Tag: Energia

  • Samochód marzeń, czyli dlaczego warto wybrać Toyotę

    Samochód marzeń, czyli dlaczego warto wybrać Toyotę

    Dziś możemy wybierać spośród tak wielu środków transportu, że przemieszczanie się z miejsca na miejsce nie stanowi już żadnego problemu – bez względu na warunki. W zależności od tego, czy mieszkamy w mieście, czy na jego obrzeżach, możemy poruszać się komunikacją miejską, rowerem bądź samochodem. Jednak pomimo, że czasem wygodniej jest przemieszczać się np. autobusem czy tramwajem, to własny środek lokomocji jest większości z nas po prostu niezbędny.

    Samochód osobowy to przede wszystkim wygoda i funkcjonalność. Dzięki niemu możemy dostać się niemalże w każde miejsce, w dowolnym momencie. Jednak aby służył nam przez dłuższy czas, decyzja o jego zakupie powinna być starannie przemyślana. Jakie zatem auto nada się na mniejsze czy większe podwórze po Warszawie? Toyota wydaje się być optymalnym rozwiązaniem.

    Wybieramy samochód

    Wśród wielu różnych marek samochodów, na szczególne wyróżnienie zasługuje właśnie Toyota. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że pojazdy tej marki są bezawaryjne, wydajne, ekonomiczne i najczęściej oferują bardzo bogate wyposażenie w standardzie. Producent dokłada wszelkich starań, by były to wozy nowoczesne, tanie w eksploatacji i komfortowo wyposażone. Wybór modelów jest bardzo duży, każdy więc z pewnością znajdzie coś dla siebie, chociażby w ofercie zamieszczonej na stronie http://www.toyota-radosc.pl/. CO najważniejsze, do wyboru są samochody Toyota używane, jak i nowe, prosto od producenta – oznacza to, że znajdują się tam pojazdy na każda kieszeń.

    Na co zwrócić uwagę?

    Kiedy już zdecydujemy, że Toyota w Warszawie to dobry wybór, musimy pójść o krok dalej i wyselekcjonować konkretny egzemplarz. Musimy tutaj zwrócić uwagę na kilka ważnym kwestii.

    Przede wszystkim trzeba określić przeznaczenie samochodu – czy potrzebne jest nam auto osobowe, dostawcze, terenowe czy miejskie. Warto też określić dla ilu osób auto będzie codziennym środkiem transportu, a zatem czy kupujemy samochód tylko dla siebie, czy będziemy nim wozić całą rodzinę. Od tego będzie zależał wybór konkretnego modelu. A tych producent wypuścił na rynek bardzo wiele. Jednak wszystkie Toyoty używane oraz nowe zaskakują swoją stylistyką i elegancją. Dotych  najbardziej popularnych zaliczyć możemy: Yaris, Corolla, Auris, Prius, GT86, Land Cruiser, Rav4 czy Augo. Można się też śmiało zdecydować na model kombi lub też całkiem nową propozycję, jaką są samochody hybrydowe. Nowoczesne hybrydy to auta, które posiadają dwa napędy – silnik benzynowy i silnik elektryczny, połączone ze sobą w bezpieczny sposób. Dodatkowo posiadają akumulator, w którym magazynowana jest energia. Dzięki temu są to najbardziej oszczędne auta, jeśli chodzi o zużycie paliwa, jakie dotąd powstały. Są więc tanie w utrzymaniu, a to tylko jedna z ich wielu zalet. Jednym słowem każdy, kto zdecyduje się na hybrydę, zyska samochód marzeń, który w czasie postojów nie wydaje żadnych dźwięków i nie generuje spalin, co ma kolosalne znaczenie w dobie dbałości o środowisko.

    Wyposażenie samochodu

    Decydując się na zakup nowego samochodu Toyota w Warszawie, można sobie samemu dobrać wyposażenie tego pojazdu. Do wyboru jest szereg różnych udogodnień, takich jak nawigacja satelitarna, elektryczne lusterka, podgrzewane szyby i siedzenia, czujniki cofania, czujniki parkowania, klimatyzacja, bluetooth, wygłuszone wnętrze czy dodatkowe lusterka wewnątrz samochodu. Ponadto w wyposażeniu samochodu może się znaleźć system multimedialny Toyota Touch – system ten nie tylko służy do obsługi multimediów i steruje radiem, zapewniając wszystkie niezbędne informacje o konkretnym utworze i artyście, ale też dostarcza wszelkich informacji o wozie, takich jak sterowanie oświetleniem, informacje o poziomie klimatyzacji, informacja o otwartych drzwiach, statystyki podróży, a także kamera z podglądem przy cofaniu. Można również zadbać o to, by samochód był jeszcze bardziej bezpieczny, decydując się na Toyota Safety Sense. System ten opiera się na ostrzeganiu kierowcy przed ryzykiem stłuczki, poprzez monitorowanie odległości do innych pojazdów. W razie, gdy kierowca nie zareaguje dostatecznie szybko, samochód sam wyhamuje, by uniknąć wypadku. Dzięki takiemu systemowi bezpieczeństwa, każdy kierowca i pasażer Toyoty może poczuć się bardzo bezpiecznie na drodze. Opcja ta jest dostępna w większości nowych modeli, ale też w wielu nowszych Toyotach używanych.

     

  • Nie ma odwrotu od cyfrowej transformacji działów zakupów

    Nie ma odwrotu od cyfrowej transformacji działów zakupów

    Nowoczesne technologie zajmują wysokie miejsce na liście priorytetów dyrektorów działów zakupów (CPO). Ponad jedna trzecia menedżerów uważa, że dzięki digitalizacji będą w stanie zrealizować cele zakupowe i dostarczyć wartość biznesową. W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło aż 46 proc. ankietowanych. Jak wynika z globalnego badania Deloitte „Leadership: Driving innovation and delivering impact. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2018” nadal największym zainteresowaniem w działach zakupów cieszy się analityka danych, ale jednocześnie głównymi barierami w digitalizacji jest brak integracji i jakość danych.

    Największy odsetek CPO wskazujących na wagę cyfryzacji zanotowano w Ameryce Południowej (47 proc.), a najniższy w regionie Azji i Pacyfiku (19 proc.). W regionie EMEA (Europa, Afryka i Bliski Wschód) było to 31 proc.

    Szybkość wdrażania i poziom cyfryzacji w działach zakupów wciąż są dalekie od oczekiwań i przede wszystkim rosnących potrzeb. Jeżeli się to nie zmieni, to zamiast spodziewanego przez CPO wzrostu roli kierowanych przez nich działów, efekt może być zupełnie odwrotny – mówi Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

    Co ciekawe wśród poszczególnych branż największy odsetek menedżerów, którzy wierzą we wpływ digitalizacji na ich biznes odnotowano w sektorze publicznym (39 proc.). Na przeciwległym biegunie znajduje się branża energetyczna i produktów konsumenckich (po 18 proc.).

    Mimo, że cyfryzacja zakupów jest wymieniana jako kluczowy czynnik w ich strategii, to aż 17 proc. ankietowanych firm w skali globalnej nie ma strategii cyfryzacji zakupów. W tym niechlubnym wyścigu przoduje region Azji i Pacyfiku (32 proc.). Zdecydowanie lepiej wygląda sytuacja w obu Amerykach. Cyfrowej strategii zakupów nie ma wypracowanych jedynie 14 proc. firm północnoamerykańskich i 11 proc. w Ameryce Południowej.

    Analityka wciąż na czele

    W których obszarach dyrektorzy zakupów widzą zastosowanie dla technologii cyfrowych? Przede wszystkim w obsłudze płatności (57 proc.). W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło 46 proc. badanych. Zdaniem 56 proc. mogą być one użyteczne również w zarządzaniu zapotrzebowaniem, a w opinii 43 proc. badanych w zakupach operacyjnych. W Polsce ten ostatni obszar wskazało aż 62 proc. menedżerów.

    Technologie, które najbardziej wpłyną na biznes w kolejnych dwóch latach to zdaniem ankietowanych liderów zakupów przede wszystkim zaawansowana analityka (54 proc. wskazań). Rok wcześniej było to 10 pp. więcej. Połowa ankietowanych jako główne korzyści wykorzystania analizy danych wskazała na optymalizację kosztów, a 48 proc. na poprawę efektywności procesów zakupowych.

    Polscy CPO zamierzają inwestować przede wszystkim w aktualizację i unowocześnienie systemów ERP (92 proc., podczas gdy na świecie wskazało tę odpowiedź jedynie 33 proc. badanych), a na aktualizację i unowocześnienie narzędzi zakupów operacyjnych 77 proc. Pokazuje to, że polskie firmy zdają sobie sprawę z konieczności usprawnień w obszarze ewidencji wydatków zakupowych i poprawy wsparcia zakupów przez systemy ERP. Na szczęście managerowie zakupów w Polsce zdają sobie sprawę z istotności rozwoju nowych obszarów wsparcia systemowego – na analitykę stawia 85 proc. menedżerów w Polsce.

