w 2020 r. wyniosła 33 mld euro, a wartość importu przekroczyła 40 mld euro. W 2021 r. eksport osiągnął poziom 34 mld euro, a import wzrósł do ponad 52 mld euro.

    Zieliński podkreślił jednak, że sytuacja ta jest dynamiczna i pełna ocena wpływu konfliktu na branżę chemiczną będzie możliwa po pewnym czasie. „Zatory w łańcuchach dostaw zaczęły być już widoczne. Nim wszystko wróci do normalności, to potrwa” – dodał prezes PIPC.

    Branża chemiczna staje przed niełatwym zadaniem przemodelowania swoich łańcuchów dostaw i zbytu. Firmy są zmuszone do poszukiwania nowych kierunków i partnerów biznesowych, jednocześnie zmagając się z ograniczeniami spowodowanymi sankcjami nałożonymi na Rosję oraz zniszczeniami wojennymi na Ukrainie.

    Konieczność szybkiego dostosowania się do nowej rzeczywistości, w tym nawiązania nowych kontaktów handlowych z firmami z zupełnie innych państw niż dotychczas, stwarza jednak również nowe możliwości. Przy odpowiedniej adaptacji, polskie firmy mają szansę na znalezienie efektywnych ścieżek dostaw i zbytu, które pozwolą im przetrwać obecne trudności i dalej prosperować na globalnym rynku.

  • Banki przegrały pierwszą bitwę z inflacją

    Banki przegrały pierwszą bitwę z inflacją

    Inflacja w coraz szybszym tempie staje się coraz poważniejszym problemem. Banki centralne zbyt długo zwlekały z podwyżkami stóp procentowych, co widać szczególnie w efektach działań naszego NBP.

    Na rynku długu mamy ruchy tektoniczne. Dlaczego? Banki centralne przekonały przez lata inwestorów, że rentowności mogą zawsze już zostać niskie, a jeśli nawet wzrosną, bank może kupić dowolną ilość długu i utrzymać rentowność na zakładanym poziomie. Eksperyment przećwiczony po GFC z 2008 r. został uruchomiony na taką skalę w 2020 r, że wiele osób uwierzyło w bezkresną moc Fed, EBC, czy nawet NBP. Dlatego też, rentowności 10-latek w okolicach 2% już wydawały się wysokie, a obligacje na tym poziomie „świetną inwestycją”. Także w Polsce wiele osób mogło mieć problem z wyobrażeniem sobie wzrostu rentowności 10-latek najpierw powyżej 4%, potem 5%.

    Na rynku obligacji dzieją się niepokojące rzeczy i zaczyna mieć to coraz większy wpływ na cały rynek finansowy. Rentowności amerykańskich 10-latek wzrosły powyżej 2,8%. Niemieckich powyżej 0,8%, to niby niewiele, ale są najwyżej od 2015 roku, choć EBC utrzymuje ujemne stopy. W Polsce rentowności te są już sporo powyżej 6%.

    – Ryzyka inflacyjne były bardzo jasno widoczne już rok temu, ale banki wolały tłumaczyć swoje decyzje obawami o skutki pandemii mówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.Nie tego powinniśmy oczekiwać po bankach centralnych, które zatrudniają najlepszych fachowców. Gdyby błędy o podobnej skali popełniały zarządy spółek giełdowych, to zostałyby odwołane ze swych stanowisk przez rady nadzorcze reprezentujące interes akcjonariuszy.

    Co się zmieniło? Banki przegrały pierwszą bitwę z inflacją. Zamiast reagować na jej wzrost rok temu cynicznie wmawiały rynkom, że to przejściowe i teraz nie tylko straciły wiarygodność, ale same wpadły w widoczny popłoch.

    – Banki centralne nie mają wprawdzie akcjonariuszy, ale powinniśmy oceniać je z perspektywy interesariuszy, bo jesteśmy nimi jako uczestnicy życia gospodarczego i jako podatnicy dodaje ekspert XTB.

    Banki centralne myliły się i kontynuowały swoje pomyłki, choć działo się to w różnym stopniu. Gdyby szukać banków, które najszybciej rewidowały swoje błędne decyzje, to takie można znaleźć w krajach rynków wschodzących np. w Meksyku. W naszym regionie takim przykładem jest czeski bank narodowy. Natomiast bankiem, który jeszcze nie zareagował na wysoką inflację jest EBC.

    NBP jest bankiem centralnym, którego reakcja była bardzo spóźniona, a jego polityka komunikacyjna dezorientowała inwestorów, obniżając ich zaufanie. Teraz bardzo wysoka inflacja (11,0% w marcu r/r) tłumaczona jest jako skutek wojny w Ukrainie, gdy w rzeczywistości już przed wybuchem tego konfliktu zbrojnego Polska była wśród trzech państw UE o najwyższym wzroście cen, były nawet miesiące, gdy stawała się liderem takiego porównania.

    – Efektem wojny w Ukrainie jest szok podażowy, na szoki podażowe można reagować obniżając stopy procentowe, co niestety nie jest możliwe w sytuacji, gdy wcześniej stopy procentowe były bliskie zera i trwało drukowanie pieniędzy przez co doprowadzono do przegrzania gospodarki komentuje P.Kwiecień.

    Inwestorzy na świecie zatem zaczynają zadawać sobie pytanie „a co, jeśli?”. A jest o co pytać. Gdy rozpoczynała się dekada wysokiej inflacji w USA w latach 70-tych, rentowności przekraczały 8%! Naturalnie to całkiem inna historia, ale obecnie takie porównania działają na wyobraźnię i znacznie poszerzają zakres wahań cen, które rynek dopuszcza jako możliwe. A jak wiadomo wzrost rynkowych stóp procentowych to nic dobrego dla gospodarki i giełd na krótką metę.

    Teraz podejmowane są decyzje, które przez inwestorów oceniane są jako paniczne. Pojawiają się też obawy, że podwyżki stóp procentowych mogą wywołać światową recesję, na co uwagę zwracają w swych raportach Deutsche Bank i Bank of America.

    Co banki centralne powinny zrobić? Przez politykę pieniężną można ograniczać popyt i w konsekwencji wzrost cen. Rządy nie powinny jednak zwiększać swoich wydatków budżetowych, rozdając pieniądze, bo będzie to działanie sprzeczne z podwyżkami stóp procentowych. Przy tym trzeba się pogodzić z tym, że istnieje ryzyko recesji, aby na takie niebezpieczeństwo zareagować w odpowiedniej chwili.

  • Cykl podwyżek stóp procentowych będzie trwał co najmniej kolejne pół roku. To nie sprzyja inwestycjom

    Cykl podwyżek stóp procentowych będzie trwał co najmniej kolejne pół roku. To nie sprzyja inwestycjom

    Rosnąca niepewność związana z wojną w Ukrainie zniechęca do inwestycji zarówno firmy, jak i konsumentów. Do tego dochodzą zakłócenia w handlu zagranicznym, drożejące szybko surowce, które napędzają inflację. Analitycy banku BNP Paribas prognozują, że ok. 10-proc. wzrost cen może pozostać z nami na dłużej i to mimo cyklu podwyżek stóp procentowych. – On będzie kontynuowany przez kolejne trzy–sześć miesięcy,  a wyższe oprocentowanie nie sprzyja inwestycjommówi Michał Dybuła, główny ekonomista banku.

    – Wojna w Ukrainie niewątpliwie przełoży się na naszą gospodarkę, ale też na gospodarki innych krajów naszego regionu i wszystkie gospodarki europejskie. Czeka nas okres wyższej inflacji i słabszego wzrostu. Prawdopodobnie będzie on wynikał zarówno z mniejszych wolumenów handlu zagranicznego, jak i rosnącej niepewności, która zniechęca do inwestycji przede wszystkim sektor prywatny, gospodarstwa domowe, ale i firmy – wyjaśnia Michał Dybuła, dyrektor Biura Analiz Ekonomicznych i Sektorowych, główny ekonomista BNP Paribas Bank Polska.