    Robotyka w Polsce dopiero znajdzie się w obszarze zainteresowania

    Eksperci Deloitte wskazują też na rosnącą rolę automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Jej popularność w ciągu roku wzrosła prawie dwukrotnie, z 13 do 24 proc., co związane jest z korzystnym poziomem zwrotu z inwestycji oraz dużą skalowalnością tej technologii.

    Polscy dyrektorzy nie wskazywali na robotyzację jako technologię mogącą mieć zastosowanie w zakupach, co jest istotnym sygnałem wskazującym na duży potencjał optymalizacji rodzimych przedsiębiorstw. Tymczasem robotyka umożliwia automatyzację powtarzalnych czynności, pozwalając jednocześnie skrócić czas realizacji procesów, ograniczyć liczbę błędów i obniżyć koszty w stopniu wyższym niż dotychczas wykorzystywanymi metodami – mówi Paweł Zarudzki, Lider robotyki procesowej w Dziale Konsultingu Deloitte. – Robotyzacja pozwala na automatyzację żmudnych procesów np. wymagających logowania się do różnych rozproszonych systemów informatycznych, uspójniania danych, przetwarzania zapotrzebowań, zamówień czy obróbki faktur. Zakupy operacyjne są obszarem, który bardzo dobrze poddaje się robotyzacji – dodaje.

    Problematyczne dane

    Głównymi barierami digitalizacji, których pokonanie mogłoby usprawnić proces zakupów są brak integracji danych w łańcuchu dostaw (46 proc.), a także niska jakość samych danych (45 proc.). W Polsce na brak integracji danych wskazało jedynie 15 proc. CPO. Z kolei dla polskich działów zakupów znacznie większym problemem w porównaniu do reszty świata jest zaangażowanie i wsparcie od zarządzających. Na ten problem wskazało 62 proc. badanych, podczas gdy na świecie było to jedynie 30 proc.

    Polacy nie widzą problemu w braku kompetencji analitycznych, za to badanie pokazało brak dostępności zasobów w tym obszarze. W Polsce taka odpowiedź uzyskała 38 proc., podczas gdy na świecie było to 24 proc. W praktyce oznacza to, że mamy duży problem z dostępnością analityków – mówi Jakub Rosiecki.

  • Asseco wdroży AUMS Digital w największej serbskiej spółce energetycznej

    Asseco wdroży AUMS Digital w największej serbskiej spółce energetycznej

    Jakość obsługi klienta to jeden z kluczowych czynników, który decyduje o przewadze konkurencyjnej przedsiębiorstw, również z branży energetycznej. Dlatego też największa państwowa spółka energetyczna z Serbii – Javno preduzeće Elektroprivreda Srbije (JP EPS) zdecydowała się na uruchomienie elektronicznego biura obsługi klienta, opartego o platformę Asseco – AUMS Digital. Tym samym Asseco po raz pierwszy wdroży ją w zagranicznej spółce z sektora utilities.

    Projekt będzie realizowany przez rok w ramach konsorcjum Asseco Poland S.A., Asseco South Eastern Europe d.o.o. Beograd oraz Chip Card a.d. Beograd.

    Wdrożenie AUMS Digital ma na celu przede wszystkim podniesienie jakości obsługi klientów, możliwość oferowania nowych produktów, a także nowoczesną integrację z wieloma różnymi systemami informatycznymi użytkowanymi przez Klienta. To również zdecydowany krok w kierunku budowy architektury dwóch prędkości (BIOMODAL).

    Asseco AUMS Digital pozwala firmom energetycznym na realizację strategii omnikanałowej i oferowanie ich klientom produktów oraz usług poprzez różne kanały kontaktu oraz włączenie ich w proces obsługi, a dzięki temu optymalizowanie i automatyzację wielu innych procesów. To wszystko finalnie przekłada się na większą efektywność działania całego przedsiębiorstwa.

    Kontrakt w Serbii to kolejne zagraniczne wdrożenie Asseco w sektorze energetycznym. Wcześniej firma zrealizowała projekt w Etiopii, gdzie dostarczyła kompleksowy system informatyczny do zarządzania danymi odczytowymi, oparty o Asseco Utility Management Solutions (AUMS) w Etiopii. Było to największe wdrożenie IT, kiedykolwiek prowadzone przez polską firmę w Afryce, które zostało zrealizowane we współpracy z etiopską rządową agencją Information Network Security Agency (INSA).

  • Nie ma co się obawiać. Automatyzacja to nie tylko kasowanie miejsc pracy, ale również tworzenie nowych

    Nie ma co się obawiać. Automatyzacja to nie tylko kasowanie miejsc pracy, ale również tworzenie nowych

    W powszechnej opinii robotyzacja doprowadzi w przyszłości do destrukcji rynku pracy. Chociaż jestem pewien, że zmiany na tym obszarze są nieuniknione, to nie uważam, że muszą one mieć jednoznacznie negatywny wydźwięk. Wchodzimy bowiem w epokę zupełnie nowych umiejętności, a technologia zrodzi popyt na nowych specjalistów.

    Pisałem już na moim blogu o popularnych mitach dotyczących Sztucznej Inteligencji. Jeden z najbardziej rozpowszechnionych dotyczy kwestii rynków pracy. Wedle popularnej tezy czeka je wstrząs, a nawet stopniowa erozja. Bez względu na to, czy czekają nas zmiany gwałtowne, czy ewolucyjne, zachowanie obecnego statusu quo wydaje się trudne. Na rozwoju technologii skorzystają może korporacje, ale nie pracownicy – twierdzą pesymiści. Robotyzacja dla przemysłu i usług ma w ich opinii oznaczać masowe zwolnienia i likwidację wielu stanowisk. Sądzę, że faktycznie musimy wszyscy przygotować się na zmiany, natomiast chcę w tym tekście wykazać, że nie muszą one być tak jednoznacznie negatywne. A nawet wręcz przeciwnie: Sztuczna Inteligencja będzie generować sporo nowych miejsc pracy, wpływać na powstawanie nowych stanowisk i ról zawodowych. Cenione będą też nowe umiejętności.

    Politycy w świecie Sztucznej Inteligencji

    Czytając publikacje o tym, jak na rynek pracy może wpływać automatyzacja i robotyzacja, natknąłem się na sugestywna wizję dziennikarza Bena Tarnoffa przedstawioną w The Guardian. Tekst mnie zainteresował, bo chociaż autor nie kryje niepokojów, nie zatrzymuje się jednak na pesymistycznych uproszczeniach. Szuka też możliwych, a nawet koniecznych rozwiązań, które mogą łagodzić negatywne skutki robotyzacji. W artykule „Robots won’t just take our jobs – they’ll make the rich even richer”, autor twierdzi, że nowa technologia może przynieść wiele korzyści dla rozwoju społeczeństw, ale też nieść zagrożenia. Bez regulacji wprowadzonych przez polityków i ekonomistów, apokaliptyczne wizje mogą stać się faktem już za dziesięć lat – twierdzi Tarnoff. Ale tu pojawia się istotna, według mnie, refleksja dziennikarza dotycząca kwestii regulacji. Krytycy współczesnych procesów technologicznych zapominają, że żadne zmiany, tym bardziej dotyczące dużego rynku pracy, nie mogą następować bez mechanizmów prawnych czy ustawodawczych. To, że rewolucja technologiczna potrzebuje ustawodawczego wsparcia jest dla mnie jasne. Zadaniem każdych wprowadzanych regulacji jest przecież zapobieganie negatywnym procesom, które należy przewidywać – bez względu na to, czy wierzymy, że wystąpią, czy nie.

    Podatki od robotów

    Zagrożeniem, na które wskazuje Ben Tarnoff ma być wykluczenie społeczne wielu grup zawodowych. Gdy technologia staje się coraz doskonalsza, a udział kosztów pracy w procesie tworzenia kapitału się systematycznie zmniejsza, korporacje zarabiają coraz więcej. Przeciętny pracownik nie staje się jednak beneficjentem tego procesu. Zwiększające się zyski, które są owocem większej efektywności trafiają bowiem wyłącznie do kieszeni inwestorów, właścicieli firm i nie będą reinwestowane w ludzi, czy w formie zwiększenia płac, czy dodatkowych szkoleń, rozwoju. Cały ten proces może przynieść drastyczne konsekwencje, łącznie z „buntem mas”. Bogaci mieliby więc coraz bardziej izolować się od reszty społeczeństwa, zamieszkiwać luksusowe, zamknięte enklawy, a pozbawieni pracy, przedstawiciele niższej i średniej klasy sięgać po radykalne rozwiązania, łącznie z użyciem siły. W tym ponurym scenariuszu technologia służy więc klasie uprzywilejowanej i staje się jakością „polityczną”. Co mogłoby zapobiegać tym apokaliptycznym scenariuszom? Według autora artykułu, może to być chociażby polityka podatkowa. Opodatkowanie robotów pozwoliłoby na wygenerowanie środków pozwalających na przekwalifikowanie zagrożonych pracowników lub zapewnienie im dochodu gwarantowanego. Do takich wniosków dochodzą już dzisiaj zarówno politycy unijni we Francji, jak i Bill Gates.