    W opublikowanej niedawno analizie bank BNP Paribas prognozuje, że dynamika wzrostu gospodarczego w Polsce może być w tym roku niższa o około 1 pkt proc. i wyniesie 3,5 proc. Ta prognoza jest jednak obarczona dużym ryzykiem ze względu na wysoką niepewność co do ekonomicznych skutków wojny w Ukrainie. Jeżeli w jej wyniku znacząco osłabnie aktywność w strefie euro, wzrost gospodarczy w Polsce może okazać się w tym roku nawet niższy. Jednocześnie wzrost cen surowców, słabszy kurs walutowy i zaburzenia w łańcuchach dostaw będą dodatkowo podsycać i tak wysoką inflację. Prognozy zespołu analitycznego banku BNP Paribas zakładają, że inflacja CPI wyniesie średniorocznie 10 proc.

    – Czeka nas okres wyższej inflacji. Tym bardziej że wszystkie kraje naszego regionu wchodziły w ten rok w zasadzie z pełnym wykorzystaniem mocy produkcyjnych, a to oznacza, że presja inflacyjna będzie utrzymywać się na wysokim poziomie. Niezależnie od działań podejmowanych przez rząd, choćby w postaci tarcz antyinflacyjnych, wydaje się dość prawdopodobne, że inflacja zarówno w tym, jak i w przyszłym roku wyniesie ok. 10 proc. i pewnie niespecjalnie szybko będzie spadać. Dotyczy to zresztą nie tylko Polski, ale także Węgier czy Czech. A to oznacza, że cykle podwyżek stóp procentowych, które rozpoczęły się w naszym regionie w ubiegłym roku, będą kontynuowane przynajmniej przez najbliższe trzy–sześć miesięcy – zapowiada ekonomista.

    Eksperci banku BNP Paribas prognozują, że Rada Polityki Pieniężnej podniesie stopę referencyjną NBP jeszcze przynajmniej o 150 pkt do 5 proc., przy czym ryzyko dla tej prognozy jest skierowane raczej ku górze. Kontynuacja podwyżek stóp – w połączeniu z dużą dozą niepewności i wysoką inflacją – będzie jednak kolejnym czynnikiem, który może w tym roku zniechęcić firmy do inwestowania.

    – Spadek czy też wolniejsze tempo inwestycji w Polsce będzie pokłosiem dwóch rzeczy. Po pierwsze, wzrostu niepewności. Po drugie, wyższych stóp procentowych, bo bank centralny skupił się na walce z inflacją – i słusznie, ale to oznacza, że koszt pieniądza będzie rósł również w kolejnych miesiącach. A wyższe oprocentowanie nie sprzyja inwestycjom. Poza tym trudniej inwestuje się w kraju graniczącym z państwem, w którym toczy się wojna – mówi Michał Dybuła. – To też może mieć wpływ na preferencje konsumentów i ich skłonność do wydawania pieniędzy. Niepewność, która jest związana z wojną, zwykle nie przekłada się na ten aspekt pozytywnie.

    Jednym z ważniejszych czynników uderzających w polską gospodarkę będą w nadchodzących miesiącach wysokie ceny surowców energetycznych, jak i ewentualne trudności w ich pozyskaniu. Ich wpływ będzie nie tylko bezpośredni, ale i pośredni – poprzez niższą aktywność gospodarczą w Unii Europejskiej, która jest dla Polski najważniejszym partnerem handlowym, odpowiadającym za około 75 proc. rodzimego eksportu.

    Wpływ drożejących surowców – zwłaszcza ropy naftowej, która już spowodowała znaczący wzrost cen paliw na stacjach benzynowych – odczuli już też konsumenci.

    – Wzrosty cen energii i innych surowców bezpośrednio zmniejszą siłę nabywczą naszych nominalnych dochodów mówi ekspert.

    Spadek siły nabywczej gospodarstw domowych i niechęć konsumentów do ponoszenia wydatków na dobra trwałe mogą się okazać w nadchodzących miesiącach kolejnymi czynnikami, które będą powodować obniżenie tempa wzrostu polskiego PKB. Wydatki konsumpcyjne może jednak napędzać napływ uchodźców z Ukrainy, których – według ostatnich danych Straży Granicznej – do Polski przyjechało już 2,34 mln. To będzie także oddziaływać na polski rynek pracy i może się okazać wsparciem dla polskich przedsiębiorstw, borykających się ze znalezieniem pracowników.

    – Z drugiej strony ponad 200 tys. Ukraińców opuściło Polskę, żeby walczyć o swój kraj. To są głównie pracownicy zatrudnieni w branżach takich jak budownictwo, transport czy logistyka. Stosunkowo łatwo wyliczyć, że jeśli mamy 10 proc. mniej kierowców, to prawdopodobnie przewieziemy 10 proc. mniej towarów albo czas dostaw wydłuży nam się o 10 proc. Tak więc to będzie mieć bezpośredni wpływ zarówno na branżę transportową, jak i na wszystkie inne branże uzależnione od transportu albo te, które przewożą dużo produktów, półproduktów i wyrobów gotowych. Z podobną sytuacją będziemy mieć też do czynienia w budownictwie. Brak pracowników będzie powodować kłopoty podażowe i wydłużać okres budów – mówi główny ekonomista banku BNP Paribas.

    Według analityków wpływ na polską gospodarkę wynikający z ograniczenia eksportu do Ukrainy i Rosji będzie jednak raczej umiarkowany. Wynika to z faktu, że udział każdego z tych krajów w polskiej sprzedaży zagranicznej nie jest zbyt wysoki i w ubiegłym roku oscylował w granicach 2–3 proc. Większym problemem mogą się za to okazać zerwane łańcuchy dostaw i zaburzenia w imporcie.

  • Polski Ład: branża księgowa podnosi stawki i notuje wzrost liczby klientów

    Według Krajowej Izby Biur Rachunkowych usługi księgowych podrożały już nawet o 30 %, a mimo to branża odczuwa coraz większy napływ klientów. To efekt paniki wywołanej wprowadzeniem Polskiego Ładu, który wszedł w życie nawet pomimo faktu, że organizacje zrzeszające środowiska księgowych zgłaszały do Ministerstwa Finansów zastrzeżenia odnośnie zbyt obszernych przepisów i zdecydowanie zbyt krótkiego czasu na ich wdrożenie w życie.

    Do premiera Mateusza Morawieckiego zwróciło się Stowarzyszenie Księgowych w Polsce, które apeluje o przesunięcie terminów wejścia w życie podatkowej części Polskiego Ładu na rok 2023 r. Kluczowe argumenty to bezpieczeństwo obrotu gospodarczego oraz dobro podatników, księgowych i kadrowych.

    Wprowadzenie tak fundamentalnych zmian bez odpowiednio długiego vacatio legis spowodowało, że początek roku jest dla biur rachunkowych bardzo pracowity i stresujący. Wynika to z faktu, że to właśnie księgowi są odpowiedzialni za prawidłowe naliczenie podatku.  Biura Rachunkowe przenalizowały setki stron przepisów Polskiego Ładu i zgłosiły kilkadziesiąt uwagmówi Anita Gołębiewska, Dyrektor Zarządzająca Ogólnopolskiej Sieci Certyfikowanych Biur Rachunkowych (OSCBR).

    W komunikacie skierowanym do branży Ministerstwo Finansów poinformowało, że księgowi nie muszą obawiać się kar związanych z błędami we wprowadzaniu w życie przepisów Polskiego Ładu.

    Organizacje zrzeszające księgowych, biura rachunkowe oraz doradców podatkowych od kilku miesięcy zwracały uwagę na błędy w przepisach, niejasne zapisy oraz na tempo wprowadzanych zmian. Jednak nasze zastrzeżenia nie zostały uwzględnione i przepisy podatkowe weszły w życie w zatrważająco szybkim tempiewyjaśnia Ewa Salska Prezes Zarządu Fundacji w Fundacja Wspierania i Rozwoju Biur Rachunkowych.

    Jak to wygląda w praktyce?

    W pierwszej kolejności przed wyborem ulgi stanęli pracownicy otrzymujący wynagrodzenie w pierwszych tygodniach 2022r. Mieli oni dosłownie kilka dni na dokonanie wyboru – korzystam z ulgi, czy też z niej rezygnuję. Działy kadrowe nie mogą takiego oświadczenia złożyć za pracownika, to on podejmuje decyzję i zgodnie z oświadczeniem bierze na siebie odpowiedzialność za skutki tej decyzji.