    Automatyzacja to nie automatyczna katastrofa

    Czy jednak, tak naprawdę, jest się o co martwić? Teza, że robotyzacja może doprowadzić do likwidacji wielu stanowisk pracy nie jest aż tak oczywista, jakby mogło się wydawać. Coraz liczniejsze badania, które prowadzi się na ten temat (przykładem może być cytowany przez The Guardian i inne media raport Forrestera) pokazują zjawisko z wielu perspektyw i burzą popularne przekonania. Liczby nie są jednoznaczne. Natknąłem się co prawda na opinie, że istnieje 50 procentowa szansa na to, że w okresie 45 lat urządzenia korzystające z dobrodziejstw Sztucznej Inteligencji będą w stanie wykonywać WSZYSTKIE ludzkie działania, a w okresie 120 lat zautomatyzowane zostanie każde miejsce pracy. Wedle opinii oksfordzkiego profesora Michaela Osbourne specjalizującego się w problematyce machine learning, w ciągu najbliższych 20 lat maszyny mogą zastąpić około 47 procent naszych miejsc pracy. Innymi słowy, człowiek nie będzie miał nic do roboty. Na dzisiaj przemawiają do mnie jednak prognozy analityków, według których maszyny w ciągu najbliższych czterech lat mogą wyeliminować ok. 6 procent miejsc pracy. Nie jest to ciągle zatrważająca liczba, biorąc pod uwagę korzyści i możliwości, które mogą się pojawić. Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych automatyzacja spowoduje stratę 9,1 mln miejsc pracy do 2025 roku. Szacowany potencjał miejsc pracy do automatyzacji w Japonii to 55 proc., Indiach 52 proc., Chinach 51proc., a w USA 46 proc. W mojej ocenie ciągle nie jest to dużo.

    Nie wszyscy muszą się martwić

    W rozważaniach dotyczących rynku pracy ważna jest szersza perspektywa, która uwzględnia chociażby takie czynniki jak: charakter wykonywanej pracy, rodzaj stanowisk i wykształcenie pracowników. O tym, że to wszystko ma znaczenie, świadczy przykładowo opracowanie McKinsey Global Institute. Przyglądając się poniższym danym, szybko można spostrzec, że potencjalnie negatywne skutki robotyzacji i automatyzacji mogą dotyczyć określonych grup pracowników. O swoją przyszłość mogą więc martwić się kierowcy (wydaje się to jasne, gdy weźmiemy pod uwagę dynamiczny rozwój technologii pojazdów autonomicznych). Natomiast negatywne zmiany w niewielkim stopniu dotkną lekarzy, prawników, nauczycieli. Można podsumować to tak: prace, w których liczą się relacje międzyludzkie, kreatywność, inteligencja emocjonalna zagrożone nie będą, a nowoczesna technologia może być nawet poważnym sprzymierzeńcem w trakcie wykonywania wielu czynności zawodowych.

    Roboty trzeba naprawiać

    Przyglądając się możliwościom związanym z pracą przyszłości, można dojść do banalnego wniosku.  Jeśli prawdą jest, że powszechna robotyzacja stanie się faktem, to oznacza, że nawet najnowocześniejsze maszyny będą narażone na usterki, ich oprogramowanie będzie wymagało aktualizacji, a serwisowanie będzie generowało produkcję nowych części, urządzeń i konieczność ich montażu. Spora grupa specjalistów, którzy dzisiaj nie stanowią nawet odsetka wśród grup zawodowych, musi prędzej czy później zadebiutować na rynku pracy. Są branże, które staną się beneficjentem tego procesu w pierwszej kolejności: przemysł motoryzacyjny, transport, logistyka, elektronika, robotyka czy energia odnawialna. Pojawią się nowi producenci, inżynierowie, serwisanci, profesjonaliści wyposażeni w nowe kompetencje zatrudniani w wielu nowych firmach. Niektóre badania wskazują, że każdy robot generuje średnio trzy nowe stanowiska pracy (na nie powołuje się między innymi Mynual Khan w swoim artykule dotyczącym zmian, jakie nas czekają.)

    Musimy się od kogoś uczyć

    Wraz z robotyzacją wzrośnie zapotrzebowanie na nowe umiejętności techniczne. Bardzo ciekawą grupę nowych profesjonalistów będą tworzyć trenerzy, czyli osoby odpowiadające za nauczanie całych systemów Sztucznej Inteligencji. Będą to osoby łączące wiele kwalifikacji i kompetencji: programisty, psychologa, coacha. Trenerzy nie muszą zajmować się tylko ludźmi, pomagając im w zrozumieniu jak działa najnowsza technologia, jak obsługiwać dany sprzęt. Google już dzisiaj zatrudnia specjalistów, których głównym zadaniem jest uczenie urządzeń pracujących na podstawie algorytmicznej, szybszego i sprawniejszego działania.

    Trenerzy będą więc współpracować z algorytmami czy sieciami neuronowymi dbając o to, by te ostatnie coraz lepiej rozumiały i odwzorowywały ludzkie zachowania. Chatboty, czyli narzędzia które zdominują rynek obsługi klienta, będą przechodzić lekcje interakcji z człowiekiem, tak by komunikacja była naturalna, czyli obejmowała całą gamę zachowań, łącznie z ludzkimi emocjami. Algorytmy będą więc trenowane, by zachować się odpowiednio w sytuacjach komplikujących nasze życie. Jeśli zgubię dokumenty, przebywając w jakimś bezzałogowym hotelu na końcu świata pierwszy kontakt jaki nawiążę, będzie to zapewne kontakt z chatbotem lub fizycznym robotem na biurkiem recepcji. Jego zadaniem będzie uspokojenie mnie, analiza sytuacji, udzielenie mi odpowiednich wskazówek, psychiczne wsparcie, skierowanie do właściwych osób. Kontakt z takimi maszynami to nasza przyszłość. By nie był on zubożony o ludzkie emocje będą potrzebni właśnie specjalni trenerzy. Będą zatrudniać ich też koncerny produkujące osobistych asystentów, takich chociażby jak Alexa, która pyta nas o nasze zdrowie i samopoczucie. Przy okazji: stwierdzenie, że maszyny nigdy nie będą zdolne do przeżywania ludzkich emocji i uczuć, staje się w tym momencie dyskusyjne. Ale to temat na osobny tekst.

    Etycy nowych czasów

    Unia Europejska od początku tego roku pracuje nad rozporządzeniami, które miałyby chronić konsumenta przed niepożądanym działaniem Sztucznej Inteligencji. Nowe przepisy (mogą wejść w życie już w 2018 roku) mają między innymi określać zasady orzekania na rzecz osób, ponoszących szkodę w wyniku działania urządzeń pracujących wyłącznie w oparciu o algorytmy. Oprócz tego, nowe regulacje mają dotyczyć udostępniania naszych danych osobowych maszynom (o inicjatywach ustawodawczych Unii Europejskiej, które są konieczne dla naszego poczucia komfortu i bezpieczeństwa przeczytasz tutaj). Przy okazji, w tej interesującej sytuacji pojawia się miejsce na nowe kompetencje, a nawet stałe stanowisko pracy. Będzie je piastować osoba, której zadaniem będzie bieżący monitoringi treści generowanych przez chatboty, czy obserwowanie czynności wykonywanych przez roboty. Nowi etycy będą więc sprawdzać aplikacje i maszyny pod kątem wystąpienia możliwych komplikacji prawnych. Osoby te z pewnością mogą liczyć na zatrudnienie w firmach świadczących usługi telekomunikacyjne i wszelkich podmiotach zajmujących się zautomatyzowaną obsługą. Etyków do pracy werbuje już dzisiaj Google (w Londynie powołał specjalny oddział DeepMind Ethics and Society zajmujący się szeroko pojętymi kwestiami etycznymi związanymi ze Sztuczną Inteligencją). I będą na nich zgłaszać zapotrzebowanie te wszystkie firmy, które do wytwarzania swoich produktów i usług używają robotów, botów czy wirtualnych asystentów.

    Zbieracze danych

    Cała Sztuczna Inteligencja pracuje w oparciu o przetwarzanie masy danych. Niektóre z nich należy urządzeniom po prostu dostarczyć. Przykładem może być proces, w którym urządzenia uczą się rozpoznawania ludzkiej twarzy, bazując na wielkich zbiorach fotografii. W przyszłości będą potrzebni pracownicy, których jedynym zadaniem będzie gromadzenie danych, po to by móc nimi „nakarmić” maszyny czy wszelkiego rodzaju urządzenia operujące w oparciu o duże zbiory rozmaitych informacji. Zapotrzebowaniu na dane może wykreować całą branżę, która będzie systematycznie generować masowe miejsca pracy.