    Naszym zdaniem największym problemem stała się tzw. „kwota wolna” i „ulga dla klasy średniej”. Z założenia Ministerstwa zadaniem ulgi było minimalizowanie skutków wprowadzenia nowych zasad rozliczenia składki zdrowotnej. Miała być tym elementem, który ratuje „klasę średnią” przed nadmiernym obciążeniem składkowym. Na założeniach się skończyło, bo rzeczywistość i ekonomia kieruje się swoimi prawami twierdzi Beata Boruszkowska, Prezes Zarządu Krajowej Izby Biur Rachunkowych

    Tempo i brak rzetelnych informacji spowodowały strach i panikę – podejmowanie wyborów w takich warunkach jest niezwykle trudne i z reguły oparte na nieprzemyślanych decyzjach lub tych traktowanych jako „mniejsze zło”. W efekcie wielu Polaków zrezygnowało z ulgi, gdyż założyli, że jeśli ostatecznie okaże się to dla nich dobrym rozwiązaniem, to skorzystają z niego w rozliczeniu rocznym.

    Czy pandemia to dobry czas na rewolucję podatkową?

    Problem z ulgą polega na tym, że będzie ona stosowana w okresach miesięcznych, a nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak jego wynagrodzenie będzie się zmieniać w trakcie roku podatkowego.

    Obecnie jesteśmy w trudnym okresie szalejącej pandemii i jakiekolwiek plany na przyszłość mogą zostać drastycznie skorygowane przez sytuacje losowe. Tym bardziej opieramy nasze decyzje na „tu i teraz”. Natomiast ulga przy niepewnej przyszłości jest zbyt ryzykownym rozwiązaniemdodaje Beata Boruszkowska, Prezes Zarządu Krajowej Izby Biur Rachunkowych.

    Przepisy, które zawierają błędy i budzą wątpliwości interpretacyjne będą wpływały negatywnie na wyniki kontroli podatkowych i generowały wiele sporów z administracją państwową. Z badania przeprowadzonego w środowisku właścicieli biur rachunkowych negatywnie oceniane są zarówno jakość nowych przepisów podatkowych, jak i proces ich wprowadzaniawyjaśnia Ewa Salska, Prezes Zarządu Fundacji w Fundacja Wspierania i Rozwoju Biur Rachunkowych.

    Jednym z głównych zagrożeń Polskiego Ładu jest zwiększenie obciążeń podatkowych przedsiębiorców, które może negatywnie wpłynąć na ich funkcjonowanie. Przedsiębiorstwa są zmuszone podnieść ceny, co skutkuje rosnącą inflacją. Część małych firm będzie musiała zamknąć działalność. Wzrost obciążeń fiskalnych może także skutkować przeniesieniem działalności do szarej strefy.

  • Axis Communications z nową Dyrektor Regionalną na Europę Wschodnią

    Axis Communications z nową Dyrektor Regionalną na Europę Wschodnią

    Anna Arwidi od 1 stycznia 2022 roku została nową Dyrektor Regionalną na Europę Wschodnią w Axis Communications. Będzie odpowiadała za rozwój biznesu m.in. w Polsce, krajach bałtyckich i Rosji.

    Nowa Dyrektor związana jest z Axis Communications od 2013 roku. Bezpośrednią współpracę rozpoczęła w 2016 roku po fuzji jej ówczesnego pracodawcy Cognimatics z Axis Communications. Na pokładzie Axis pełniła różne role w zakresie zarządzania sprzedażą. Była odpowiedzialna za rozwój biznesu detalicznego oraz dbała o relacje z partnerami regionalnymi i globalnymi. Jako Dyrektor Regionalna będzie opowiadać za rozwój biznesu w krajach Europy Wschodniej oraz wdrażanie najnowszych rozwiązań technologicznych na rynkach wschodzących.

    „Region Europy Wschodniej jest dla Axis Communictions niezwykle perspektywicznym obszarem biznesowym, a także jednym z największych rynków pod względem geograficznym. Pomimo ostatnich dwóch lat naznaczonych pandemią Covid-19, jesteśmy świadkami pojawienia się wielu możliwości rozwojowych. Axis reprezentuje silne wartości, takie jak skupienie się na zrównoważonym rozwoju, zaufaniu, etyce oraz innowacyjności. Jestem szczęśliwa, że mogę być częścią tak silnego zespołu i z niecierpliwością czekam na wyzwania jakie przyniesie mi 2022 rok”dodaje Arwidi.

    Anna Arwidi ma ponad 20 lat doświadczenia w rozwoju działalności biznesowej małych, średnich, jak i dużych globalnych organizacji z branż technologicznych, IT czy bezpieczeństwa. Jest absolwentką Szkoły Biznesu, Ekonomii i Prawa w Göteborgu oraz Uniwersytetu Ekonomicznego w Wiedniu na kierunkach administracja biznesu i ekonomia.

    Arwidi zastąpi na stanowisku Magnusa Zederfeldta, który zdecydował się na dalszy rozwój zawodowy poza strukturami Axis.

  • KAS: Rosną zaległości zagranicznych podatników. Wzrost jest na poziomie dwucyfrowym

    KAS: Rosną zaległości zagranicznych podatników. Wzrost jest na poziomie dwucyfrowym

    Jak wynika z danych KAS, na koniec czerwca br. zaległości podmiotów zagranicznych wobec naszego Skarbu Państwa wyniosły przeszło 1,6 mld zł w przypadku organizacji oraz 307 mln zł dla osób fizycznych. W ciągu pół roku kwoty te zwiększyły się odpowiednio o 14% i 2%, a w porównaniu z końcówką 2019 roku – o ponad 27% i 3,6%. Tylko w pierwszej połowie br. organy egzekucyjne dokonały prawie 25% więcej czynności niż w całym ub.r. W wyniku ostatnio przeprowadzonych działań wyegzekwowano ponad 33,5 mln zł.

    Z danych Krajowej Administracji Skarbowej wynika, że na koniec czerwca br. zaległości podmiotów zagranicznych oznaczonych jako organizacje wyniosły ponad 1,64 mld złotych. 6 miesięcy wcześniej było to 1,437 mld zł, a 31 grudnia 2019 roku – 1,288 mld zł. Natomiast w przypadku podmiotów zagranicznych będących osobami fizycznymi mówimy ostatnio o kwocie ponad 307 mln zł. W ciągu pół roku nastąpił skok z przeszło 300 mln zł, a od końca 2019 roku – z ponad 296 mln zł.

    – Dane dotyczą należności pozostałych do zapłaty na koniec wybranego okresu. Są to zaległości wymagalne, jak również należności niewymagalne, tzn. te, których termin płatności jeszcze nie upłynął. Dane dotyczą zarówno niezapłaconych podatków powstałych w bieżącym roku, jak również zobowiązań z poprzednich latwyjaśnia Anita Wielanek, rzecznik prasowy Szefa KAS.

    Jak podkreśla prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów, powyższe dane są zniekształcone przez czynniki niewystępujące w poprzednich okresach, tzn. wszystkie skutki lockdownów i ograniczeń. Zdaniem eksperta, w związku z tym należy ostrożnie wyciągać wnioski z lat 2020-2021. Natomiast porównanie z 2019 rokiem, a więc ostatnim okresem przedpandemicznym, pokazuje tendencję wzrostową zaległości. Szokującej zmian nie ma, ale jest ona istotna.

    – Przyrost niezapłaconych zobowiązań podatkowych w I półroczu 2021 roku jest związany ze wzrostem o 150 mln zł należności niewymagalnych, tj. tych, których termin płatności nie upłynął, głównie w podatku CIT. Są to w dużej mierze należności wynikające z deklaracji CIT-8. Termin złożenia deklaracji oraz zapłaty podatku z nich wynikających za 2020 rok został przedłużony do 30 czerwca 2021 roku informuje rzecznik prasowy Szefa KAS.

    Według prof. Modzelewskiego, niewiadomą jest to, na ile trudna sytuacja gospodarcza wpłynęła na wzrost niezapłaconych zobowiązań podatkowych w I półroczu br. Na pewno część podatników ma zaległości, które są efektem pogorszenia się ich sytuacji w okresie pandemii. Ograniczenia sprawiły, że dobre firmy zaczęły notować górne wyniki finansowe. Z kolei inne przedsiębiorstwa np. zwiększyły sprzedaż wysyłkową i nagle stały się potentatami rynkowymi. Jednocześnie ekspert podkreśla, że długi mogły też wzrosnąć w sposób niezależny. Zdecydowanie spadła liczba kontroli i w związku z tym działanie organów też jest nieporównywalne.