    Technologia zmienia wszystko

    Wymieniłem zaledwie kilka przykładów, ale jestem przekonany, że proces tworzenia się zapotrzebowania na nowych specjalistów nie będzie miał granic.

    Sztuczna Inteligencja jest złożonym trendem. Stwierdzenie, że konieczną konsekwencją automatyzacji procesów biznesowych będzie naruszenie porządku społecznego jest prawdą połowiczną. Trudno oczywiście orzekać, czy stuprocentową rację będą mieli ci, którzy twierdzą, że każde zlikwidowane w wyniku robotyzacji stanowisko zostanie zastąpione trzema nowymi. Pewne jest natomiast to, że Sztuczna Inteligencja stworzy szansę milionom ludzi, uwalniając ich od powtarzających się czynności, motywując do zdobywania nowej wiedzy, budząc intelektualne wyzwania, ucząc zupełnie nowych rzeczy. Nowa technologia, która przykłada rękę do ewolucji, która się dzieje, nie jest ani dobra, ani zła. Może stać się taką w we właściwych lub niewłaściwych dłoniach.

  • Agile ze start-upów do dużych organizacji

    Agile ze start-upów do dużych organizacji

    Agile narodził się w firmach technologicznych jako sposób tworzenia rozwiązań IT, a jego sukces sprawił, że w ślady branży technologicznej idą organizacje z innych sektorów. Liczą na to, że dzięki Agile będą w stanie szybciej dostosowywać się do zmieniającego się otoczenia i sprawniej reagować na potrzeby klientów. Podstawową zasadą jest wyznaczenie celów samozarządzającym się zespołom, w których nie ma ustalonej hierarchii i które same decydują, jak te cele zrealizować.

    Agile polega na tym, żeby nie pracować więcej, tylko mądrzej. Dzięki temu praca jest bardziej efektywna, a proces decyzyjny i komunikacja w zespole – krótsze – mówi Robert Stanikowski, partner w The Boston Consulting Group, który uczestniczył we wdrażaniu Agile w jednym z australijskich banków.

    Po doświadczenia Agile coraz chętniej chcą sięgać duże organizacje. Menadżerowie chcą usprawnień i mają świadomość, że zmiany są nieuchronne, ale entuzjazm nie przysłania im poważnych wyzwań. Chodzi przede wszystkim o konieczność zmiany mentalności pracowników czy zerwanie z wieloma tradycjami pracy. W przypadku dużych organizacji sam proces wdrożenia może trwać kilka lat.

    Agile wymaga odpowiedniej struktury firmy, ale dzięki niemu organizacja może sprawniej działać na kilku rynkach – wskazuje Agnieszka Kłos, prezes Provident Polska, należącego do międzynarodowej grupy International Personal Finance.

    Zdaniem Sylwii Drejer-Cichuckiej, dyrektor produktu i rozwoju biznesu w Wonga, metodyka Agile opiera się na trzech fundamentach: pierwszym jest prawo do pomyłki. Drugim – zgoda na to, że raz podjęta decyzja może zostać zmieniona. Trzecim jest stałe weryfikowanie przyjętych założeń.

    Sam Agile funkcjonuje w PKO Banku Polskim od kilku lat. Przed nami jednak wyzwanie transformacji całej organizacji i przełączenia jej na kulturę cyfrową. Taka zmiana kulturowa to duża rzecz dla banku, który za chwilę będzie obchodził setne urodziny – uważa Szymon Wałach, dyrektor zarządzający i szef transformacji w PKO Banku Polskim.

    Menadżerowie przyznają, że jednym z największych wyzwań jest zmiana świadomości kadry zarządzającej.

    U nas najtrudniejszą przeszkodą było przełamanie mentalności firmy i funkcjonujących struktur pracy – mówi Paweł Bakun, prezes Orange Energia.

    Podkreśla, że Agile pozwala firmie jednocześnie tworzyć produkt i adaptować się do nowych okoliczności.

    Agile jest najbliższy firmom technologicznym i start-upom, które muszą szybko tworzyć nowe rozwiązania, a potem znaleźć sposób na międzynarodowe skalowanie działalności. Marcin Beme, prezes Audioteki, uważa, że właśnie wdrożenie nowego modelu działania pozwoliło jego firmie wprowadzić zmiany, które finalnie uchroniły ją przed bankructwem. Chodziło przede wszystkim o ułatwienie procesu zarządzania organizacją i kontroli budżetu.

    Audioteka działa w kilku różnych strefach kulturowych i bez Agile nie miałaby szans poradzić sobie na rynkach o tak odmiennych potrzebach klientów i warunkach rozwoju – mówi Beme.

    Także Radosław Zaleski, dyrektor ds. wzrostu w Netguru, podkreśla, że ta metodyka daje firmie znacznie więcej elastyczności.

    Dzięki niej w ciągu dwóch lat poszerzyliśmy działalność, weszliśmy w nowe segmenty i, co najważniejsze, jesteśmy w stanie sprawnie koordynować zarządzanie nimi – podsumowuje.

    Marcin Kotlarek, partner w The Boston Consulting Group, wskazuje, że wdrożenie doświadczeń firm technologicznych i start-upów do dużych organizacji biznesowych, może uruchomić w nich nowe silniki rozwoju.

    Chodzi nie tylko o lepszy dialog z rynkiem i szybsze odpowiadanie na potrzeby klientów. Możemy mieć również do czynienia z największą inwestycją w rozwój kapitału ludzkiego i nowych umiejętności, jaka kiedykolwiek obserwowaliśmy w naszym kraju – uważa partner BCG.

    źródło: PAP  za: The Boston Consulting Group
  • Technologia „UPS jako rezerwa” – korzyści dla sektora Data Center

    Technologia „UPS jako rezerwa” – korzyści dla sektora Data Center

    W ubiegłym roku centra przetwarzania danych zużyły 416,2 TWh energii elektrycznej w skali światowej. Jeśli te szacunki są dokładne, w ciągu następnej dekady centra przetwarzania danych zużyją blisko trzykrotnie więcej energii elektrycznej niż do tej pory. Z punktu widzenia ochrony środowiska oznacza to, że centra przetwarzania danych stanowią 3% globalnego zużycia energii i są odpowiedzialne za 2% całkowitej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

    Janne Paananen, Kierownik technologiczny, Eaton EMEA
    Janne Paananen, Kierownik technologiczny, Eaton EMEA

    Z całą pewnością to właśnie między innymi na przemyśle data center spoczywa odpowiedzialność za ograniczenie emisji gazów cieplarnianych i zmniejszenie zużycia energii. Wiele centrów przetwarzania danych dokłada wszelkich starań, aby ograniczyć zużycie energii i uczynić je jak najbardziej energooszczędnymi, równoważąc koszty i troszcząc się o środowisko naturalne. Nasz partner biznesowy Webaxys to doskonały przykład centrum przetwarzania danych, które prezentuje filozofię dążenia do zerowej emisji gazów cieplarnianych, poprzez ponowne użycie akumulatorów pochodzących z pojazdów elektrycznych. Innym dobrym przykładem ostatnich osiągnięć w tej dziedzinie jest ponowne wykorzystanie zysków ciepła z centrów przetwarzania danych; praktyka ta jest coraz częściej spotykana, szczególnie w krajach skandynawskich.

    Jako przemysł, jesteśmy wspierani przez fakt, że dostawcy energii coraz częściej wybierają źródła energii odnawialnej. Statystyki pokazują, że w 2017 roku 24% światowej energii elektrycznej było wytwarzane przez odnawialne źródła energii, takie jak energia słoneczna, wiatrowa i wodna. Istnieje jednak, często pomijany, kluczowy element dialogu na ten temat. Chodzi o niestabilność energii odnawialnej.

    Nie oznacza to, że występuje ryzyko wybuchu, lecz w miarę jak rynek energetyczny przesuwa się z sektora paliwowego na odnawialne źródła energii, produkcja może stać się mniej stabilna, trudniejsza do przewidzenia i w związku z tym, zrównoważenie dostaw energii elektrycznej może się stać problematyczne. Zaburzony jest również mechanizm stabilizacji częstotliwości w sieci energetycznej, powodując coraz większe i szybsze jej wahania, zwłaszcza w przypadku poważnych awarii. Zaopatrzenie w energię elektryczną może ulegać wahaniom, a taka niestabilność nie jest korzystna dla centrów przetwarzania danych, które polegają na czystym i stabilnym zaopatrzeniu w energię. Wraz ze wzrostem udziału odnawialnych źródeł energii i rosnącym zapotrzebowaniem na energię elektryczną, jest bardziej prawdopodobne, że będziemy doświadczać wahań jakości energii elektrycznej w sieci.