    – Wzrost niezapłaconych zobowiązań podatkowych na koniec czerwca 2021 roku był też związany ze zwiększeniem się tych, które zostały objęte ratami lub miały odroczony termin płatności. Do tego na koniec I półrocza znacząco urosły zaległości wynikające z wydanych decyzji określających wysokość podatkudodaje Anita Wielanek.

    Ponadto z danych KAS wynika, że w pierwszych sześciu miesiącach br. organy egzekucyjne dokonały ponad 71,6 tys. czynności, w wyniku których wyegzekwowano przeszło 33,5 mln zł. W całym 2020 roku było powyżej 57,3 tys. tego typu działań, a odzyskana kwota wyniosła 41,5 mln zł. Z kolei w 2019 roku odnotowano odpowiednio blisko 53 tys. czynności oraz 52,6 mln zł.

    – Cieszy mnie fakt, że państwo ściąga więcej długów, ale popatrzmy, o jakich kwotach mówimy. To jest kilkadziesiąt milionów złotych w każdym z analizowanych okresów. Porównajmy to z całością zaległości i popatrzmy, jaki to jest procent. Państwa współczesne, w tym Polska, mają minimalną efektywność egzekucyjną swoich ujawnionych długów podatkowych zaznacza były wiceminister finansów.

    Jak podkreśla prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista Pracodawców RP, przedsiębiorstwa sygnalizują znaczny przyrost opresyjności aparatu skarbowego. Symptomem tego jest ponad dwukrotny wzrost wszczynania postępowań w tym roku w porównaniu z rokiem ubiegłym. Tylko częściowo można to przypisać popandemicznemu przebudzeniu fiskusa. Zdaniem eksperta, główną przyczyną jest stosowanie nowych algorytmów wykrywających potencjalne nieprawidłowości, a także wszczynanie postępowań, aby zapobiec przedawnianiu możliwości dochodzenia potencjalnych roszczeń. Pracodawcy RP nie mają sygnałów, aby fiskus szczególnie uwziął na zagraniczne spółki, mimo iż dynamika wzrostu zobowiązań podatkowych tych podmiotów wyniosła prawie 10% w skali roku w okresie pandemii.

    – Zawsze zdolność skutecznego uchylania się od zapłaty zobowiązania jest wyższa ze strony podmiotu zagranicznego niż krajowego. Dzieje się tak ze względu na ograniczone możliwości egzekucyjne wobec majątku tego, który jest za granicą. Ale współczesne państwo jest nieefektywne również w stosunku do tutejszych podmiotów. Nie obawiam się jednak wzrostu zadłużenia nieściągalnego w tym roku, a także w pierwszej połowie następnego. Mamy koniunkturę, której skutkiem są również podwyżki cen, co poprawia płynność podatników. Widać też większy popytpodsumowuje prof. Witold Modzelewski.

  • Ekonomiści ostrzegają przed coraz mniejszą wiarygodnością systemu finansowego w Polsce

    Ekonomiści ostrzegają przed coraz mniejszą wiarygodnością systemu finansowego w Polsce

    Ekonomiści Szkoły Głównej Handlowej przygotowują Indeks Wiarygodności Gospodarczej, który ma pokazać, na ile nasz kraj cieszy się wiarygodnością na tle innych europejskich gospodarek. – W obszarze stabilności pieniądza i systemu finansowego doszło ostatnio do pogorszenia wiarygodności ekonomicznej państwa – ocenia jeden z profesorów tej uczelni, były członek Rady Polityki Pieniężnej, dr hab. Andrzej Rzońca. Jego zdaniem obecna Rada Polityki Pieniężnej, utrzymująca ultraniskie stopy procentowe przy inflacji niewidzianej od dwóch dekad, podważa zaufanie przedsiębiorców i sprawia, że wstrzymują się oni z inwestycjami.