    Oznacza to, że centra przetwarzania danych mogą odegrać ważną rolę pomagając dostawcom energii w utrzymaniu jej jakości, poprzez zrównoważenie jej wytwarzania i zużycia. Firma Eaton wprowadziła koncepcję – pierwszą tego rodzaju w branży centrów przetwarzania danych – która pozwala organizacjom na natychmiastową reakcję na zapotrzebowanie w sieci energetycznej, w celu utrzymania częstotliwości w dozwolonych granicach, co pozwala uniknąć przerw w dostawach energii w całej sieci. Jednym słowem, centra przetwarzania danych mogą czerpać dochody albo z tytułu braku poboru energii, albo za jej sprzedaż do sieci energetycznej.

    System „UPS jako rezerwa” (UPS-as-a-Reserve – UPSaaR), opracowany przez Eaton, to pierwsze rozwiązanie dla centrów przetwarzania danych, które pozwala firmom i zakładom zarabiać na inwestycji w zasilacze UPS. Koncepcja ta sprawia, że centra przetwarzania danych mają pod kontrolą swoją energię, wybierając, jaką jej część udostępnić, kiedy i w jakiej cenie. Typowe zwroty to do 50.000 euro za MW energii elektrycznej przydzielonej rocznie do wsparcia sieci energetycznej.

    Lubimy myśleć o tym, jak o pieniądzach leżących na podłodze w centrum przetwarzania danych, które to pieniądze po prostu zbieramy.

    Zatem jak to działa?

    Usługa umożliwia operatorom centrów przetwarzania danych uruchomienie zasilacza UPS jako wirtualnej elektrowni, która umożliwia im udział w FCR (regulacji częstotliwości sieci energetycznej) oraz odpowiedzi strony popytowej (DSR). Zasilacz UPS może być używany do wsparcia sieci poprzez pokrycie zapotrzebowania przy pomocy energii pobranej z akumulatorów. Moc rozładowywania jest płynnie regulowana równolegle z prostownikiem zasilacza UPS, co zapewnia dokładne pokrycie zapotrzebowania, niezależnie od poziomu obciążenia. Operatorzy centrów przetwarzania danych mogą wówczas wspierać sieć w regulacji częstotliwości, generując dodatkowe przychody w celu skompensowania całkowitego kosztu posiadania zasilacza UPS lub w ramach zwiększenia konkurencyjności centrum przetwarzania danych pod względem cenowym.

    Firma Eaton rozwinęła tę usługę w ścisłej współpracy z firmą Fortum, wiodącym dostawcą energii w krajach skandynawskich i bałtyckich. Podczas licznych i zakrojonych na szeroką skalę testów udowodniliśmy, że systemy UPS i akumulatory mogą być bezpiecznie i skutecznie wykorzystywane do wykonywania operacji odpowiedzi strony popytowej, bez ryzyka dla podstawowej funkcji zasilaczy UPS.

    Centrum przetwarzania danych współpracowałoby z komercyjnym agregatorem energii, aby zaoferować swoją zdolność pokrycia zapotrzebowania na energię krajowej sieci energetycznej lub operatorowi systemu przesyłowego. Firma Eaton zainstaluje zaś funkcjonalność i zapewni interfejs komunikacyjny do systemów agregatora.

  • Audi intensyfikuje badania nad paliwami syntetycznymi

    Audi intensyfikuje badania nad paliwami syntetycznymi

    Koncern z Ingolstadt, wraz z firmami partnerskimi Ineratec GmbH i Energiedienst Holding AG, ma zamiar uruchomić pilotażową instalację do produkcji paliwa e-diesel zlokalizowaną w Laufenburgu, w szwajcarskim kantonie Aargau. Energia niezbędna do produkcji, po raz pierwszy pozyskiwana będzie z odnawialnych źródeł energii. Planowana wytwórnia będzie w stanie wyprodukować około 400 000 litrów paliwa rocznie.

    Od kilkunastu już lat, Audi prowadzi badania nad przyjaznymi dla środowiska, opartymi o dwutlenek węgla paliwami, takimi jak e-gaz, e-benzyna czy całkowicie syntetyczny e-diesel. Obecnie, koncern intensyfikuje prace nad produkcją paliwa e-diesel. „Dzięki nowoczesnym technologiom, w ramach projektu wdrażanego w Laufenburgu będziemy w stanie prowadzić wydajną produkcję krótkich partii paliwa e-diesel, co uczyni proces produkcyjny bardziej efektywnym ekonomicznie.
    W pilotażowej instalacji będzie możliwe tzw. sprzężenie sektorów, czyli innymi słowy połączenie potencjałów energii elektrycznej, ciepła i mobilności, co z kolei pozwoli na magazynowanie energii odnawialnej” – wyjaśnia Reiner Mangold, szef działu Zrównoważonego Rozwoju Produktu w AUDI AG.

    e-diesel Audi

    Audi e-diesel ma potencjał uczynienia z konwencjonalnych silników spalinowych jednostek niemal zupełnie neutralnych pod względem emisji CO2. Paliwo to produkuje się w specjalnej instalacji, w procesie przekształcenia nadwyżek energii wodnej w paliwo syntetyczne. Zachodzi tu proces chemiczny: zielona energia, generowana na miejscu w elektrowni wodnej, w procesie elektrolizy wody przekształca się w wodór i tlen. W następnym etapie, wodór reaguje z dwutlenkiem węgla z wykorzystaniem innowacyjnej i bardzo kompaktowej techniki mikrotechnologii. Dwutlenek węgla pozyskać można wprost z atmosfery lub z gazów odpadowych. Podobnie jak w przypadku pozostałych e-paliw Audi, CO2 jest tu jedynym źródłem węgla. W wyniku reakcji powstają związki węglowodorowe. W końcowym etapie procesu dzielą się one na właściwe paliwo Audi e-diesel oraz na wosk, wykorzystywany w innych gałęziach przemysłu.

    Planuje się, że pierwsze ilości e-diesla zostaną wyprodukowane w Laufenburgu najwcześniej w przyszłym roku. Audi oraz partnerzy w projekcie, firmy Ineratec i Energiedienst AG, skompletują wszystkie niezbędne dokumenty dotyczące uruchomienia instalacji w ciągu najbliższych kilku tygodni. Prace budowlane rozpoczną się na początku roku 2018.

    To już drugi partnerski projekt Audi, który powstał w oparciu o zasadę „power-to-liquid” (zamiana energii elektrycznej w ciecz). Od roku 2014, cztery pierścienie współpracują blisko z oferującą nowoczesne rozwiązania energetyczne firmą Sunfire z Drezna. Sunfire analizuje wytwarzanie paliwa e-diesel z wykorzystaniem powyższej zasady, stosując jednak odmienne technologie. Innym przykładem zaangażowania Audi w produkcję e-paliw jest własna instalacja koncernu w Wertle w północnych Niemczech, wytwarzająca e-gaz (dokładnie: syntetyczny metan) wykorzystywany do napędu wersji g-tron rodzin modelowych A3, A4 i A5. Koncern z Ingolstadt, wraz
    z innymi partnerami, prowadzi również badania nad produkcją e-benzyny.

  • Szkodliwe oprogramowanie w systemie służącym do zarządzania serwerami

    Szkodliwe oprogramowanie w systemie służącym do zarządzania serwerami

    Wykryto szkodliwy program zaszyty w oprogramowaniu służącym do zarządzania serwerami użytkowanym przez setki dużych przedsiębiorstw na całym świecie. Po aktywacji szkodliwy program pozwala atakującym na pobieranie dalszych niebezpiecznych modułów i kradzież danych. Kaspersky Lab poinformował o odkryciu NetSarang, producenta zaatakowanej aplikacji, i firma ta opublikowała uaktualnienie usuwające szkodliwy kod.

    ShadowPad to jeden z największych znanych ataków na łańcuchy dostaw. Gdyby zagrożenie nie zostało tak szybko wykryte, a szkodliwy kod nie zostałby usunięty z zaatakowanej aplikacji, mogłoby dojść do poważnych cyberincydentów w wielu firmach na świecie.

    W lipcu 2017 r. z Globalnym Zespołem ds. Badań i Analiz Kaspersky Lab (GReAT) skontaktował się jeden z partnerów firmy — organizacja finansowa. Eksperci ds. bezpieczeństwa z tej firmy natknęli się na podejrzane żądania DNS pochodzące z systemu zaangażowanego w przetwarzanie transakcji finansowych. Dalsze dochodzenie ujawniło, że źródłem tych żądań było rozwiązanie zarządzające serwerami dostarczane przez legalną firmę, stosowane przez setki klientów z takich branż jak finanse, edukacja, produkcja, telekomunikacja, energia czy transport. Najbardziej niepokojące było to, że producent tego oprogramowania nie wyposażył go w funkcję, która mogłaby wysyłać takie żądania.