    – W ramach zespołu zajmującego się pomiarem wiarygodności ekonomicznej państwa zajmuję się obszarem stabilności pieniądza i systemu finansowego – mówi dr hab. Andrzej Rzońca, profesor SGH, członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich.W tym obszarze w ostatnim czasie doszło do pogorszenia wiarygodności ekonomicznej państwa. Wskazują na to zarówno miary bezpośrednio odnoszące się do wiarygodności, jak i miary pośrednie skupiające się na skutkach wiarygodności, ewentualnie jej braku, czy wreszcie także mierniki odnoszące się do zagrożeń dla stabilności systemu finansowego i stabilności pieniądza.

    W sierpniu br. ceny wzrosły najmocniej od czerwca 2001 roku – o 5,5 proc. rok do roku. Tymczasem od czerwca 2020 roku główna stopa procentowa wynosi 0,1 proc., co powoduje, że realne stopy są mocno ujemne. Wprawdzie ekonomiści przyznają, że część czynników powodujących skok cen jest niezależna od RPP, bo występuje na wielu globalnych rynkach, dostrzegają też jednak czynniki popytowe, czego w retoryce bankierów centralnych trudno się dopatrzyć. Zwłaszcza że inne banki centralne państw regionu, takich jak Węgry, Czechy czy Rosja, stopy podnoszą. Na spadek cen się nie zanosi, drożeją bowiem surowce energetyczne, takie jak gaz ziemny czy ropa naftowa, a zbliża się zima.

    – Wiarygodność ekonomiczna państwa zależy od polityki gospodarczej państwa. Stabilność ekonomiczna państwa w obszarze pieniądza i stabilności systemu finansowego jest konsekwencją decyzji, ewentualnie jej braku, w szczególności podejmowanych przez bank centralny. To na skutek decyzji banku centralnego inflacja w Polsce odchyla się od celu od dwóch lat i wedle prognoz samego Narodowego Banku Polskiego nie ma szans na powrót inflacji do celu bez zmiany tej polityki podkreśla profesor SGH.Oczywiście wiarygodność to coś więcej niż sama inflacja nieodchylająca się od celu inflacyjnego, ale to odchylenie jest jedną z miar dobrze pokazujących, jak ta wiarygodność w ostatnim czasie się pogorszyła. Takiego odchylenia, jakie obserwujemy, nie widzieliśmy od czasu wprowadzenia przez Narodowy Bank Polski ciągłego celu inflacyjnego.

    Cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego od 2004 roku pozostaje na poziomie 2,5 proc. z dopuszczalnymi odchyleniami o 1 pkt proc. w górę lub w dół. To oznacza, że inflacja powinna się mieścić się w przedziale 1,5–3,5 proc. Już w I kwartale 2020 roku wzrost cen przekroczył dopuszczalną dynamikę, a potem wyhamował tylko dzięki zatrzymaniu gospodarki z powodu COVID-19. Od kwietnia 2021 roku jednak znów jest powyżej akceptowalnego poziomu, i to wyraźnie – od 4,3 proc. w kwietniu do 5,5 proc. w sierpniu.

    – Wiarygodność jest podstawą zaufania. Bez zaufania trudno o dobrą kalkulację, a bez kalkulacji inwestowanie, jak każda inna decyzja w sferze gospodarczej, jest obarczona podwyższonym ryzykiem. My w naszym kraju mamy problem z inwestycjami, ich udział od wielu lat kształtuje się niżej niż w innych gospodarkach naszego regionu. W ostatnim roku udział inwestycji prywatnych spadł do poziomu nieobserwowanego od 1993 roku, a więc od ponad ćwierćwiecza – przypomina członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich. To wskazuje, że z tą wiarygodnością ekonomiczną w naszym kraju jest problem. Jeżeli chcemy, żeby polskie przedsiębiorstwa więcej inwestowały, to inwestowanie w naszym kraju musi stać się bezpieczniejsze, a to wymaga poprawy wiarygodności ekonomicznej państwa. 

    W II kwartale br., porównywanym z fatalnym II kwartałem 2020 roku, inwestycje wzrosły zaledwie o 5 proc., podczas gdy konsumpcja prywatna aż o 13,3 proc. Z kolei nakłady brutto na środki trwałe w II kwartale zmniejszyły się realnie (w cenach stałych przy roku odniesienia 2015) wobec I kwartału o 10,8 proc.