    Dalsza analiza przeprowadzona przez ekspertów z Kaspersky Lab ujawniła, że podejrzane żądania były wynikiem aktywności szkodliwego modułu ukrytego w najnowszej wersji omawianego legalnego oprogramowania. Po instalacji zainfekowanej aktualizacji narzędzia szkodliwy moduł wysyłał co osiem godzin żądania DNS do określonych domen prowadzących do serwerów wykorzystywanych przez cyberprzestępców do kontrolowania ataku. Żądania zawierały podstawowe informacje o systemie ofiary, takie jak nazwa użytkownika, domeny i maszyny. Jeżeli atakujący uznali dany system za „interesujący”, serwer odpowiadał i aktywował w pełni funkcjonalny szkodliwy kod, który ukradkowo instalował się w systemie. Następnie, po otrzymaniu odpowiedniego polecenia od atakujących, szkodliwy program mógł pobierać i uruchamiać dalsze narzędzia.

    Usunięcie problemu

    Po dokonaniu powyższych odkryć eksperci z Kaspersky Lab skontaktowali się z firmą NetSarang, która zareagowała niezwłocznie i opublikowała uaktualnioną wersję swojego oprogramowania, już bez szkodliwego kodu.

    Według wyników badania Kaspersky Lab sygnały świadczące o aktywacji omawianego szkodliwego programu zostały zarejestrowane jedynie w Hongkongu, jednak narzędzie to może pozostawać w uśpieniu na wielu systemach na całym świecie, jeżeli użytkownicy nie zainstalowali najnowszego uaktualnienia opublikowanego przez firmę NetSarang.

    Podczas analizy technik wykorzystanych przez cyberprzestępców badacze z Kaspersky Lab doszli do wniosku, że pewne mechanizmy są bardzo podobne do tych stosowanych wcześniej przez chińskojęzyczne grupy cyberszpiegowskie PlugX oraz Winnti. Należy podkreślić, że podobieństwa te nie jest wystarczające, by określić dokładne powiązania między tymi grupami a omawianym atakiem.

    ShadowPad to przykład bardzo niebezpiecznego, zakrojonego na szeroką skalę ataku na łańcuchy dostaw. Biorąc pod uwagę możliwości dotarcia do poufnych danych dużych firm, metoda ta najprawdopodobniej będzie wielokrotnie odtwarzana przez innych cyberprzestępców z użyciem różnego popularnego oprogramowania użytkowanego przez przedsiębiorstwa. Na szczęście firma NetSarang zareagowała szybko i opublikowała niezainfekowane uaktualnienie swojego oprogramowania, co najprawdopodobniej zapobiegnie setkom incydentów kradzieży danych korporacyjnych. Omawiany atak pokazuje, że duże firmy powinny rozważyć wdrożenie zaawansowanych rozwiązań bezpieczeństwa potrafiących monitorować aktywność sieciową i identyfikować wszelkie anomalie. Takie mechanizmy pozwalają na wychwycenie szkodliwych działań, nawet gdy atakujący dysponują zaawansowanymi technikami ukrywania swoich modułów w legalnym oprogramowaniu — powiedział Igor Sołmenkow, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa, Globalny Zespół ds. Badań i Analiz, Kaspersky Lab.

    Wszystkie produkty Kaspersky Lab wykrywają i neutralizują szkodliwe oprogramowanie ShadowPad jako Backdoor.Win32.ShadowPad.a.

    Kaspersky Lab zaleca wszystkim użytkownikom oprogramowania firmy NetSarang jak najszybsze zainstalowanie opublikowanego uaktualnienia, które usuwa szkodliwy kod z tego rozwiązania. Ponadto firmy powinny poszukać w swoich systemach oznak żądań DNS wysyłanych do nietypowych domen. Lista domen wykorzystywanych przez serwery cyberprzestępcze w ramach omawianego ataku jest dostępna wraz z dalszymi szczegółami technicznymi na stronie http://r.kaspersky.pl/tEAiJ.

  • Przygotuj swój dom na wakacje

    Przygotuj swój dom na wakacje

    Okres wakacji to czas odpoczynku i planowania letnich wyjazdów. To też moment, w którym na dłużej zostawiamy puste mieszkania. By spokojnie relaksować się z dala od codziennych stresów i obowiązków domowych, pamiętajmy, by przed wyjazdem odpowiednio przygotować dom i sprzęt do naszej nieobecności. Unikniemy dzięki temu niepotrzebnych nerwów, ale i zmniejszymy rachunki za prąd. O czym zatem nie możemy zapominać?

    Przygotowywania do wakacyjnego wyjazdu to nie tylko pakowanie walizek, rezerwowanie hoteli i przeglądanie przewodników. Przed urlopem warto również pomyśleć o bezpieczeństwie swoich czterech kątów. Oto kilka przedwyjazdowych rad, które ograniczą zagrożenia, na jakie może być narażone mieszkanie pod nieobecność domowników.

    Pamiętaj o bezpieczeństwie

    • Zakręć dopływ wody. Dzięki temu ograniczysz ryzyko zalania.
    • Odłącz od prądu możliwie jak najwięcej urządzeń elektrycznych, co zniweluje ryzyko uszkodzenia sprzętów domowych na skutek zwarć, przepięć w sieci lub uderzenia piorunem.
    • W skrzynce bezpieczników wyłącz wszelkie możliwe obwody elektryczne (poza tymi zasilającymi lodówkę).
    • Zakręć zawór gazu, by nie pozwolić na jego ewentualny wyciek lub eksplozję.

    Lodówka gotowa na wakacje

    Mimo letniego lenistwa na posterunku zostać musi lodówka. Czy istnieje jakiś sposób, żeby w tym czasie i ją zwolnić z obowiązków, oszczędzając jednocześnie energię elektryczną i pieniądze? Przestawienie swojej lodówki na tryb wakacyjny pozwala użytkownikom znacznie oszczędzić energię, mimo że wszystkie produkty przechowywane są we właściwej dla nich temperaturze.Jak to możliwe? Lodówka z funkcją Vacation działa na niepełnych obrotach. Temperatura chłodzenia nie jest tak intensywna jak w normalnym trybie, zaś cała energia skupiona jest w komorze mrożenia, która najczęściej wykorzystywana jest do długoterminowego przechowywania produktów. Dzięki tej technologii mamy więc pewność, że po powrocie z wypoczynku nie przywita nas przykry zapach wydobywający się z wnętrza odłączonej od prądu lodówki oraz że rachunki za energię elektryczną okażą się niższe niż z reguły.

    Odkurzacz zawsze czujny

    W nowoczesnym domu nie tylko lodówka nie jest zwolniona ze swoich obowiązków. Wartę pełnić powinien również odkurzacz. Dobrze jest przecież po powrocie z urlopu ujrzeć czystą, niezakurzoną podłogę. Na rynku dostępne są inteligentne roboty sprzątające, które – odpowiednio zaprogramowane – same zbierają kurz, tak jak zdalnie sterowany robot sprzątający POWERBot od Samsunga. Wystarczy przed wyjazdem ustawić harmonogram odkurzania na konkretny dzień i godzinę, lub wydać urządzeniu ,,komendę” za pośrednictwem bezpłatnej aplikacji na telefon Smart Home, by zwinny odkurzacz wyczyścił każdy zakątek mieszkania. To z pewnością umili powrót do domu po wakacyjnych wojażach.

    Pralka gotowa na powyjazdowe wyzwania

    Gdy wakacyjny wypoczynek dobiegnie końca, urlopowicze zmierzyć się muszą z nie lada wyzwaniem. Oprócz zdjęć, filmów i pamiątek z wyjazdu przywożą ze sobą torby i walizki pełne brudnych ubrań. Ich pranie nie musi być jednak wielogodzinnym, pochłaniającym ogrom energii i hektolitry wody procesem. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom pralki marki Samsung pozwolą wykonać je szybko i dokładnie, a przede wszystkim oszczędnie. Wyposażone w technologię EcoBubble™, umożliwiają skuteczne pranie niskich temperaturach, co znacznie obniża zużycie energii. Dzięki specjalnym bąbelkom, powstałym na skutek połączenia się wody, detergentu i powietrza, dokładnie usuwane są nawet najtrwalsze plamy, również te, których nie mogliśmy wyczyścić na bieżąco w trakcie wyjazdu.

    Dzięki technologiom w nowoczesnych sprzętach AGD, które ograniczają zużycie energii, w okresie wakacyjnym odpoczywa również nasz portfel. Odpowiednio przygotowane i zabezpieczone urządzenia to także gwarancja, że po powrocie z urlopu nie przywita nas przykra niespodzianka.

  • Czy świat technologii obniża efektywność ludzi?

    Czy świat technologii obniża efektywność ludzi?

    W 2016 r. Internet osiągnął 1 zettabajt danych, a dziennie wchłaniamy 34 gigabajty informacji. Przemiany technologiczne umożliwiają pracę szybszą, bardziej efektywną i skuteczną, ale również narażają nas na niespotykane do tej pory obciążenia, prowadzące do obniżenia wydajności i jakości życia. Nie zdajemy sobie sprawy, że ciągłe utrzymywanie się w takim trybie działania blokuje nam jasny, logiczny i refleksyjny sposób myślenia – niezbędny do funkcjonowania na wysokim poziomie efektywności. Jak świat nowych technologii wpływa na naszą efektywność opowiada Małgorzata Czernecka – psycholog, ekspert ds. efektywności.

    Pracownicy przeładowani informacjami

    Nowe technologie z roku na rok zwiększają tempo naszej pracy. W 2015 roku średnia liczba e-maili biznesowych, wysyłanych i odbieranych przez jednego użytkownika w ciągu jednego dnia, wyniosła 122 (do roku 2019 ma osiągnąć wartość 126). Badania prowadzone w Polsce pokazują, że w 2016 r. niemal połowa respondentów (46%) otrzymywała więcej niż 40 e-maili, w tym 11% ankietowanych ponad 100 wiadomości dziennie. Sporo czasu zajmuje nam również odpowiadanie na otrzymane wiadomości. Na uporanie się z e-mailami poświęcamy 1/3 tygodnia roboczego (według McKinsey Global Institute). Dodatkowo na różnego rodzaju zebraniach spędzamy średnio 3 godziny dziennie, co daje aż 15 godzin tygodniowo. Te prawie dwa dni pracy zwykle musimy gdzieś odrobić, jeśli nie realizujemy w tym czasie innych swoich zadań.

    W latach 2011-2012 liczba danych wytworzona przez człowieka przewyższyła liczbę informacji wyprodukowanych do tego momentu w całej historii ludzkiej cywilizacji (Gogołek 2014). W 2015 r. na świecie istniało 863 105 652 stron internetowych, a na początku lipca 2017 – 1 216 826 101 (źródło: internetlivestats.com). Do 2019 r. liczba danych w sieci ma wzrosnąć do 2 zettabajtów (źródło: Cisco).

    W sieci nie ma przestojów i aktywność nie spada. W 2017 r. w ciągu 24 godzin: wysłano 269 bilionów e-maili (radicati.com), na Instagramie zamieszczono 40 bilionów zdjęć (omnicoreagency.com, na YouTube odtwarzan są 4 miliardy filmów (youtube.com), w ciągu 60 sekund w Googlu dokonano 3,8 mln wyszukiwań, (internetlivestats.com), na Twitterze napisano 448 800 twittów (w 2014 r. – 347 222) (smartinsights.com).

    Co oznaczają dla nas te dane?

    Lawinowy wzrost treści i informacji, nazwany przeciążeniem informacyjnym lub przeładowaniem informacjami ma swoje poważne konsekwencje dla nas i naszej pracy. Kilka lat temu został zdiagnozowany i nazwany syndromem zmęczenia informacją. Charakteryzuje się on podwyższonym ciśnieniem krwi, osłabieniem widzenia, problemami układu pokarmowego, a także frustracją, osłabieniem zdolności do podejmowania decyzji, wzrostem agresji oraz kłopotami z koncentracją oraz snem.

    Ogromny deficyt uważności zarówno wśród menedżerów, jak pracowników na stanowiskach niekierowniczych w polskich organizacjach staje się coraz bardziej widoczny. Firmy kładą nacisk głównie jest na rozwój kompetencji pracowników, jednak zapomina się o tym, aby byli oni w stanie te kompetencje oraz posiadane talenty świadomie i mądrze wykorzystywać.

    Statystyki jasno pokazują, że ilość zadań, jaką mamy do wykonania każdego dnia (w tym liczba maili do napisania, telefonów do odebrania, spotkań do odbycia) powoduje, że cały czas funkcjonujemy w ogromnym niedoczasie i pośpiechu, co w efekcie rodzi w nas frustrację, zniecierpliwienie, irytację, lęk, a nawet złość. Z łatwością nauczyliśmy się już korzystać z hormonów stresu (adrenaliny, noradrenaliny, kortyzolu), które utrzymują nas w wysokiej mobilizacji. Płacimy jednocześnie za to wysoką cenę – stajemy się powierzchowni, niedokładni i rzadko kiedy myślimy strategicznie. Jesteśmy też bardziej nerwowi w kontaktach z innymi – komunikujemy się w sposób szybki i zdawkowy.

    Nie panujemy nad liczbą zadań

    Najważniejszym czynnikiem mającym wpływ na naszą efektywność jest przygotowanie planu dnia, a dokładnie ustalenie trzech kluczowych priorytetów. Raport „Praca, moc, energia w polskich firmach” pokazuje jednak, że swój dzień pracy rozpoczyna w ten sposób niespełna połowa (48,2%) ankietowanych. Aż 1/3 badanych ma poczucie że nie panuje nad liczbą zadań, które ma do wykonania w ciągu dnia pracy, a prawie co trzeci respondent (30,6%) przyznał, że nie ma w pracy czasu, aby myśleć koncepcyjnie (tzn. tworzyć nowe pomysły, rozwiązywać problemy). Takiej odpowiedzi udzielili nie tylko pracownicy, ale również menadżerowie, których praca w dużej mierze opiera się na rozwiązywaniu problemów, planowaniu i myśleniu strategicznym. Niemal, co drugi ankietowany (47,9%) w czasie wolnym od pracy sprawdza pocztę firmową (taki sposób działania dominuje wśród 66,4% kierowników i 41,5% pracowników).

    Wielozadaniowość to mit

    To, co najczęściej utrudnia nam realizację zamierzonych planów i działań to kult wielozadaniowości. Wielozadaniowość to pojęcie ze świata informatyki i oznacza cechę systemu operacyjnego, która umożliwia mu równoczesne wykonywanie więcej niż jednego procesu. Wielozadaniowość próbowano i próbuje się nadal przenieść do świata ludzi i organizacji, ale nasze mózgi nie są przygotowane do wykonywania wielu czynności jednocześnie (oprócz tych prostych, nawykowych działań).

    Nieustanna obecność pod mailem i telefonem, wykonywanie kilku czynności równocześnie oraz brak odpoczynku prowadzą do szybkiego spadku efektywności i dokładności wykonywanej pracy. Nasz mózg, podczas skupiania uwagi na dwóch wymagających czynnościach w tym samym czasie, obsługuje bardzo skomplikowane procesy i operuje miliardami obwodów neuronalnych. Każda operacja umysłowa pochłania niewiarygodne ilości energii, a do realizacji zadań wykorzystywane są te same obwody neuronalne, co ma oczywiście bezpośredni wpływ na spowolnienie pracy. Jeśli chcemy by nasza praca była efektywna, to każde zadanie powinno rozpoczynać się po zakończeniu poprzedniego. Wielozadaniowość jest mitem, który warto zastąpić faktem – jeden proces umysłowy musi następować po drugim.

  • Nauka programowania w szkołach – inicjatywa a rzeczywistość

    Nauka programowania w szkołach – inicjatywa a rzeczywistość

    Podpisane 14 lutego br. przez Minister Edukacji Narodowej nowe rozporządzenie w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej zakłada, że od września 2017 r. nauka elementów programowania będzie odbywać się od I klasy szkoły podstawowej. O jedną trzecią, z 210 do 280, zwiększy się też liczba godzin informatyki od IV klasy.

    Analizując rynek pracy i rosnące zapotrzebowanie na specjalistów IT, wielu z entuzjazmem przyjęło nowe rozporządzenie MEN, zakładające, że nauka programowania będzie się odbywała już od I klasy szkoły podstawowej oraz zwiększy się liczba godzin informatyki od klasy IV. Pytanie, czy polskie szkoły są w stanie sprostać temu wyzwaniu? Ocenia ekspert.

    Choć Ministerstwo Cyfryzacji rozpoczęło starania o to, aby każda szkoła w Polsce została podpięta do szerokopasmowego internetu (na ten cel zarezerwowano 500 mln zł z unijnego programu Polska Cyfrowa), a nauczyciele objęci cyklem szkoleń dotyczących programowania (kursy będą kosztować 124 mln zł), pozostaje jeszcze kwestia odpowiedniego wyposażenia pracowni komputerowych. Pamiętajmy bowiem, że tylko w zeszłym roku naukę w I klasie szkoły podstawowej rozpoczęło ok. 210 tys. sześcio- i siedmiolatków. Obawa jest zatem o to, czy szkolne pracownie komputerowe wyposażone są w zasoby – sprzęt oraz oprogramowanie, które sprostają obciążeniu ze strony zdecydowanie większej niż do tej pory liczby uczniów?

    Jak wygląda pracownia komputerowa zgodna z wymaganiami MEN?

    Zwróćmy uwagę, że zgodnie z warunkami realizacji określonymi przez MEN, zajęcia edukacyjne z informatyki mogą być prowadzone w grupach liczących nawet 24 osoby, przy czym – każdy uczeń musi mieć do dyspozycji indywidualne stanowisko pracy z dostępem do internetu i odpowiednim oprogramowaniem. Oczywiście dziś rzadko która pracownia w polskiej szkole wyposażona jest w tak dużą liczbę zestawów komputerowych – zwykle stanowisk jest ok. 10, więc lekcje prowadzone są przy podziale na odpowiednio mniejsze grupy. Często też, gdy wymagana jest większa liczba stanowisk, szkoły „łatają” braki różnymi, otrzymanymi z przypadku komputerami PC czy laptopami, w efekcie czego pracownia nie ma szans działać jako jeden organizm. Od września br. sytuacja stanie się jeszcze trudniejsza, bo zajęć z informatyki będzie więcej, tak samo jak korzystających z komputerów uczniów.

    Ile zmiany będą kosztować?

    To zależy od wybranego rozwiązania technologicznego. Trzeba przy tym założyć, że szkoły dysponują ograniczonym budżetem przy dość wysokich potrzebach, więc ekonomiczny musi być tak samo zakup sprzętu komputerowego, jak i jego późniejsza eksploatacja.

    Eksperci z Avtek twierdzą, że część szkół wybierze komputery stacjonarne czy laptopy – bo to sprzęt, który „znają”, a większa część postawi na nowoczesne pracownie terminalowe, chcąc zaoszczędzić czas nauczyciela, miejsce w pracowniach oraz zużycie energii elektrycznej generowane przez sprzęt. Czas, ponieważ dzięki rozwiązaniom terminalowym nauczyciel nie będzie poświęcał wielu godzin na instalację czy aktualizację oprogramowania na każdym z komputerów, tylko zrobi to w kilka minut na jednym serwerze. W czasie lekcji nie będzie też musiał zajmować się każdym z komputerów z osobna, mogąc zdalnie uruchamiać programy i aplikacje, udostępniać pliki czy widok własnego pulpitu. Miejsce, ponieważ zamiast dużego komputera, przy stanowisku każdego ucznia znajdą się tylko monitor, klawiatura i myszka. Energia elektryczna, ponieważ terminal pobierze jej 3,5W, a nie 200W, jak komputer PC. To da ponad 3,6 tys. złotych oszczędności w skali jednego roku, zakładając że pracownia komputerowa będzie gotowa do przyjęcia 24 uczniów, a urządzenia będą pracować 8 godzin dziennie przez 188 dni szkolnych w roku (w tym czasie komputery stacjonarne zużyją energii za ok. 4,6 tys. zł, a terminale – za ok. 700 zł!).

    Rozporządzenie MEN to inwestycja w przyszłość młodych Polaków. Pamiętajmy bowiem, że programista to jeden z najbardziej perspektywicznych zawodów w Polsce i na świecie – zgodnie z danymi Wynagrodzenia.pl, w 2020 roku tylko w Europie brakować będzie aż 755 tys. specjalistów z tej branży! Po stronie polskich szkół leży więc ogromna odpowiedzialność, a powodzenie przedsięwzięcia w dużej mierze zależy od tego, czy zmienią podejście z pospiesznego „łatania braków” na przemyślane i systemowe.

  • Grupa Aruba uruchomi największe centrum danych we Włoszech

    Grupa Aruba uruchomi największe centrum danych we Włoszech

    Aruba S.A. zapowiedziała otwarcie jednego z największych centrów danych we Włoszech w Ponte San Pietro (Bergamo). Obiekt Global Cloud Data Center, zaprojektowany pod kątem potrzeb firm w zakresie kolokacji oraz zarządzania infrastrukturą IT, docelowo ma stać się jednym z wiodących ośrodków chmurowych (Cloud hub).

    Strategiczne położenie na północy Włoch, w pobliżu Mediolanu, maksymalne wykorzystanie potencjału technologii, wysoki poziom efektywności energetycznej, dbałość o środowisko oraz zaawansowane systemy bezpieczeństwa sprawiają, że nowe centrum danych doskonale nadaje się do hostingu każdego systemu IT.

    Global Cloud Data Center zaprojektowano i zbudowano z myślą o przekroczeniu rynkowych standardów bezpieczeństwa i wydajności. Nowy ośrodek ma spełnić oczekiwania najbardziej wymagających klientów, także w zakresie przyszłej rozbudowy. Zapewnia to ogromna przestrzeń obiektu, w której klient może korzystać: od pojedynczych serwerów dedykowanych do złożonej infrastruktury fizycznej i chmurowej, od pokojów planistycznych i serwerowni do całych dedykowanych centrów danych, rozwiązań do usuwania skutków awarii i zapewniania ciągłości biznesowej oraz kompleksowego outsourcingu infrastruktury IT. Dostępne są również dodatkowe udogodnienia, takie jak łączność z wieloma operatorami, routing i zasoby sprzętowe, nie wspominając już o obszarach ogólnego przeznaczenia, które mogą spełniać szeroką gamę potrzeb logistycznych – od tymczasowej przestrzeni biurowej do magazynów, pomieszczeń i stacji roboczych na użytek klientów.

    1 1 min

    Usługi dostępne w nowym ośrodku są kierowane do korporacji, administracji publicznej, operatorów IT, małych i średnich przedsiębiorstw, władz, integratorów systemów, firm telekomunikacyjnych oraz wszystkich firm, które chcą być obecne na włoskim rynku i poszerzać swoje grono klientów.

    Ośrodek Global Cloud Data Center jest połączony z głównymi krajowymi i międzynarodowymi operatorami i ma własną infrastrukturę światłowodową, oferującą podwójne łącze o praktycznie nieograniczonej przepustowości do Caldera Business Park w Mediolanie.

    Szczególną cechą kampusu jest jego unikatowa specyfikacja, która zapewnia maksymalną efektywność energetyczną. Grupa Aruba już teraz zasila swoje centra danych wyłącznie energią pochodzącą z certyfikowanych źródeł odnawialnych. W nowym obiekcie energia będzie dostarczana przez wiele łączy z zewnętrznymi dostawcami oraz należącą do firmy Aruba elektrownią wodną i systemem fotowoltaicznym. Niezwykle efektywny system chłodzenia geotermicznego gwarantuje optymalne rezultaty przy bardzo niskim zużyciu energii. Ponadto wszystkie systemy spełniają lub przekraczają wymagania standardu ANSI/TIA 942-A Rating 4 w zakresie niezawodności i odporności na awarie.

    Dodatkową gwarancją bezpieczeństwa centrum danych i całego kampusu jest to, że w okolicznym obszarze nigdy nie dochodziło do katastrof naturalnych, takich jak trzęsienia ziemi i powodzie. Centrum jest też dobrze skomunikowane, ponieważ znajduje się niedaleko trzech międzynarodowych portów lotniczych (Bergamo-Orio al Serio, Mediolan-Linate i Mediolan-Malpensa), szybkiej kolei i autostrad.

    Wreszcie, w związku z ogólnym rozporządzeniem o ochronie danych (RODO, ang. GDPR) – które wejdzie w życie w 2018 r. – w celu zarządzania danymi przez dostawcę europejskiego, dostawcy spoza Europy mają teraz możliwość przechowywania swoich informacji w centrum danych, które spełnia wymogi przepisowe.

    Pierwsze centrum danych na terenie kampusu już działa, a ponad 4 MW mocy – z 90 MW planowanych dla całego kampusu – zostało już sprzedane i jest w pełni dostępne. Ośrodek osiągnie pełną gotowość latem i zostanie oficjalnie otwarty 5 października 2017 r.

    Stefano_Cecconi-_ArubaZaprojektowaliśmy Global Cloud Data Center tak, żeby nie narzucało żadnych ograniczeń pod względem przestrzeni i zasobów, ale chcieliśmy osiągnąć to w proekologiczny sposób, myśląc o środowisku, jak również o ograniczaniu zużycia zasobów oraz podnoszeniu standardów niezawodności i bezpieczeństwa w świecie centrów danych – wyjaśnia Stefano Cecconi, prezes Aruba S.p.A. Naszym celem było zaspokojenie potrzeb dużych międzynarodowych graczy, którzy niedawno wyrazili zainteresowanie strategiczną bazą, umożliwiającą im przechowywanie danych we Włoszech, oferowanie własnych usług na rynku oraz kontynuowanie rozwoju.

    Marcin Zmaczyński Aruba Cloud w Europie Środkowo-WschodniejOgromny potencjał kampusu Global Cloud Data Center sprawia, że w perspektywie kilku lat stanie się on jednym z wiodących europejskich ośrodków przechowywania i przetwarzania danych w chmurze. Z racji na atuty technologiczne i biznesowe oraz transgraniczny charakter usługowego IT, jestem przekonany, że nowym obiektem zainteresują się także firmy z Polski i sąsiadujących krajów – dodaje Marcin Zmaczyński, dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej.

    Rozpoczęły się już wstępne rezerwacje, które gwarantują miejsce w Global Cloud Data Center. Za pośrednictwem witryny www.arubacloud.pl można skontaktować się z ekspertami i uzyskać więcej informacji.